Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

Z Anna Frajlich rozmawia Czeslaw Karkowski.

Czeslaw Karkowski: – Z krotkiego zyciorysu publikowanego na skrzydelkach tomikow wierszy wiem, ze urodzilas sie w Kirgizji. Jak to sie stalo, ze Twoi rodzice znalezli sie w tak dalekim kraju?

Anna Frajlich: – Nie tyle rodzice, co matka, bo ojciec nigdy w Kirgizji nie byl.

Moi rodzice pochodza ze Lwowa. Ojciec dumny byl zawsze z tego, ze urodzil sie w Sokolowce Hetmanskiej, niegdys wlasnosci Czarneckich.

Wojna zastala rodzicow w centralnej Polsce; ojciec pracowal w Czestochowie, uczyl w szkole technicznej. Przedostal sie do Lwowa do rodziny. Przez caly czas okupacji sowieckiej pracowal w fabryce, najprawdopodobniej broni. Matka zdaje sie tez. Kiedy rozpoczela sie wojna niemiecko-sowiecka, ojca ewakuowano wraz z cala fabryka w glab ZSRR. Matce nie pozwolono z nim jechac. Zaznaczam: nie byl wywieziony (jak tysiace Polakow), ale zostal jako fachowiec ewakuowany, choc roznica moze nie byla wielka, bo warunki wedrowki (doslownie na piechote, obstawa jechala na koniach) byly rownie ciezkie i brutalne. W koncu znalazl sie w Permskiej Guberni na Uralu.

Matka zaczela uciekac w glab Rosji, bo widziala juz w Polsce, co sie dzieje. Wsiadla do jakiegos pociagu i dotarla az do Kirgizji. Poczatkowo nawet nie wiedziala, ze jest w ciazy. Pracowala w sowchozie Katataldyk, kolo Oszy, dokad dzisiaj czesto w gory udaja sie narciarze lub alpinisci. Mama mowila mi, ze urodzilam sie w Pamirze, na Dachu Swiata. Opowiadala, ze jak wychodzila zbierac chrust na opal, to wokol chodzily orly.

Matka nie wiedziala, czy moj ojciec zyje ani gdzie jest. Nikt naturalnie nie wierzyl, ze kiedykolwiek miala meza. Byly to bardzo dla niej ciezkie czasy. Pracowala w sowchozie, przywiazywala mnie do lozeczka, zebym nie wypadla podczas jej nieobecnosci, ale kiedy podroslam, to juz nie wystarczalo. Musiala przejsc na inny system pracy, znacznie gorzej naturalnie oplacanej. Bylo jej trudno.

Gdy mialam rok, przyjaciolka mamy, ktora mieszkala w owczesnym Frunze (dzisiejszym Biszkiku), odnalazla swoja matke, a pozniej dzieki niej ojciec odnalazl moja matke – w dosc cudowny sposob. To dluga, skomplikowana historia – w kazdym razie ojciec przyslal matce dokumenty i wszyscy pojechalismy na Ural.

Tam bylo juz wzglednie dobrze. Mielismy pokoj, bylismy razem; Kirgizji nie pamietam, ale Ural pamietam dobrze, szczegoly takie, jakie dzieci zapamietuja: jak jechalam na sankach i ojciec pokazal mi trawe rosnaca pod sniegiem; pamietam kota, ktory wszedl pod podloge i zeby go wyciagnac, trzeba bylo wyjac deske.Ojciec pracowal w fabryce, dostawal chleb, a poza tym byl technicznie bardzo uzdolniony, wiec ludzie przynosili mu rozne rzeczy do naprawy. W ten sposob dorabial. Mama szyla, najpierw na pozyczonej maszynie do szycia, potem splacila ja i tak dorabiala – za jajka, za kawalek sera. Poza tym ojcu przydzielono troche pola, gdzie sadzili kartofle.

W 1946 r. pojechalismy do Polski transportem zorganizowanym przez Zwiazek Patriotow Polskich. Jechalismy pociagiem towarowym kilka tygodni. Na stacjach ludzie szli kupowac jedzenie, mezczyzni szli lowic ryby. Ostatecznie dotarlismy do Szczecina. Dlaczego tam? Bo do tego miasta jechal transport. W Szczecinie znalezlismy sie przez zupelny przypadek.

