Opublikowane przez sedina w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Kilkanaście lat temu, podczas remontu jednej z altanek na Wyspie Puckiej w Szczecinie, znaleziono chaotycznie zapisany w języku niemieckim notes. Okazało się, że jest to pamiętnik Kurta, dezertera z Wehrmachtu, który od sierpnia 1944 r. do wiosny 1945 r. ukrywał się na Wyspie.

Przedstawiamy fragmenty pamiętnika w tłumaczeniu Romana Tesze.




Rodzina składała się z czterech osób. Mamy, ojca oraz synów Egona i Kurta, czyli mnie. W domu nie przelewało się, było wręcz biednie. Ojciec, z zawodu ślusarz, nie miał stałego zajęcia. Pracował dorywczo jako „majster do wszystkiego”. Egon, wtedy jeszcze uczeń stolarski, praktykował w stolarni p. Arendta przy König-Albertstraße 41. Za wiedzą właściciela przynosił codziennie zrzynki na opal. Ja, żeby pomóc rodzinie, popołudniami sprzedawałem gazety. Po ukończeniu ośmiu klas szkoły powszechnej w 1935 roku, rozpocząłem dalszą naukę w Arndt-Knaben-Mittelschule przy Barnimstraße 7.

Wszystkie zarobione pieniądze, no, prawie wszystkie, oddawałem mamie, która prowadziła gospodarstwo domowe. Najważniejsze zawsze było zapłacenie komornego i światła.

Do 1934 roku mieszkaliśmy przy Breitestraße 11, w tym samym domu co wuj Ed, dobry znajomy rodziców, dość korpulentny szatyn, średniego wzrostu, który był typem południowca. Zazdrościłem mu mocnego granatowego zarostu. Sam długo byłem gołowąsem. Tak sobie myślę, że wuj, gdyby nawet chciał, to do SS by go nie wzięli. Brali tam tylko wysokich świńskich blondynów z udokumentowanym aryjskim drzewem genealogicznym.

Wuj był ważnym fachowcem od wozów osobowych i pracował w Stoewer-Werke AG na Falkenwalderstraße 186. Był wdowcem po pięćdziesiątce, miał córkę Monikę. Wiosną, latem i jesienią bardzo często chodzili na działkę na Vorbruch. Monika lubiła uprawiać grządki i utrzymywała je we wzorowym porządku.

Mama i Egon zawsze jej w tym pomagali. Efektami dzielono się po połowie. Ojciec i wuj Ed, którzy nadawali się tylko do noszenia plonów, siadywali w tym czasie w altance i wolno sączyli przyniesione piwo. Dyskusje ich nie były ciekawe, za bardzo rozmowni też nie byli. Ja, kiedy przychodziłem na działkę, zabierałem się również do pracy. Nie byłem jednak utalentowanym ogrodnikiem. Tak przynajmniej twierdziła Monika.

Rok 1935 przyniósł poprawę bytu. Ojciec dostał stałe zajęcia w Landesversicherungsanstalt Pommern, Hakenterrasse 1, jako dozorca-konserwator. Do pracy ojca przynależne było małe mieszkanie służbowe i magazyn narzędziowy w suterenie. Rodzice nie musieli płacić komornego ani innych świadczeń. Odżyliśmy, zaczęło nam się lepiej powodzić. Czasami ojciec chodził po południu do mieszkań urzędników coś naprawiać. Przeważnie dostawał dobrą zapłatę. Mówiono, że jest solidny.

Ja cały dzień byłem zajęty. Rano kawał drogi rowerem do szkoły. Po obiedzie, już nie zawsze gazety, ale za to coraz więcej zbiórek Hitler-Jugend czy spotkań z kolegami. Wieczorami odrabianie lekcji.

Wszyscy należący do HJ, a musieli należeć praktycznie wszyscy, mieli posiadać jednolite mundury. Nie chcąc narażać ojca na koszty, wymieniałem się z kolegami na różne rzeczy tak długo, aż doszedłem do własnego munduru i sztyletu. Wszystko jednak było używane i nie zaspakajało moich ambicji. Mimo to mundur nosiłem codziennie.

Dopiero w Wigilię gwiazdki 1936 roku ojciec zrobił mi ogromną niespodziankę. Poszliśmy przed południem do dużego składu mundurowego braci Pohl przy Kleine Domstraße 8. Wewnątrz składu rzucał się w oczy ogromny napis na ścianie: Kleider machen Leute. Ojciec wyłożył wtedy spore pieniądze na jeden pełen komplet letniego i zimowego umundurowania HJ.

Byłem szczęśliwy. Czas szybko mijał…