Opublikowane przez woti w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

III Zachęta – Osiedle Świerczewskie

W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych dziadkowie wykupili mieszkanie spółdzielcze. Mieszkania takie, pomimo „tylko lokatorskiego” statusu, były ówcześnie bardzo drogie i dlatego w zakupie pomagała cała bliższa i dalsza rodzina (ceny mieszkań spółdzielczych relatywnie spadły dopiero w latach siedemdziesiątych).

Dziadkowie otrzymali klucze do mieszkania w jednym z czterech nowych budynków na osiedlu Spółdzielni Mieszkaniowej „Wspólny Dom” („ich” blok został oddany do użytku w 1963r.). Osiedle położone było pomiędzy torami a ogródkami otaczającymi poniemieckie budynki należące do ADM. Zwano je wtedy Świerczewskim lub Świerczewskiego (generała?). Chyba nie od razu ustanowiono tu ulicę Alfreda Lampego (po 1990 przemianowana na Stanisława Mikołajczyka).
Czteropiętrowe bloki wybudowano z cegły i otynkowano na żółto, z szerokimi, białymi pasami dzielącymi poszczególne kondygnacje i kwartały okien. Dopiero teraz (2006) budynki te ocieplane są styropianem i malowane.

Z północnych okien naszego mieszkania widać było trawnik, a za nim nowiutką szkołę podstawową. Z drugiej strony był balkon z widokiem na zielone drzewa i ogród sąsiadów z „przedwojennego domu”. Od połowy lat siedemdziesiątych na miejscu „adeemowskich” ogródków zaczęły rozpierać się „betonowce” pobudowane aż do samej Ku Słońcu. W ich sąsiedztwie powstały nowe garaże, parkingi i place zabaw. Z drzew pozostały te, które posadzono na „spółdzielczym” trawniku – m.in. stara, pochyła jabłoń i dorodna brzoza. Nieco dalej, ponad ulicą Sucharskiego, uchowały się „prastare” morwy.
Kiedyś nie docierał tu miejski hałas.
Dzisiaj osiedlowe alejki i ulice są wyasfaltowane. Ja pamiętam ulice wykonane z sześciokątów „trylinki” i chodniki z płyt betonowych. Alejki pomiędzy budynkami były wysypane żwirem i potłuczonymi cegłami, po czym mocno ubite.
Moja pamięć nie zarejestrował na osiedlu błota i „nieprzejezdności”, ale przecież bywałem tu w zimie, a na stałe dopiero od 1968r. Starsi mieszkańcy osiedla opowiadali, że w pierwszych latach bloki „stały w błocie”, a taksówkarze nie wiedzieli, jak tam dojechać. Jednakże osiedle dość szybko stało się taksówkarzom znane: wystarczyło powiedzieć „Osiedle Świerczewskiego”. Gorzej było z „Lampego” – zdarzało sie, że kierowcy jechali na drugi koniec miasta, na ulicę Lompy (okolice dzisiejszego Osiedla Książąt Pomorskich). Na całe szczęście tych dwóch panów różniło się imionami – należało więc podawać adres „Alfreda Lampego”. Niektórzy taksówkarze z własnej inicjatywy pytali o imię. Wydaje mi się też, że nazwa „Osiedle Karola Świerczewskiego” funkcjonowała tylko do połowy lat siedemdziesiątych, najdalej do początku osiemdziesiątych. Później funkcjonował wyłącznie adres „Alfreda Lampego”.
Nie umiem powiedzieć, w którym roku spółdzielnia Wspólny Dom przekazała „nasze” bloki Szczecińskiej Spółdzielni Mieszkaniowej – dzisiaj chyba wszystkie powojenne budynki na północ od Ku Słońcu, od torów kolejowych aż po ulicę Karola Miarki, znane są jako „Osiedle Zachęta”.


