Opublikowane przez sedina w Historia.

3 grudnia 1981 r. robotnicy Stoczni Szczecińskiej im. A. Warskiego ogłosili pełną gotowość strajkową. Komisja Zakładowa NSZZ „Solidarność” tego największego zakładu przemysłowego w Regionie NSZZ „Solidarność” Pomorze Zachodnie jako jedyna w Polsce uchwaliła, że w przypadku spodziewanego udzielenia rządowi specjalnych pełnomocnictw przez Sejm stoczniowcy automatycznie rozpoczną protest. Ponadto, wypełniając polecenie przywódcy związku Lecha Wałęsy, który dzień wcześniej zarządził „ostre pogotowie w biurach Zarządów Regionów”, członkowie kierownictwa „Solidarności” zachodniopomorskiej podjęli całodobowe dyżury w swojej siedzibie przy ul. Małopolskiej 17.

Późnym wieczorem 12 grudnia w „Warskim” odebrano sygnał od pracownicy jednej ze szczecińskich centrali telefonicznych, która w kilku słowach zdążyła oznajmić, że wojsko opanowuje budynek i niszczy urządzenia.

Związkowcy zaczęli domyślać się, że dzieje się coś niezwykłego, ale żaden z nich nie spodziewał się takiego rozwoju wypadków, jaki wkrótce nastąpił. Początkowo nie przejmowali się również treścią teleksów informujących o ruchach wojska i milicji w całym kraju. Uznawali, że władze chcą ich zastraszyć, poza tym przyzwyczaili się już do wiadomości o różnego rodzaju ćwiczeniach i manewrach.

Około godz. 22 Franciszek Skwierczyński (członek prezydium Zarządu Regionu) i Edward Rohatyński z Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Przedsiębiorstwa Robót Czerpalnych, pełniący dyżur w siedzibie Zarządu Regionu, zauważyli, że przed mieszczącą się nieopodal Komendą Wojewódzką MO zgromadzono dużą liczbę milicjantów i samochodów milicyjnych, które następnie odjechały w kierunku centrum Szczecina. O godz. 23 przestały działać telefony i teleksy, w konsekwencji czego łączność między Zarządem Regionu a stocznią została przerwana. Pół godziny później przed wejściem do budynku pojawili się funkcjonariusze SB i MO, którzy domagali się wpuszczenia na teren związkowy. Kiedy ich żądanie spotkało się z odmową, wybili szyby i przedostali się do środka. Opróżnili biurka, a znalezione dokumenty zapakowali do worków marynarskich. Zatrzymali też Skwierczyńskiego, który następnie został internowany.

Działacze regionu i komisji zakładowych Szczecina, którzy uniknęli zatrzymań, przybywali do „Warskiego”. Tamże o godz. 9 rano 13 grudnia utworzyli Międzyzakładowy Komitet Strajkowy NSZZ „Solidarność” Regionu Pomorze Zachodnie, przekształcony wieczorem w Regionalny Komitet Strajkowy, na którego czele stanął Mieczysław Ustasiak – wiceprzewodniczący Zarządu Regionu. Poza nim w stoczni znaleźli się między innymi: Andrzej Milczanowski – prawnik, doradca Regionu i Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” stoczni, oraz Ewaryst Waligórski – członek Prezydium Zarządu Regionu. MKS wydał dwie odezwy. W pierwszej z nich ogłaszał strajk generalny, okupacyjny dla całego regionu i żądał zwolnienia wszystkich internowanych działaczy oraz uchylenia dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego. Identyczne postulaty ogłosił Krajowy Komitet Strajkowy w Gdańsku. Do wzajemnych ustaleń pomiędzy stoczniami obu wybrzeży doszło dzięki użyciu tak zwanego sztywnego łącza, najprawdopodobniej przypadkowo niezablokowanego przez władze. Druga odezwa była komunikatem solidarnościowym Do ogólnokrajowego Komitetu Strajkowego w Gdańsku oraz do wszystkich Komitetów Strajkowych w Polsce i wszystkich ludzi pracy.

