A jednak Szczecin (1)

Dr Stanisław Fudali jest geodetą i matematykiem, znanym wykładowcą Uniwersytetu Szczecińskiego. Skoro (jak mówią) matematyk powinien być także poetą – został nim. Został także autorem prozy – miedzy innymi wspomnień zatytułowanych „Osiemdziesiąt miesięcy w kleszczach sierpa i młota” oraz „Szczecin – miasto przez los mi wyznaczone” (wydane w Szczecinie, w 2004r.), których końcowe fragmenty dotyczą związków Autora z naszym miastem.

Zainteresowanych bliżej osobą Autora odsyłam do internetu, np. tutaj .

I. Pierwsze spotkanie ze Szczecinem

1. Prolog: Punkt na mapie

Szczecin – jako nazwa miasta plątał się gdzieś w mojej szczenięcej świadomości, gdy oglądałem przed wojną swój szkolny atlas geograficzny, jaki kupił mi ojciec w czerwcu 1939 roku, po uzyskaniu promocji do klasy piątej. Od jakiegoś czasu interesowały mnie bowiem mapy i plany miast, i chyba ten atlas był nagrodą za chwalebne ukończenie klasy czwartej. O stopniu tej chwalebności nie umiem niczego powiedzieć, bo świadectwo promocyjne (wraz z innymi dokumentami) zaginęło w zawierusze wojennej, a zbyt doskonałej pamięci nie mam. Pamiętam jedynie, że według słów przedwojennego mojego wychowawcy klasowego, pana Włodzimierza Kamińskiego (zamordowanego przez GESTAPO w sierpniu 1941 roku), byłem zdolny do wszystkiego – zarówno do przedmiotów szkolnych, jak i do „rozrabiania” na lekcjach i przerwach szkolnych, za co stawiano mi odpowiednie noty na cenzurce, a ojciec uzupełniał je „pasem”.


Fragment mapy Polski z przedwojennego atlasu; jest na niej Wrocław i Opole (i nieco mniejsze miasta też), ale na Szczecin miejsca brakło




Przeglądając jednakże ów atlas zauważyłem nie tylko polsko brzmiący Szczecin, dość odległy od granic ówczesnej Polski, ale też Wrocław i Opole. Co do tych ostatnich byłem święcie przekonany, że są to dawne polskie miasta, przez zaborców nie zwrócone nam po uzyskaniu niepodległości po I Wojnie, i które w szykującej się już wojnie na pewno odbierzemy. Skąd się brało przekonanie o polskości Wrocławia i Opola, nie umiem dzisiaj powiedzieć – może z lektury powieści historycznych, na przykład Kraszewskiego, które wtedy chętnie i „masowo” czytałem, a może ze szkolnych usiłowań wychowawczych. Natomiast przeświadczenie o niechybności wojny z Niemcami w 1939 roku dotarło, nie wiem już jakimi drogami, także i do nas, 10- i 11-letnich smarkaczy. Od wczesnej wiosny 1939 roku rysowaliśmy w zeszytach szkolnych wyimaginowane zwycięstwa militarne naszych dzielnych żołnierzy, zarówno na lądzie, morzu jak i powietrzu, nad Niemcami, a rozlepiane na murach hasła „Silni, Zwarci, Gotowi!” – krzepiły nas i utwierdzały w militarnym sukcesie. Nasz wychowawca w stanisławowskiej szkole ćwiczeń, Władysław Kamiński, nie podzielał naszego polityczno-militarno-artystycznego upojenia i konfiskował nasze „dzieła”, zaś nas „artystycznie” odurzonych rozstawiał po kątach. A myśmy jedynie propagowali to, w co nawet nie wierzyli najwięksi włodarze II RP – i z własnej inicjatywy przyspieszali włączenie Wrocławia i Opola do Macierzy, jak pół roku temu Śląsk Zaolziański. To się tak w końcu stało – na przekór nierozumnym szykanom pana Kamińskiego; co prawda nieco trochę później, w zupełnie innych okolicznościach, i nie tak bohatersko, jak na wiosnę 1938 roku 10-letnim szczeniakom się wydawało. Przy tej okazji i Szczecin znalazł się w polskiej jurysdykcji.

O Szczecinie w naszych rysunkowych zwycięstwach nad Niemcami nie pomyśleliśmy chyba nigdy – nie wiem dlaczego. Może znajdował się zbyt daleko od przedwojennej zachodniej granicy Polski, a może dlatego, że leżał na lewym brzegu Odry, albo że od wieków polski już nie był. Najprawdopodobniej jednak dlatego, że na naszej szkolnej mapie, tej rozwijanej i zawieszanej na tablicy podczas lekcji i na tej w atlasie, leżał daleko na zachód od najbardziej zachodnich krańców przedwojennej Polski, od Zbąszynia, i nie mieścił się na mapie.