Pierwsze mieszkanie miescilo sie przy ulicy Parkowej. Caly pion budynku byl wypalony, ale obok dwa mieszkania ocalaly. Dano nam skladane metalowe lozka i tak spalismy w poniemieckim mieszkaniu, gdzie na scianach byly tapety w kwiaty. Mnie Polska kojarzyla sie z czyms bardzo pieknym, z tymi kwiatami wlasnie.

Mialam ciezka awitaminoze, z ktorej dlugo wychodzilam.

W pierwszych latach szukalo sie krewnych. Po przyjezdzie do Polski rodzice dowiedzieli sie, ze cala rodzina zginela. Brat mojej matki dozyl az do 1943 r., ukrywal sie z rodzina w jakims domu we Lwowie, ale na skutek donosu zabrali ich i popedzili az do Sanoka. Jeden ze swiadkow tam ostatni raz widzial brata mojej matki. Wiemy tyle o tym jednym krewnym, o innych prawie nic. Mojego dziadka wyprowadzono na plac we Lwowie razem z innymi Zydami, kazali im tam tanczyc i bili ich, a potem zamordowali. W kazdym razie nikt, kto zostal w Polsce z mojej rodziny, nie przezyl. W Szczecinie bylismy wiec zupelnie sami.

Pozniej mieszkalismy na Pogodnie, ja az do wyjazdu na studia w 1960 r. Szczecin uwazam za moje miasto i jestem z nim bardzo zwiazana.

Choc w Szczecinie poczatkowo bylo bardzo niebezpiecznie (co wiem ze wspomnien mamy) i raczej biednie, to jednak uwazam swoje dziecinstwo za szczesliwe. Bylismy razem, mielismy dzialke, gdzie rosly warzywa i krzewy owocowe. Kiedy niedawno przyjechalam do Szczecina, poszlam w tamte strony i rozpoznalam nasza dzialke. Bylo to duze przezycie.

Chodzilam do bardzo dobrej szkoly podstawowej i sredniej, gdzie uczyli znakomicie przygotowani, przedwojenni nauczyciele. W klasie mielismy Niemcow i Zydow, Polakow i Ukraincow.

Bardzo dobra uczennica w mojej klasie byla Wanda Michalska. W 1956 r. wyjechala do Niemiec i napisala do szkoly list podpisany Edith Schrade. Nauczycielka odpisala, ze nie bedzie z nia korespondowac za to wlasnie, ze nagle stala sie Schrade. Nauczycielka ta byla wyjatkowa osoba, miala wplyw na nas wszystkich. Ludzie, ktorzy przeszli przez jej klase, mieszkaja dzis w Polsce, w Australii, w Izraelu, w Stanach Zjednoczonych; kazdy, kto przeszedl przez jej klase, zostal jakos „naznaczony”. To byla Aniela Jezewska.

Wspominam o tym incydencie jako bardzo znaczacym, bo dla wielu ludzi mojej generacji ow problem tozsamosci byl szalenie wazny: Wanda Michalska byla Polka i nagle nia byc przestala. Tak przynajmniej to wygladalo. Nawet jesli czlowiek wybieral sobie jakas tozsamosc, jesli zmienial nazwisko, zawsze pozostawala kwestia swoistej lojalnosci – wobec siebie, swego otoczenia.

Potem poszlam na Uniwersytet Warszawski na polonistyke.

– Dlaczego do Warszawy, a nie blizej – do Poznania?

– Nie wiem. Edward Balcerzan, ktory chodzil do tej samej szkoly, tylko przede mna, poszedl na studia do Poznania. W liceum uczylam sie niejako w jego cieniu, bo np. kiedy cos recytowalam, to nieodmiennie slyszalam: „Gdybys wiedziala, jak Balcerzan to mowil…”. Poza tym pisalismy – i on, i ja. Bylam w dziesiatej klasie, kiedy dostalam nagrode literacka Szczecina. Pierwszej nie przyznali, druga dostal Balcerzan, a trzecia – ja. Dopiero teraz, po niemal 50 latach, w elektronicznej korespondencji przeszlismy na „ty”. Wczesniej sie nie znalismy.

