Opublikowane przez Krasiu w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

25 lat temu 14 grudnia 1981 roku mój tata, także Andrzej, nie wrócił z pracy do domu. Był wtedy nieetatowym członkiem Zakładowej Komisji „S” w szczecińskim oddziale Polskich Linii Oceanicznych. Odpowiadał m.in. za informację. Zobaczyłem go kilka miesięcy później. Miałem pięć lat, mama tłumaczyła mi, że tata wyjechał do sanatorium. Tato nie lubi obnosić się z tą „kombatancką” częścią życiorysu, ale na moją prośbę pokrótce opisał jak to przy dość wzruszających (choć brzmi to dziwnie) dla niego okolicznościach znalazł się za kratami.

Krasiu


Początek trzynastego grudnia był standardowy: brak Teleranka a po chwili szokujące wystąpienie Jaruzelskiego na tle przekrzywionej polskiej flagi.


Jeden z symboli stanu wojennego: Dziennik Telewizyjny prowadzony przez panów w wojskowych mundurach




Tego samego dnia z bloku rysunkowego wyciąłem pięć wielkich liter, które pomalowałem na czarno i następnego dnia rano pojechałem z nimi do biura PLO, w którym wtedy pracowałem (Wojska Polskiego, w pobliżu skrzyżowania z Piotra Skargi – dziś te dwie połączone ze sobą kamienice użytkuje Uniwersytet Szczeciński).

Po zdjęciu z tablicy informacyjnej Solidarności wszystkich wiszących tam tekstów, zastąpiłem je przyszpilonymi na całej szerokości płyty literami składającymi się na słowo H A Ń B A. Dodatkowo umieściłem także informację o strajku okupacyjnym w Stoczni.

Poszedłem na swe zwykłe stanowisko pracy i wtedy w drzwiach pojawił się mężczyzna przedstawiający się jako oficer SB. Poprosiłem o legitymację i tak właśnie miałem wątpliwa przyjemność poznać porucznika Mariana Kłosa z SB, mającego pod swą „opieką” PLO. Grzecznie poprosił mnie o pójście z nim do samochodu, gdzie czekał już jego kolega.


Jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego działacze „S” w PLO nosili na co dzień przy sobie takie kartki. W razie niespodziewanego zatrzymania na ulicy należało papierek dyskretnie wyrzucić z nadzieją, że znajdzie ją ktoś kto zechce powiadomić „S” o zdarzeniu. Związkowcy obawiali się, że MO może w najlepszym razie powiadomić rodzinę o zatrzymaniu po kilku dniach




Bez trudu domyśliłem się, że jedziemy na Małopolską. W tych latach chorowałem jeszcze poważnie na astmę, a w kieszeni miałem do wykupienia świeżą receptę ma inhalator. Na moją prośbę por. Kłos zatrzymał auto przy aptece na placu Grunwaldzkim, pozwalając mi wejść samemu do apteki.

W środku było mnóstwo ludzi, tłoczących się do dwóch okienek. Nie miałem wyboru. Głośno powiedziałem „Przepraszam państwa, zostałem właśnie aresztowany przez stojącą przed apteką bezpiekę. Pozwolono mi, żebym po drodze na komendę wykupił inhalator na moją astmę. Czy pozwolicie mi państwo być obsłużonym poza kolejnością?”

W przejmującej ciszy ludzie rozstąpili się, tworząc prowadzące do okienka przejście. Nawet teraz pamiętam towarzyszące mi wtedy wzruszenie, pobudzone emanującą zewsząd życzliwością.


Decyzja o internowaniu. Warto zwrócić na uzasadnienie, którego treść pełna alarmujących zwrotów (zagrożenie bezpieczeństwa Państwa, zakłócenia w gospodarce narodowej) jednoznacznie sugerowała, że władza rezerwuje sobie dość pokaźny wachlarz represji i kar




Potem już poszło rutynowo: przesłuchanie na zmianę przez dwójkę esbeków w klasycznym stylu (jeden dobry, przyjacielski i wyrozumiały zastępowany po chwili przez „wrednego i napastliwego”) kiedy to przy okazji okazało się, że „wszechwiedząca” bezpieka nie zwinęła mnie w nocy bo miała u siebie nieaktualny już adres zamieszkania. Areszt w piwnicach budynku komendy wojewódzkiej MO w jednej celi z dwoma młodymi kryminalistami do których wkrótce doszedł zwinięty w rozbitej czołgami stoczni Andrzej Milczanowski (ech, ile pięknie wyrecytowanych przez niego wierszy wtedy usłyszałem…) i kolejne przeprowadzki: więzienie w Goleniowie, Wierzchowie Pomorskim i w końcu szpital aresztu śledczego na Kaszubskiej. A potem wolność, chociaż na tę prawdziwą musiałem czekać jeszcze parę ładnych lat.

Andrzej Kraśnicki