Przed szkołą i budynkiem – Fiat i Warszawa (1974)




Obok naszego osiedla wybudowano „tysiąclatkę” – Szkołę Podstawową nr 72. Był to ładny, piętrowy budynek, któremu urody dodawało zadaszone wejście (obecnie nieistniejące). Ten wielki dach wsparty był na kilkunastu żelaznych podporach (pionowych rurach) – pod nimi jeździło się na wrotkach, ponieważ beton był gładki, wyszlifowany jak lastrikowe podłogi w ówczesnych łazienkach.
Kiedy po śmierci babci przeprowadziliśmy się do Szczecina, miałem tu kontynuować naukę w klasie piątej (w marcu 1968r.). W przededniu przyjazdu wydarzyło się nieszczęście – jeden z uczniów pchnął nożem w brzuch innego ucznia. Zdarzyło się to przed wejściem do szkoły. Cóż, w owym czasie w naszym „okręgu szkolnym” byli „chłopcy z Pięknej” oraz kilku znanych chuliganów z „miasta”, to jest z rejonu Turzyna i Bohaterów Warszawy. Wiem, że wielu z nich w życiu dorosłym poznało więzienia od środka.
Dla równowagi chciałbym jednak podkreślić, że do tej szkoły uczęszczali nie tylko chuligani – spomiędzy nas wyrośli między innymi pracownicy dydaktyczno-naukowi PAM i US, a także, jak mniemam, co najmniej dwóch „sediniaków”.

Naszej szkole chyba od początku patronowała pobliska jednostka Wojsk Ochrony Powietrznej Kraju (koszary WOPK znajdowały się na przeciw dzisiejszej Trzeciej Bramy Cmentarza Centralnego). Około 1970r. szkoła otrzymała ich imię. Na pamiątkę tego wydarzenia na frontowej ścianie szkoły wmurowano okolicznościową tablicę. Byłem przy jej odsłonięciu.
Patronat wojska szczególnie zauważalny był w czasie uroczystości szkolnych – oficerowie w stalowych mundurach pojawiali się wśród zaproszonych gości, a kiedy trzeba było – przygrywał nam żołnierski zespół bigbitowy. Obecność tego zespołu była najbardziej ceniona na zabawach dla siódmo-, a potem ósmoklasistów opuszczających szkołę (wtedy instytucja didżeja nie istniała, porządne zabawy musiały być przy muzyce „na żywo” – płytami i taśmami można było obsługiwać „prywatki”, małe szkolne spotkania czy inne „kinderbale”).

W budynku SP 72 długo funkcjonowała Zasadnicza Szkoła Zawodowa Fabryki Urządzeń Budowlanych „HYDROMA”. Chyba w połowie lat siedemdziesiątych przeprowadzili się do własnego budynku na rogu Ku Słońcu i santockiej (dzisiejszy Zespół Szkół Łączności). Część jej uczniów pochodziło z naszej podstawówki, ale i tak straszyliśmy się nawzajem, że „dwójarze wylądują w FUB-ie, gdzie będą wałki młotkiem klepać”. Być może dlatego wielu wolało pobierać nauki w zupełnie innych zawodówkach, jeśli nie udało im się zdać egzaminów do liceum lub technikum. Wielu znanych mi chłopaków zostało robotnikami w Stoczni im. Adolfa Warskiego (dzisiaj Stocznia Szczecińska „z przyległościami”).
Na początku lat siedemdziesiątych tylko nielicznym udawało się zdać egzaminy wstępne i dostać do liceów ogólnokształcących. Ci, którzy chcieli zdobyć zawód i nie wybierali się na studia – starali się o przyjęcie do technikum (tu także obowiązywały egzaminy wstępne). Pozostali uczyli się w zawodówkach lub jako uczniowie w zakładach rzemieślniczych. Z moich najbliższych kolegów i koleżanek większość starała się dostać do liceów – nasza szkoła w zasadzie była przypisana do okręgu „czwórki” na Gumieńcach (dzisiaj LO IV im. Bolesława Prusa – w „moich” czasach nadano szkole to imię). Niemniej jednak niektórzy, zasadniczo ci odważniejsi, poszli do ówcześnie najlepszych – „szóstki” lub „jedynki”. Do „piątki” i „dwójki” było tak daleko, że nawet najsprytniejsi rodzice nie chcieli pisać i wymyślać uzasadnień, dlaczego „pociecha” właśnie tam chciałaby pobierać nauki. W końcu „władza” wymyśliła „okręgi szkolne” po to, aby ułatwić im życie…
Mój serdeczny kolega, Tadek P., bardzo dobry z fizyki i matematyki – wybrał TME na Racibora. Przypominam też sobie, że kilku chłopaków wybrało się do „samochodówki” na Klonowica (znana była z bardzo wysokiego poziomu nauczania), szkół przystoczniowych i gastronomicznych, a jeden ze szkolnych kolegów chciał zostać uczniem u zegarmistrza. Dzisiaj na osiedlu mieszka już chyba tylko jeden z moich kumpli z lat szkolnych – pozostali wyjechali z Polski w latach osiemdziesiątych lub mieszkają w innych rejonach Szczecina.