Stocznia była pierwszym miejscem, w którym zaczęto gromadzić informacje o internowanych. Przez łączników kontaktowano się z innymi zakładami, zbierano wiadomości na temat oporu w innych regionach Polski i przebiegu operacji wprowadzania stanu wojennego. Dwukrotnie telefonicznie połączono się z Gdańskiem, informacji o sytuacji w tamtejszej stoczni dostarczyła też młoda kobieta, która przedostała się w nocy z Trójmiasta do „Warskiego”.
Następnego dnia – 14 grudnia – większość przedsiębiorstw z Regionu NSZZ „Solidarność” Pomorze Zachodnie również przystąpiła do strajku. Poza „Warskim” były to między innymi: Szczecińska Stocznia Remontowa „Gryfia”, Stocznia „Parnica”, Zakłady Chemiczne „Police”, Papiernia „Skolwin”, Zakłady Sprzętu Elektrogrzewczego „Predom-Selfa”, Polska Żegluga Morska, Zarząd Portu Szczecin-Świnoujście, Zakłady Budownictwa Kolejowego, Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Komunikacji Miejskiej, Zakłady „Famabud”, Przedsiębiorstwo Produkcyjne „Polmozbyt”, Przedsiębiorstwo Produkcji Urządzeń Transportowych „WUTEH”, Zakłady Przemysłu Odzieżowego „Dana” i wiele pomniejszych. We wtorek 15 grudnia kontynuowano strajki jeszcze w co najmniej dwunastu zakładach. Osłabienie protestu nastąpiło dzień później, kiedy opór stawiano już tylko w Fabryce Domów „Gryfbet” i w stoczniach: „Warskim”, „Parnicy”, „Gryfii”.

Najdłużej ze wszystkich zakładów Pomorza Zachodniego strajkowała Stocznia Szczecińska. Między 13 a 18 grudnia stała się głównym centrum decyzyjnym i informacyjnym, koordynującym społeczny ruch oporu. Od rana 14 grudnia do „Warskiego” schodzili się pracownicy przygotowani do strajku – zaopatrzeni w prowiant, ciepłe ubrania, koce. Pojawili się również związkowcy z innych zakładów. Liczba uczestników tego największego strajku w regionie wyniosła od 8 do 9 tys. (dla porównania, w Stoczni Remontowej „Gryfia” strajkowało 2,5 tys. osób).

„Warski” był od 1970 r. symbolem oporu i walki z władzą. Przed jego bramą znajdowała się tablica ku czci zabitych robotników i w naturalny sposób od chwili wprowadzenia stanu wojennego gromadzili się przed nią mieszkańcy. Z jednej strony przychodzili wspierać strajkujących, z drugiej łaknęli prawdziwych informacji.

Do pierwszej pacyfikacji oporu w Szczecinie doszło już w niedzielę 13 grudnia. Przy użyciu siły około godz. 12.30 zakończono strajk w Przedsiębiorstwie Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich „Gryf”. Jednakże władze miały przez cały czas świadomość, że „najistotniejszym zagrożeniem dla porządku publicznego w Szczecinie jest konfliktowa sytuacja w stoczni im. A. Warskiego”.

W nocy z 13 na 14 grudnia „Warski” został otoczony przez ZOMO, piechotę oraz kilkadziesiąt czołgów i transporterów opancerzonych 12. Dywizji Zmechanizowanej dowodzonej przez płk. Henryka Szumskiego. Od strony Odry blokadę rozpoczęły barki desantowe, oświetlające reflektorami przyległe tereny. Nadjechały również wozy sanitarne i karetki pogotowia, co podsyciło wśród niektórych stoczniowców psychozę strachu. Strajkujący próbowali apelować do patriotyzmu żołnierzy i milicjantów przez zakładowy radiowęzeł, słyszany również na zewnątrz zakładu. Reakcją tychże było jedynie kilkakrotne odczytanie – przez umieszczone na samochodach megafony – wezwań do zakończenia strajku i opuszczenia stoczni pod groźbą zastosowania sankcji karnych. Nie doszło do żadnych rozmów między komitetem strajkowym a dowództwem wojska i milicji.

Inaczej wyglądały relacje z młodszymi oficerami i szeregowcami. Ci wydawali się nieco zdystansowani, najczęściej nie przejawiali oznak wrogości. Co ciekawe, bywali głodni, i jak wspominał jeden ze stoczniowców: Jak coś nie zostało w stoczni zjedzone, to im dawaliśmy. Interesująco wyglądały ich ostatnie godziny tuż przed rozpoczęciem pacyfikacji stoczni. Od chwili ogłoszenia stanu wojennego czekali w pełnej gotowości w podmiejskich lasach koło Dołujec. Każdy żołnierz został zaopatrzony w dwa magazynki z ostrą i jeden ze ślepą amunicją. Jak wspomina jeden z ówczesnych podchorążych rezerwy: Podoficerom i oficerom przełożony powiedział, żeby brali tylko ostrą amunicję, bo potem może nie być czasu, żeby zmienić magazynki. Szeregowym żołnierzom mówiono, że muszą mieć broń gotową do strzału, bo nie zdążą uciec przed tłumem. Tak straszyła kadra, która powoływała się na swoje doświadczenia z roku 1970. Dowódca zapowiedział, że jak nie będę strzelał, to strzeli mi w łeb.