Rodzice przeniesli sie do Warszawy w 1963 r. Skonczylam studia i poszlam pracowac do Polskiego Zwiazku Niewidomych.

– Dlaczego tam?

– Do szkoly nie chcialam isc, choc w pedagogice bylam bardzo dobra. Nie chcialam tez szukac pracy przez znajomosci dziennikarskie rodzicow. Dowiedzialam sie, ze niewidomy pisarz Jerzy Szczygiel poszukuje lektorki, to znaczy asystenta do wszystkiego. Zglosilam sie i zostalam lektorka, przewodnikiem, asystentem, robilam korekty – wszystko. Zatrudniono mnie do pracy w pismie publikujacym w alfabecie brajla. Potem Jerzy Szczygiel zalozyl pismo Niewidomy Spoldzielca, ktore bylo i brajlowskie, i tzw. czarnodrukowe.

Przygotowalismy wszystkie teksty na czarnodruku – pracowalismy jak w kazdym normalnym czasopismie: przepisywalo sie teksty, ja robilam korekte, ale wpierw czytalam redaktorowi wszystkie artykuly. Przygotowany numer, juz po aprobacie cenzury, szedl nastepnie do drukarni brajlowskiej. Lektor czytal, a niewidomi zecerzy przygotowywali tekst do druku.

Niewidomych bardzo zle traktowano – wszystkich inwalidow zle, ale niewidomych juz chyba najgorzej, bo czesto uwazano, ze jak ktos nie widzi, to zarazem jest i glupi. Tymczasem bylo to bardzo ciekawe srodowisko, choc zamkniete w sobie, w swoich problemach.

Szczygiel stracil wzrok i noge na polach minowych w czasie wojny. Na podstawie jego utworu Kazimierz Kutz zrobil film Milczenie, w ktorym grala Elzbieta Czyzewska.

– Jak dlugo pracowalas w tym pismie?

– Od 1965 do 1969 r. Kiedy wyjezdzalam z Polski, na dworzec przyszli pozegnac sie wszyscy pracownicy. Z Niewidomym Spoldzielca bylam zwiazana od samego poczatku, pierwsze numery pisma wyszly spod moich rak. Jerzy Szczygiel walczyl o te publikacje. Dopial swego, byl to czlowiek silny, z charyzma. Nie przypadkiem wiec pozniej, juz po wprowadzeniu stanu wojennego zaczal przyjmowac do pracy najwybitniejszych dziennikarzy wyrzuconych z innych redakcji, skutkiem czego nieoczekiwanie Niewidomy Spoldzielca stal sie najlepszym pismem w Polsce, bastionem opozycji. Z tego tez powodu zmarl – dostal w 1983 r. wylewu z powodu rozmaitych naciskow i szykan, jakie go spotykaly za przyjmowanie do pracy nieprawomyslnych.

Szczygiel redagowal Niewidomego Spoldzielce i pisal don. Ja zas mialam poczucie dobrze i pozytecznie wykonywanej pracy. Jak moglo byc inaczej, gdy np. ktos napisal w liscie, ze wychodzi na droge i slucha, czy jedzie samochod, bo wie, ze przywioza mu prace (np. materialy na szczotki czy inne wyroby chalupnicze), a takze jego pismo.

– Bylas jakby z boku wszystkiego pracujac w „Niewidomym Spoldzielcy”. Cala wiec nagonka 1968 r. jakby Cie ominela…

– Tak i nie. Moj szef byl pisarzem, czlonkiem Zwiazku Literatow Polskich. Chodzil na marcowe i pozniejsze zebrania, gdzie wowczas przebiegal glowny front walki o prawa czlowieka, tolerancje i demokracje. Na niektore zebrania, nawet w KC PZPR, ja z nim szlam. Wiele rzeczy widzialam.

W pracy panowaly wspaniale stosunki, ale wszedzie naokolo gestniala atmosfera. Podobnie u mojego meza, zatrudnionego wowczas w Polskich Zakladach Optycznych. Bylam wtedy w ciazy i chodzac po ulicy mialam nieustanne poczucie swoistego napietnowania.

– Czy tak bylo rzeczywiscie, czy to tylko Twoja imaginacja?