Pochody pierwszomajowe nie były „aż tak bardzo obowiązkowe”, ale sztandar własnej szkoły nosiło się z dumą. Na tym zdjęciu harcerz i harcerki ze szkolnej drużyny wodniackiej (1974)




Nasz świat dość długo ograniczał się do własnego osiedla, do „naszych” czterech bloków i kilku starych kamienic obok – tutaj graliśmy w piłkę, najczęściej na własnym boisku (dzisiaj na jego miejscu stoi betonowy blok ustawiony szczytem do szkoły) lub ścigaliśmy się rowerami po pobliskich uliczkach. Czasami, szczególnie zimą, urządzaliśmy wypady „za tory”, bo tam była jedyna w okolicy większa górka – pomiędzy „dolnym” i „górnym” boiskiem Politechniki przy ul. Kordeckiego. Dalsze wyprawy nie wydawały się bezpieczne, ponieważ na Gumieńcach („a gdzie to???”), w „mieście” (czyli za wiaduktami na Ku Słońcu) oraz na „karolamiarki” (wymawiało się tę nazwę jednym tchem) i Pięknej podobno grasowały „bandy”. Terenem równie niebezpiecznym i niepoznawalnym wydawał nam się Cmentarz Centralny – na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zagospodarowane były jedynie alejki w okolicy Pierwszej Bramy, natomiast w „krematorium” mieli mieć siedzibę „zbójcy”. Wszędzie indziej były tereny dzikie i niedostępne, najczęściej zarośnięte przez krzewy dzikiego bzu, jeżyn i mnóstwo innych roślin, których nazwać nie umieliśmy. Ponadto teren ten pocięty był rowami o czarnej wodzie, a w ich okolicy „ktoś widział” węże; w lecie cięły komary.


Boisko Politechniki – Maciej na świeżo wybudowanej osłonie kulomiotów (1973)




W klasie Vc „podstawówki”, do której trafiłem, prowadzonej przez „Panią Kasię” (Kazimierę Lewndowską-Michalską), był obyczaj świętowania wspólnej „Wigilii”. Ostatniego wieczoru przed początkiem ferii zimowych (ferie zimowe „okraczały” Boże Narodzenie i Nowy Rok, trwały dwa tygodnie) spotykaliśmy się w szkole. Świetlica lub klasa była ozdobiona choinką, kolorowymi świeczkami i łańcuchami z papieru. Mamy z trójki klasowej podawały ciasto i herbatę. Opowiadaliśmy sobie, co będziemy robić w czasie ferii… Po około godzinie poszliśmy na Cmentarz Centralny – na ten koniec cmentarza, gdzie dzisiaj stoi pomnik ku czci Pionierów Szczecina. Tam na wybranym drzewku wieszaliśmy kawałki słoniny i patyczki ze smalcu wymieszanego z ziarnami zbóż, kilka bombek i kilka świeczek. Śpiewaliśmy kolendę i wracaliśmy przed szkołę, gdzie się rozstawaliśmy.
Nasza wychowawczyni była wyjątkową osobą – bardzo starała się być dobrym, wymagającym nauczycielem i pedagogiem. Była też instruktorem harcerskim, a przede wszystkim naszym przyjacielem. Wymagała od nas dużo, ale też sama wiele dawała. Była chyba jedyną nauczycielką, która przed Świętem Zmarłych prowadziła swoją klasę na groby Pionierów Szczecina, aby choć trochę je oczyścić i odsłonić. Dzięki tej wiedzy docierałem tam nawet wtedy, kiedy Ona przestała być moją wychowawczynią, kiedy w ogóle przestała wychowywać kogokolwiek… Nie byłem jedyny, i chyba nie tylko absolwenci Jej klasy tam docierali – wśród krzaków i chaszczy błyskało coraz więcej światełek, pojawiały się jakieś kwiaty. Dużo później stanął pomnik.