W tych godzinach rzeczywistym przywódcą stoczniowców był Andrzej Milczanowski. To on podejmował ostateczne decyzje dotyczące działań MKS, pisał komunikaty, wygłaszał apele i był najczęstszym mówcą zakładowego radiowęzła, a w rezultacie – moderował nastroje robotników. Pacyfikacja rozpoczęła się dwa dni po rozpoczęciu strajku. Pierwszy jej etap nastąpił o północy z 14 na 15 grudnia. Pod bramy podjechały armatki wodne, z których w kierunku stoczniowców polały się strugi lodowatej wody pod ciśnieniem. Na dworze panował kilkunastostopniowy mróz, ubrania robotników momentalnie zesztywniały, cofnęli się więc w stronę zakładu i odstąpili od bram. W tym samym czasie w świetlicy głównej obradował komitet strajkowy. Milczanowski co kwadrans nawoływał przez głośniki do zachowania spokoju, stawiania biernego oporu i uniknięcia za wszelką cenę rozlewu krwi. O godz. 1 w nocy czołgi staranowały dwie stoczniowe bramy: główną i na Arsenale. Zniszczono część tablicy poświęconej ofiarom Grudnia 1970. Żołnierze i zomowcy uzbrojeni w krótką i długą broń strzelecką, pałki i tarcze szturmowe wypełnili cały plac przed budynkiem. W trakcie pacyfikacji robotnicy zgromadzeni na poszczególnych wydziałach i przed bramami śpiewali Mazurka Dąbrowskiego. Członkowie RKS wraz z częścią uczestników – razem kilkadziesiąt osób – zostali aresztowani i osadzeni w gmachu Komendy Wojewódzkiej MO w Szczecinie.

Mimo pacyfikacji nie złamano całkowicie oporu robotników Szczecina. Jeszcze przez trzy dni prowadzili oni tak zwany strajk włoski. Był on wówczas dla wojewódzkiego aparatu PZPR problemem, z którym nie umiano sobie poradzić. Robotnicy zwolnili tempo pracy, obniżyli wydajność, skrupulatnie stosowali się do wszystkich obowiązujących przepisów, co w praktyce sparaliżowało produkcję. Nie przejawiali widocznych oznak strachu czy załamania. Wręcz przeciwnie, zbudowali w jednej z bram barykadę z platform transportowych, do których umocowali butle tlenowe, i grozili ich zdetonowaniem w razie akcji wojskowo-milicyjnej. Przed zakładem kolportowali ulotki z żądaniem odwołania stanu wojennego, podejmowali też próby przeciągnięcia na swoją stronę żołnierzy. Jednocześnie – co wyraźnie podkreślają dokumenty SB – milicjantom i zomowcom „okazywano pogardę i wrogość”.

W związku z tym władze Szczecina postanowiły zmienić sposób działania. 18 grudnia zawieszono działalność stoczni i rozpoczęto akcję zwalniania pracowników. Według danych MSW zwolniono około 1015 osób. Przez następne dwa tygodnie przedstawiciele aparatu partyjnego z niepokojem czekali na dzień 4 stycznia 1982 r., kiedy to „Warski” ponownie miał podjąć działalność produkcyjną. Jak pisano do Warszawy: Z rozpoznania wynika, że załogi niektórych zakładów pracy Szczecina do sprawy tej przywiązują dużą wagę. Od tego, w jaki sposób załoga postąpi, to jest podejmie strajk czy przystąpi do produkcji, uzależniany jest dalszy rozwój sytuacji. I rzeczywiście, mając tego świadomość, kilkuset zwolnionych robotników próbowało przedostać się do stoczni i zorganizować strajk protestacyjny, jednakże zamysł ten się nie powiódł. Zapewne w dużym stopniu przyczyniła się do tego działalność SB, albowiem z osobami siejącymi niepokój i zamęt przeprowadzono rozmowy dyscyplinujące, a w przypadkach niesubordynacji reagowano natychmiast karami dyscyplinarnymi albo rozwiązaniem umowy o pracę.

Pacyfikacja „Warskiego” była najistotniejszym przedsięwzięciem władz, które zadecydowało o udanym wprowadzeniu stanu wojennego na Pomorzu Zachodnim. Jednak nie był to jedyny przypadek bezpośredniego użycia siły wobec pracowników zakładów szczecińskich. Położoną na wyspie Stocznię Remontową „Gryfia” również spacyfikowano dzięki desantowi wojska. Na teren „Polmozbytu”, „Famabudu”, „Polic”, ZSE „Predom-Selfa” i Przedsiębiorstwa „WUTEH” także wjechały czołgi i transportery opancerzone. Po przeprowadzanych akcjach internowano i zatrzymywano robotników oraz wspomagających ich studentów – działaczy Niezależnego Związku Studentów.

Robert Spałek, Pomorze Zachodnie, [w:] Stan wojenny w Polsce 1981-1983, pod red. A. Dudka, Warszawa 2003.