– O nie, to bylo rzeczywiste. Ciagle dowiadywalam sie, ze ktos ze znajomych stracil prace z powodu pochodzenia. Na ulicy, na podworku slyszalo sie uwagi, komentarze, docinki. Kiedys idac z szefem trafiam na demonstracje arabska, oczywiscie, jak to w PRL, bynajmniej nie spontaniczna, ale zorganizowana. Szczygiel mowi do mnie jeszcze w autobusie: „Nie wysiadamy”. Zdawal sobie doskonale sprawe z tego, co sie dzieje wokol. Istnialo poczucie zagrozenia.

– Jakiego rodzaju zagrozenia? Rozumiem, ze zaczynala powstawac psychoza…

– Gdy wyszlismy z domu 1 stycznia 1969 r. doslownie na godzine, napisano nam na drzwiach: „Tu mieszka holota zydzi”. Ja nie patrzylam, jacy ludzie wokol mnie mieszkali, ale zrozumialam, ze inni patrzyli, i to bardzo uwaznie.

– Z drugiej strony narasta psychoza wyjazdow. Slyszy sie, ze ten i tamten wyjechal…

– Nie chcielismy wyjezdzac, jak i wiekszosc naszych znajomych nie miala takiego zamiaru. Potegowalo sie jednak poczucie zagrozenia. Zamknieto ambasade izraelska, ktorej personel opuszczal Warszawe w bardzo wrogiej atmosferze. Zwolnienia z pracy, wyjazdy, zaczynaja krazyc fantastyczne plotki; mowilo sie, np. ze beda wywozic Zydow gdzies za Bialostockie. Dzis mozemy sie smiac, ale wtedy… Nikt nie wiedzial, co moze sie zdarzyc, a swieza wciaz pamiec wojny podpowiadala, ze wszystko jest mozliwe.

Zapamietalam incydent, ktory bardzo mnie poruszyl. Skonczylam studia, ale nie odebralam nigdy swojego swiadectwa maturalnego z uczelni. Poszlam do dziekanatu i tam uslyszalam: „Pani wyjezdza, to moze Pani dostac indeks”.

Urzedniczka powiedziala to w dobrej wierze, ale mnie szalenie uderzylo, ze nawet tutaj, na tym uniwersytecie musze miec na czole wypisane pochodzenie i samym wygladem uruchamiam w swiadomosci ludzi szereg stereotypow, lacznie z domniemaniem, ze na pewno wyjezdzam. Indeks wzielam, co juz tutaj w USA bardzo mi pomoglo. Jestem wdzieczna wspomnianej urzedniczce za tamta sugestie.

Nikt nie powiedzial mi: „nie powinnas wyjezdzac”. Nawet Szczygiel, szalenie mi zyczliwy, ale nawet on powiedzial mi wtedy, ze nie moze mi odradzic tej decyzji. Wahalismy sie dlugo, ostatecznie wyjechalismy w listopadzie 1969 r.

– W jaki sposob? Jak to wygladalo?

– Cala procedura byla bardzo przykra. Trzeba bylo pojsc na milicje i oswiadczyc, ze sie wyjezdza do Izraela i nastepnie zlozyc podanie do Rady Panstwa o zrzeczeniu sie obywatelstwa. Musialam to nawet zrobic w imieniu naszego syna.

Trzeba bylo spisac, co sie zabiera – do najdrobniejszych przedmiotow. Trzeba bylo sprzedac meble i wszystko, czego sie nie wywozi. Chodzic od urzedu do urzedu, gdzie wszedzie patrzyli na czlowieka podejrzliwie. Potem pozegnanie z naszymi przyjaciolmi. W ponad 20 lat pozniej, na moim wieczorze autorskim w Czytelniku Waldemar Kuczynski przypomnial, jak jedlismy u nas w mieszkaniu pieczarki pieczone na blachach – bo juz niczego nie mielismy, nie mielismy na czym przygotowac jedzenia.

Przybylismy do Wiednia, gdzie zajela sie nami organizacja, ktora skierowala nas do Rzymu. Byla to dramatyczna podroz, bo nie mielismy zadnych dokumentow poza wydanym przez wladze PRL papierem stwierdzajacym, ze taka a taka osoba nie jest obywatelem polskim. Jedziemy wiec bez dokumentow, pod straza karabinierow, ktorzy ciagle nas licza.

