Opublikowane przez sedina w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Wojnę, według oświadczenia Führera w Reichstagu sprowokowali Polacy. Głęboko wtedy w to uwierzyłem. Jak zdecydowana większość społeczeństwa byłem oburzony. Jeszcze nie wiedziałem, że i moją rodzinę dotknie to bezpośrednio.

Szczecin w początkowym okresie wojny wyglądał jak w czasie pokoju, gdyby nie to, że sporo młodych mężczyzn otrzymywało powołania do Wehrmachtu.


Starszy o trzy lata brat Egon, narzeczony Moniki, z zawodu już stolarz, z którym łączyły mnie właściwie tylko więzy rodzinne, poszedł do wojska w dniu święta Wehrmachtu, tj. 19 marca 1939 roku i nigdy już go więcej nie widzieliśmy. Zginął w tym samym roku we wrześniu w Polsce. Mama już potem zawsze była smutna. Ojciec nigdy na ten temat nie rozmawiał. Poniewczasie wyrzucałem sobie nie raz że tak mało wspólnego miałem z bratem.

Monika, która była moją rówieśnicą, skończyła w czerwcu 1939 roku Handelschule für Mädchen przy Elisabethstraße 48. Od połowy września pracowała jako ekspedientka w Domu Towarowym Braci Horst przy Paradeplatz 18-19. Nosiła też żałobę po Egonie.

Przychodziła do nas nadal. Zawsze z mamą miały jakieś wspólne tematy. Czasami nawet popłakiwały. Udawałem oczywiście, że tego nie widzę. Zauważyłem, że nie była mi niechętna. Kiedy wreszcie poważnie zwróciłem na nią uwagę, miałem już powołanie do wojska w kieszeni.

Sprawa stanęła na tym, że będziemy ze sobą korespondować. Rodzicom projekt ten spodobał się również. Potem okazało się, że mogliśmy się jeszcze jakiś czas widywać i to regularnie, co dwa tygodnie.

W ostatni zimowy wieczór swego cywilnego życia, tuż po Bożym Narodzeniu 1941 roku, zaprosiłem Monikę na kolacje do restauracji hotelu Preußenhof przy Luisenstraße 10. Było uroczyście i elegancko.

Monika miała długą błękitną suknię i ładnie wyglądała. Restauracja nie była tania. Wydałem wszystkie zaoszczędzone pieniądze. Nie było się jednak czym martwić. Następnego dnia przechodziłem na zaszczytny wikt państwowy.

Tutaj na chwilę muszę cofnąć się o półtora roku, ale zaraz będziemy znowu na bieżąco.

Egzaminy końcowe w szkole zdałem pod koniec maja 1939 roku. Po wakacjach od połowy sierpnia do początku marca 1940 r. odbyłem półroczną służbę w Arbeitsdienst* w majątku ziemianina von Borckow koło Łobza.

Następnie pierwsza praca.

Za poręką ojca przez prawie 10 miesięcy pracowałem jako pomocnik akwizytora ubezpieczeniowego. Od 29 grudnia 1941 roku rozpocząłem służbę wojskową. Najpierw w szkole podoficerskiej służby liniowej przy II Okręgu Wojskowym w Szczecinie. Koszary przy Kreckowerstraße. Po przysiędze. przepustka co drugi tydzień od soboty od godz. 16:00 do poniedziałku, do 6:00 rano.

Po ukończeniu szkoły awansowałem na podoficera. Byłem dowódcą drużyny starszych ode mnie rezerwistów. Przeszedłem wszystkie blaski i cienie frontu wschodniego. Błyskawiczny rajd pod Moskwą przeszedł mi koło nosa. Pozostały już tylko ciężkie walki, postoje albo cofanie się. Cały czas, nie licząc luzowań, na pierwszej linii. Za zniszczenie dwóch czołgów nieprzyjaciela dostałem Eisernes Kreuz l Klasie**. Dwa razy byłem ranny.

W końcu długo oczekiwane 14 dni urlopu w styczniu 1943 roku.

Mimo wszędzie wiszących plakatów „Deutschland siegt an allen Fronten”*** i „Alle Räder rollen für den Sieg”**** budziło się z czasem w samotności zwątpienie w zwycięstwo.

Wojowałem już 38. miesiąc, a otrzymałem dopiero drugi urlop. Poprzedni mile wspominałem. W domu przebywałem wtedy mało. Właściwie tylko spałem. Mama nad tym bardzo ubolewała. Całe dnie spędzałem w gronie młodszych kolegóW, którzy byli jeszcze w Szczecinie. Trochę im nawet przewodziłem. Bardzo im to imponowało.

Organizowano wtedy na moją cześć małe spotkania towarzyskie, zapraszano jako gościa honorowego na zbiórki Hitler-Jugend. Wybieraliśmy się całą paczką do kina.

Wszystko to było możliwe, bo samo miasto nie było jeszcze tak bombardowane.

Moniki niestety na miejscu nie było. Odbywała akurat półroczną obowiązkową służbę w Arbeitsdienst na drugim końcu Niemiec, w Aachen. Jak pisała potem, pracowała jako dziewczyna do dzieci w dziewięcioosobowej rodzinie urzędnika policyjnego. Była to zdrowa harówka. Jej „pani” przydzielano co pół roku nową Arbeitsmaid, na którą ta przerzucała natychmiast prawie cały ciężar opieki nad siedmiorgiem małych jeszcze dzieci. Sama zaś ograniczała swą pracę do dumnego noszenia odznaki Reichsbund für Kinderreiche***** i srebrnego Mutterkreuz Führera******.

Urlop minął szybko. Wspomnienia zaczęły się powoli zacierać. A co pozostało realne aż do bólu?

Front wschodni!

Z Moniką często pisywaliśmy do siebie. Poczta polowa działała na ogół sprawnie. Ponieważ w listach poruszaliśmy jedynie sprawy osobiste, cenzura nie czepiała się. Z czasem doszliśmy do zgodnego wniosku, że się pobierzemy. Monika nawet zażartowała, że i tak wszystko pozostanie w rodzinie.

Mój urlop wymieniony był w rozkazie pułku już na początku lipca 1944 roku. Zawsze jednak coś stało na przeszkodzie. A to nie przybyło na czas uzupełnienie. A to dowódca kompanii wysłał dwóch ludzi do domu poza kolejką, bo mieli jakieś sprawy rodzinne. A to ozdrowieńcy nie wracali na czas z lazaretów itp. Napisałem już do Moniki, że w pierwszym dniu urlopu poproszę jej ojca o pozwolenie na ślub. Dokładną datę przyjazdu do Szczecina podam telegraficznie. Niech więc na razie nikomu poza najbliższymi nic nie mówi.

W naszej sytuacji, pisałem, jako narzeczeni wystąpimy z wnioskiem o udzielenie ślubu wojennego, co pozwoli ominąć szereg formalności. Nie trzeba będzie czekać czterech tygodni, ślub bowiem odbędzie się w dniu zgłoszenia. Wystarczą zapewnienia ustne przed urzędnikiem stanu cywilnego o naszym aryjskim pochodzeniu i braku chorób dziedzicznych.

Nie bez znaczenia, usiłowałem zażartować, jest również prezent od Führera, ozdobne wydanie „Mein Kampf”, które dostałem.

* Służba pracy
** Krzyż Żelazny II klasy
*** Niemcy zwyciężają na wszystkich frontach
**** Wszystkie koła toczą się dla zwycięstwa
***** Odznaka Związku Wielodzietnych
****** Srebrny Krzyż Macierzyństwa