Za cmentarzem był „daleki teren”, gdzie mieszkali „chłopcy z Mieszka I” – było to „bratnie” osiedle „Wspólnego Domu”. Wiedzieliśmy o sobie, ponieważ około roku siedemdziesiątego spółdzielnia mieszkaniowa na każdym osiedlu zatrudniła trenera mającego zajmować się sportowym wychowaniem młodzieży, a także organizowała rozgrywki sportowe – przede wszystkim w piłkę nożną i kometkę. Były więc mecze „u siebie” (dla nas było to boisko SP 72 lub boisko Szkolnych Związków Sportowych przy ul. Tenisowej) oraz „wyjazdowe”. Na mecze „wyjazdowe” szliśmy z duszą na ramieniu, bo kibice cudzych drużyn bywali groźni, natomiast cała męska młodzież z naszego osiedla liczyła niewiele więcej niż drużyna trampkarzy. Nigdy jednak nie doszło do bijatyki. Miło wspominam mecz kometki na „Herbowej”; zazdrościliśmy im ładnych boisk i placu do tenisa.

Za torami kolejowymi, które łączyły magazyny chemiczno-budowlane przy ulicy Santockiej z magazynami przy ul. Kasprzaka, znajdował się kompleks boisk Politechniki Szczecińskiej, a jeszcze dalej boiska Szkolnych Zespołów Sportowych. Znacznie dalej – „legendarne” górki piaskowe (dzisiaj Osiedle Przyjaźni), wśród których miały grasować groźne bandy. Czasami do naszego osiedla docierały odgłosy pojedynczych wystrzałów i serii z karabinów maszynowych – to ćwiczyło wojsko na poligonie, ale nikt z nas nie potrafił dokładnie określić, gdzie ów poligon jest zlokalizowany. Mówiło się „za Santocką”, jakby było to hen, daleko, niemal na krańcach świata.

Do „miasta” jeździło się „ósemką” z „bramy” (Pierwsza Brama Cmentarna), albo z „górki” (ul. Karola Miarki). Kiedy przybyłem do Szczecina – oprócz zabójstwa (?) pod szkołą zdarzył się inny dramatyczny wypadek – „w mieście ormowcy pobili studentów”. Później, a szczególnie w 1971r. wspominano, że „dwa lata przed grudniem robotnicy ze stoczni bili studentów, dlatego w czasie grudnia studenci i inteligencja nie poparli robotników”.


W tamtych czasach na ulicach Szczecina często można było spotkać polewaczkę




Nas, uczniaków z podstawówki, polityka nie interesowała. Niezależnie od tego, kto dzierżył władzę, stopniowo rozszerzaliśmy obszar naszej penetracji. Zbieraliśmy się w większe grupy i rowerami jeździliśmy do Bartoszewa, aby tam wykąpać się w wodzie pełnej długich wodorostów (proszę mnie nie pytać, czy to była moczarka kanadyjska); na rowerach próbowaliśmy zjeżdżać z pagórów „piaskownicy”, która nagle przestała być opanowana przez „bandy” – jednak nie trwało to długo, bo wkrótce wkroczyły tam brygady budowlane stawiające pierwsze „leningrady”. Skończyła się też podstawówka – a w liceum „osiedle” coraz bardziej stawało się już tylko małą cząstką większej całości…
W okresie licealnym zaczęliśmy grać w koszykówkę i tenisa ziemnego. Te sporty można było uprawiać na boiskach Politechniki. Wtedy jeszcze nie potrzeba było za te rozrywki płacić – ale też nie każdego stać było na rakietę tenisową. Swoją przywiozłem z NRD – sam na nią zarobiłem i przechowuję do dziś, choć to „taki drewniany zabytek” – „Made in DDR; Product of hickory”.

W połowie lat siedemdziesiątych zaczęto likwidować ogródki przydomowe naszych „komunalnych” sąsiadów – na osiedle dotarł hałas tramwajów z Ku Słońcu. Pojawiły się wielkie dźwigi i zaczęły wyrastać wieżowce oraz niskie bloki z „wielkiej płyty”. Pamiętam swoją złość z tego powodu. Naprawdę byłem zły, że zabiera się nam spokój i piękno zieleni. No, cóż – wkrótce opuściłem rodzinne pielesze, a nieco później zacząłem cierpieć na „głód mieszkaniowy”.
Nie pamiętam nawet, kiedy wprowadzono tu nazwę „Osiedle Zachęta”. Podobno stało się to w 1976r., gdy SM „Wspólny Dom” przekazała swoje cztery budynki Szczecińskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.