W Rzymie juz wszystko bylo zinstytucjonalizowane. Czekalismy na wize USA siedem miesiecy. Byl to znakomity okres przejsciowy, adaptacyjny do emigracji. W Rzymie zaczelam pisac wiersze, jakich nigdy dotychczas nie pisalam.

– Duzo tam bylo takich samych emigrantow?

– Dosc sporo. Chodzilismy na kursy angielskiego, zwiedzalismy Rzym i zalatwialismy wszystkie nasze sprawy zwiazane z dalsza emigracja, niektorzy jezdzili na wycieczki po Wloszech. Tez wybralam sie z mezem raz do Florencji, gdzie mieszkala moja kolezanka ze studiow. Jej maz byl znanym slawista i zarazem historykiem sztuki. Oni obwiezli nas po okolicznych miastach, tak ze troche poznalam Wlochy.

Ale to tylko tak brzmi „wakacyjnie”. Bardzo to wszystko przezylam, dla mnie pobyt w pieknym w Rzymie byl w istocie bardzo smutny i bolesny: oboje czulismy sie wygnani i oskarzeni o zdrade. I zarazem jakby sami potwierdzilismy te zdrade przez zrzeczenie sie obywatelstwa, do czego nas zmuszono.

W czerwcu 1970 r. wsiadamy do samolotu i przez Madryt przylatujemy do Nowego Jorku. Z lotniska Kennedy’ego rodzina wziela nas na Brooklyn. Uderzyla mnie przede wszystkim straszliwa brzydota uliczek i domow.

Poczatki byly bardzo ciezkie. Trzeba bylo rozejrzec sie za praca, a takze wziac sie do nauki angielskiego. Chodzilam na intensywny kurs na NYU. Zarazem jezdzilam do Stony Brook, gdzie prowadzilam zajecia ze studentami.

Moj maz mial takze ogromne trudnosci ze znalezieniem pracy. Byl to poczatek lat 70., panowal kryzys. Kiedy dostal pierwsza prace, natychmiast wynajelismy duze mieszkanie, wyremontowalismy je, umeblowalismy, wydalismy wszystkie pieniadze. Tymczasem okazalo sie, ze zatrudniono go tylko na zrobienie jednego projektu, totez po szesciu tygodniach prace stracil. Nastepnym razem bylismy juz lepiej przygotowani na ewentualnosc kolejnej utraty pracy.

Po Stony Brook poszlam do laboratorium epidemiologicznego. Pracowalam tam cztery lata. Robilam wszystko – od adresowania kopert, po odwirowywanie i odseparowywanie krwi; wykonywalam to, co w danej chwili bylo potrzebne.

Przy stacji krwiodawstwa istnialy laboratoria naukowe. Gdy u kogos wykryto zoltaczke zakazna, jego krew przekazywano do nas i nasza placowka przeprowadzala badania statystyczno-socjologiczne. Ja zajmowalam sie administracja badan, ale tez robilam wywiady z ludzmi.

Byla to prawdziwa szkola zycia, znakomita lekcja demokracji amerykanskiej, stosunkow w pracy, funkcjonowania przedsiebiorstw w USA. A najwazniejsze w tym wszystkim, ze mialam prace i ubezpieczenie.

– Nie frustrowal Cie ten rodzaj zatrudnienia?

– Frustrowal. Pisalam, kiedy moglam – glownie w pociagu – bo nie mialam czasu. Oprocz pracy zawodowej byl jeszcze dom, dziecko, nowy swiat. Publikowalam juz wtedy w londynskich Wiadomosciach, totez kiedy opuscilam laboratorium, mialam juz pierwsza ksiazke Aby wiatr namalowac. Wchodzilam w Ameryke.

Odeszlam z laboratorium, bo placowka stracila subwencje i nie miala pieniedzy na dodatkowych pracownikow. Przesiedzialam wtedy rok na zasilku dla bezrobotnych, ale dzieki temu moglam lepiej zajac sie dzieckiem, zaczelam tez studia na NYU i nawiazalam wspolprace z Radiem Wolna Europa w 1976 r.

Przegląd Polski, 21 XI 2003 r.

Ciąg dalszy rozmowy za tydzień.