2. Zapowiedź kresu tułaczki

Siedem lat później, w maju 1946 roku, Szczecin zakołatał do mojej 16 i pół-letniej świadomości. Byłem wtedy malutką cząsteczką transportu repatriacyjnego zdążającego z Kustanaja w Kazachstanie do Ojczyzny i od tygodnia kluczącego po Polsce, gdy w ostatnich dniach maja, bodajże w Poznaniu, dowiedzieliśmy się, że powiezieni zostaniemy do Szczecina. Jechaliśmy bowiem do Polski, bo do niej jechać chcieliśmy, i taki był nasz przez lata zsyłki wyśniony cel. Ale, gdy do Kraju przyjechaliśmy, nie do swoich miejsc rodzinnych – bo te teraz należały do Ukraińskiej SRR, z woli Wielkiej Trójki, obradującej w Teheranie (1943 r.), Jałcie (1944 r.) i Postdamie (1945 r.), było nam wszystko jedno dokąd nas powiozą; byleby tylko nie na Wschód! Dlatego już nie jechaliśmy, a byliśmy wiezieni. Kto podjął taką decyzję – nie wiem, ale z Poznania w ciągu jednej doby powieziono nas na zachodnie rubieże i zatrzymano na dworcu PKP w Niebuszewie.

Zanim jednak tam trafiłem, młodzieńcza fantazja sprawiła, że zamiast dostojnie – jak Pan Bóg przykazał, a władze zwierzchnie postanowiły – przekroczyć Odrę w repatrianckim transporcie, przekroczyłem ją na dachu pasażerskiego pociągu. O banalnych powodach tego faktu opowiem nieco dalej.
Po wieczornym wyjeździe „naszego” transportu z Poznania nazajutrz wczesnym rankiem, 31 maja, zatrzymaliśmy się w Krzyżu – zdawaliśmy sobie wtedy sprawę, że są to już zachodnie Ziemie Odzyskane; przedwojenna polska granica przebiegała bowiem niedaleko Wronek, a Krzyż leżał znacznie dalej na zachód. Wyszliśmy z wagonów, aby zobaczyć te ziemie, co teraz mają być polskie, i od roku już „formalnie” były – w krajobrazie nie zauważyliśmy większej różnicy; był taki jak w Wielkopolsce. Na peronie spotkaliśmy natomiast człowieka, który nalegał, byśmy wyładowali się właśnie tu, a on nas zabierze do siebie, da mieszkanie i pracę, i zapewniał, iż nie będziemy tego żałować; cały czas miał na uwadze moją rosłą postać, zapytywał, co ja na gospodarce rolnej potrafię robić i obmacywał moje muskuły.

Byłem skłonny ulec jego namowom, ale Mama uważała inaczej:
– Przecież nie będziesz parobkiem u chłopa, jesteś synem sędziego! – nie skorzystaliśmy więc z tej oferty, aczkolwiek nie byłem przekonany o słuszności takiej decyzji. Byłem bowiem za tym, aby znaleźć wreszcie jakieś miejsce dla siebie, przestać być ciągle w drodze i zacząć normalne życie; normalne – to w moim odczuciu – było na wzór kołchozowego, innego przecież nie znałem. Ostatnie 3 lata ciężkiej pracy w kołchozie utrwaliły się w mojej młodzieńczej świadomości potrzebą pracowania i pomnażania nie tyle dóbr w ogóle, co środków do życia, a także poczuciem posiadania czegoś, polepszania swego bytu. Parę rodzin z naszego transportu wyładowało się w Krzyżu, ale z naszego wagonu nikt.

3. Marzenia o szabrze

Gdzieś około godziny 9-ej, powieziono nas dalej na zachód; wiedzieliśmy już, że jedziemy do Szczecina i tam mamy się osiedlić, bo są ku temu wszystkie warunki. Prawdę mówiąc, chyba zupełnie wtedy nie wyobrażałem sobie osiedlenia się – nie wiedziałem, co to znaczy. Propozycję osadnika w Krzyżu byłem w stanie zrozumieć – da kwaterę i możliwość zarobkowania, ale co to znaczy osiedlić się w Szczecinie? Około południa zatrzymaliśmy się na stacji Szczecin-Dąbie i stanęliśmy na trochę dłużej. Wiedzieliśmy już wtedy, że na Ziemiach Odzyskanych praktykowany jest szaber, to znaczy przywłaszczanie sobie mienia opuszczonego przez Niemców, którzy przed rokiem wiali stąd jak przed zarazą. Być może, iż to świeżo poznane słowo i kryjąca się za nim treść skierowały nas, tzn. parunastu chłopaków z naszego transportu, do poszukiwania raczej przygody niż szczęścia, bo wysiedliśmy z wagonów i poszli w miasto.

Niedaleko stacji w Dąbiu był owalny placyk (teraz zostały z niego tylko szczątki, wtopione w nieco inny plan urbanistyczny), ze skwerem na środku, a na połowie jego obwodu stały opuszczone wille, raczej nie naruszone przez wojnę. Wtargnęliśmy do nich, ale były one już od dawna wyszabrowane – niczego wartościowego w nich nie było; jedynie resztki jakichś mebli, jakieś jarmarczne obrazki i trochę rozrzuconej w nieładzie korespondencji – nie było co brać. Pochyliłem się nad walającymi się na podłodze papierami, oddarłem znaczki od kopert, jakie mi wpadły do ręki – i to było wszystko; od dzieciństwa bowiem byłem zarażony filatelistyką. Po godzinie chyba lustrowania tych willi ruszyliśmy z powrotem na stację, ale naszego transportu już na niej nie było. Poczuliśmy ze zgrozą, że znaleźliśmy się w sytuacji wcale nie przyjemnej: z szabru nici, a w dodatku – po transporcie tylko wspomnienie.

Stanisław Fudali

W drugim odcinku – Ciąg dalszy przygód Autora w zrujnowanym Szczecinie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.