Stary dom, stare drzewo i nowy dźwig (1975)




W tym czasie babcia Irena już nie żyła, ale dziadek Edward zdążył jeszcze przyjrzeć się sposobowi, w jaki budowano domy z wielkiej płyty. Pamiętam go, jak z zadartą głową stał na chodniku przy dzisiejszej ulicy gen. Sucharskiego i podziwiając sprawność dźwigowego zastanawiał się jednocześnie, „czy te spawane konstrukcje będą dostatecznie trwałe”. Miał wątpliwości, czy miejsca spawów zostaną należycie zabezpieczone przed korozją.


Nasze boisko: Rysiek (był dobry nie tylko w piłkę), słupek do „siatki”, plecy sławetnego zielonego kiosku, szkoła, spółdzielczy blok








„Wielka płyta” zajęła miejsce naszego boiska, a plac zabaw – ogródków (1986)




Jeden z betonowych budynków zajął teren „naszego” boiska. Na miejscu drewnianego kiosku spożywczego, który pod egidą „Spółdzielni Inwalidów” prowadził słusznej postury mężczyzna, zwany „panem Zdzichem” (?) stoi dzisiaj murowany, kamienny śmietnik. Kiosk był dla nas bardzo ważny: w czasie szkolnej przerwy „u Zdzicha” można było kupić pączki, drożdżówki i oranżadę. Tu też poznałem smak pierwszej Pepsi Coli – był to rarytas, więc składaliśmy się na niego co najmniej we dwóch. Tutaj kupowało się oranżadę w proszku – produkt dziś już chyba zapomniany, który najbardziej smakował z własnej dłoni, kiedy pienił się na koniuszku języka.
Wyjścia do kiosku wiązały się z pewnym ryzykiem – w jego otoczeniu operowali szkolni chuligani, młodociani bandyci, z których najgroźniejszy był „przerośnięty” Cz. – najsilniejszy chłopak w szkole. Przynosił szkole sławę na międzyszkolnych zawodach w podnoszeniu większych i mniejszych ciężarów, a jednocześnie był jej zakałą. W końcu tak nabroił, że karnie nie dopuszczono go do zawodów, które odbywały się w szkole podstawowej na „dalekich” Gumieńcach (gdzieś w okolicach Dworskiej) – a może był po prostu za stary? Podobno skończył marnie w więzieniu (podobnie jak kilu innych osławionych chuliganów z naszej szkoły).

Może zbyt dużo miejsca poświęciłem chuliganom, zbójom i im podobnym. Przecież tacy ludzie stanowią margines, są w wyraźnej mniejszości. To prawda, ale właśnie tacy „wyjątkowi” nadają koloryt wspomnieniom, bo spotkania z nimi zawsze podnosiły poziom adrenaliny we krwi. Oczywiste, że mam mnóstwo dobrych wspomnień – w znacznej części zawdzięczam je „normalnym” koleżankom i kolegom ze szkół i z podwórka. Takich „spokojnych” chwil było „milion” razy więcej i dlatego zdają się one podobne jedne do drugich – ile razy można powtarzać opowiadania o meczach „na małe bramki”, o wspólnych wyprawach na tenisa czy rowerowych wycieczkach? A przecież o nich też pamiętam…
Pamiętam także stare nazwy ulic „naszego kwadratu”: Marcina Kasprzaka (bez zmian), Marcelego Nowotki (dzisiaj gen. Aleksandra Litwinowicza) i Juliana Marchlewskiego (dzisiaj majora/gen. Henryka Sucharskiego). Nie pamiętam, jak zwała się dzisiejsza ulica gen. Emila Fieldorfa „Nila” – kiedyś dochodziła do Ku Słońcu, ale w zasadzie nie było przy niej budynków mieszkalnych. Obecnie od Ku Słońcu odgradza ją blaszany kompleks „nowych SAM’ów”. Czy ktoś jeszcze pamięta, co oznaczał ten skrót?
„SAM” mieliśmy „na górce” – stoi tam do dzisiaj. To ten z brunatno-czerwonego klinkieru, niechlubnie podzielony na pół. Biegało się do niego po chleb i mleko – do południa, bo po pietnastej z reguły brakowało.

Może warto dodać, że jeszcze całkiem niedawno boiska i korty tenisowe „Politechniki” leżały nie przy ul. Tenisowej (nie była przejezdna), lecz przy ul. ks. Augustyna Kordeckiego (który, moim zdaniem, też mógłby nosić generalskie epolety).

IV Mój Szczecin

Z całą pewnością nie mogę powiedzieć, aby Szczecin był moim rodzinnym miastem. Nie mogę też oznajmić, że jest moim miastem ukochanym – dla mnie nie istnieje na świecie takie miasto. Mogę powiedzieć, że powoli się nim staje. „Staje się” w bardzo różnym tempie – najwolniej w czasie wakacyjnym i kiedy obserwuję bezwład naszych włodarzy. Moja „szczecińskość” rośnie najszybciej, kiedy uda mi się czegokolwiek dokonać – dla siebie i innych. Najbardziej lubię swoje miasto, kiedy „to coś” robi się nie w samotności, lecz w grupie.
Wraz z moimi rodzicami stosunkowo często zmieniałem miejsce zamieszkania i właściwie nigdzie nie zapuściłem korzeni. Wciąż jeszcze jestem gotów na przeprowadzkę, na duże i małe zmiany. Podobnie myśleli moi rodzice. Nie zapomnę, jak ojciec powiedział, kiedy stanęliśmy pod świeżo oddanymi do użytku przęsłami Estakady Pomorskiej:
– Szczecin jest zbyt dużym miastem, aby się do niego przywiązać. Nie czuję, abym mógł mieć tu wpływ na cokolwiek.
Chodziło mu o to, że nie wiedział, komu zaproponować, aby pod tym „dachem” zorganizować parking strzeżony dla samochodów.
Od tamtej wypowiedzi minęło niemal 36 lat. Okazało się, że na wiele spraw ojciec miał wpływ, choć rzadko o tym wspomina. Dzisiaj moi rodzice nie chcą stąd wyjeżdżać i obserwuję, że z coraz większą przyjemnością wracają (z wycieczek) do swojego domu, niezależnie od tego, jak nazywa się ulica, przy którym on stoi. Można uznać, że zapuścili tu korzenie. Mama chce tu pozostać na zawsze – wyraźnie to oświadczyła. Chce spocząć u boku swojej matki.
„Nie przesadza się starych drzew” – powie ktoś. Ja jednak sądzę, że to coś znacznie więcej. Przecież właśnie tak musi odbywać się wrastanie, przyswajanie nowych miejsc przez „migrantów”.

Moje dzieci urodziły się w Szczecinie. One „wszystkich” tutaj znają. Obserwuję, że nie bardzo chcą stąd wyjechać – jedynie „chleb” może je stąd wyrwać. To ich wybór, ale ja marzę o tym, aby nie zostały do takiej przeprowadzki zmuszone, a jeśli już – oby jak najszybciej wróciły, najlepiej z dobrymi doświadczeniami, z wiedzą i energią, która pchnie nasze nieco ospałe miasto na drogi prowadzące ku lepszej przyszłości. Szczecin na pewno jest ich „małą ojczyzną”. I niech tak pozostanie.

Wojciech Banaszak

Fotografie pochodzą ze zbiorów rodzinnych autora.

Uzupełnienia:

1/ Już po napisaniu tekstu dowiedziałem się od starszych mieszkańców Osiedla Świerczewskiego, że obecnie zamknięta od Ku Słoncu uliczka nazywała się dawniej Pawła Findera. Podsumowując: pomiędzy dawną siedzibą Wojewódzkiego Zjednoczenia Państwowych Gospodarstw Rolnych (obecnie przychodnia zdrowia) a Karola Miarki były cztery uliczki, z których trzy dochodziły do uliczki Alfreda Lampego – Marcina Kasprzaka, Marcelego Nowotki, Juliana Marchlewskiego i Pawła Findera.
Sami lewicowi rewolucjoniści. Z nich wszystkich tylko Kasprzak pozostał na tabliczce – być może dlatego, że zginął przed powstaniem ZSRR i nie „zapamiętał się” negatywnie w umysłach naszej Rady Miejskiej.

2/ Osoby j/w nie pamiętają, aby Osiedle nazywane było imieniem gen. Karola Świerczewskiego – zapamiętali raczej jako „Świerczewo” lub „Osiedle Świerczewskie”. Wnioskuję więc, że moje skojarzenie z szacownym generałem było „typowo szkolnym” skojarzeniem (kto jeszcze wspomina generała, który „kulom się nie kłaniał”? – dzisiaj wiemy o wiele więcej o tej postaci).