Opublikowane przez woti w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Dedykowane moim Dziadkom, posiadaczom „Gryfa Pomorskiego” (i nie tylko) oraz endone z sedina.pl

I. „Gryfici”

Mój dziadek „po mieczu” przyjechał do Szczecina na początku 1948r., „wynosząc się” z Sycowa, ponieważ tam wciąż było zbyt blisko do Ostrowa Wielkopolskiego i Parczewa, do majątku rodzinnego jego żony, Ireny z Majerowiczów Banaszakowej (w grudniu 1939 r. samotne kobiety i ich dzieci wypędzili z Parczewa Niemcy, a w lecie 1945 r. – polscy komuniści). Do Polski powrócił z wojny, via Francja i Anglia, na wyraźne oświadczenie swojego kilkunastoletniego syna, że „Ojczyzny nie opuści nigdy”.

Początkowo paradował w zielonym battledress’ie i z amerykańskim workiem na ramieniu, aż do momentu, kiedy mógł kupić porządne cywilne ubranie. Był mężczyzną niewielkiej postury, ale zawsze silnego ducha. Niezależnie od okoliczności golił się codziennie (nawet w obozie jenieckim), krótko strzygł wąsik i lubił porównywać się do pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego. Umiał „robić” szablą i podobno za młodu dobrze boksował. Na pewno był dobrym żołnierzem.

Oberarzt. Edward Banaszak we Francji (1918); odznaczony Krzyżami Żelaznymi I i II klasy (zwrócił je Niemcom po objęciu władzy przez Hitlera, podobnie jak wielu innych polskich oficerów).


D-ca kmp. ckm 10 płk Strzelców Wielkopolskich, por. Edward Banaszak, w eszelonie skierowanym na front wschodni (1919). Z tej wojny wrócił jako kawaler Virtuti Militari




W Szczecinie znalazł się po raz drugi w swoim życiu – po raz pierwszy defilował tu w czasie I wojny światowej, jako jeden z wielu Polaków wcielonych do armii pruskiej (po dwóch latach nauczania polskich dzieci w wiejskiej szkole). Z armii tej został zwolniony (w stopniu ppor. rez. – Polak!!!) przez Żołnierski Komitet Rewolucyjny w Poznaniu, po czym przyłączył się do Powstania Wielkopolskiego i od tego czasu, choć nigdy wojska „jako takiego” nie kochał, w Wojsku Polskim pozostał, dzieląc jego sukcesy i niedole. Wojowanie zakończył 2 października 1939r., kiedy po rozwiązaniu dowodzonego przez siebie 81 pp Strzelców Grodzieńskich próbował przekroczyć Pilicę – został więźniem kazamatów Koenigsteinu, a następnie oflagu Murnau. Był współwięźniem m.in. admirała Józefa Unruga, postaci ciekawej i ważnej w dziejach Pomorza, symbolicznej dla naszej floty i obrony wybrzeża.


Płk WP Edward Banaszak w Edynburgu (1947)




Po II wojnie światowej nowe władze w Polsce nie zaakceptowały powrotu „sanacyjnego” pułkownika w rodzinne strony. Skorzystał więc z zaproszenia powinowatej, która „uciekła” z Łodzi i podsunęła mu myśl o przeczekaniu „złego czasu” na „dzikim zachodzie”, czyli w Szczecinie. Ciekawostką jest, że w tym „towarzystwie” znalazła się była lektorka siostry Feliksa Dzierżyńskiego, którego „własna matka przeklęła na łożu śmierci za to wszystko, co uczynił narodowi Rosyjskiemu” (w powojennej rzeczywistości nikt o tym nie wspominał publicznie).
Po przyjeździe do Szczecina podjął pracę w przedsiębiorstwie handlu międzynarodowego „WARRANT” (została później wchłonięta przez „Hartwig”). Mój ojciec wspomina, że dziadek mieszkał wtedy w małym pokoiku przy ul. M.Buczka/J.Piłsudskiego nr 13 lub 14 (spod łóżka wystawały końcówki grubych lin, którymi dziadek miał handlować). Następnie został księgowym w Szczecińskim Przedsiębiorstwie Remontowo – Budowlanym nr 1 i z niego odszedł na emeryturę (zaliczono mu lata służby w przedwojennym Wojsku Polskim). W 1950 roku został odznaczony „Gryfem Pomorskim”. Po październiku 1956 proponowano mu pracę w Wojskowym Instytucie Historycznym – niestety, okazało się, ze jest ciężko chory (rak krtani powrócił 22 lata później i stał się przyczyną jego śmierci). W czasie emerytury dużo czytał, przede wszystkim książki opisujące batalie i ludzi II wojny światowej. Starannie analizował mapy, notował na marginesach…
Nigdy nie udało mu się wrócić do nauczania dzieci, choć to był jego wyuczony i wymarzony zawód. Skromną tego namiastką był okres 1922-1928, w którym był komendantem Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty nr 7 w Śremie. Na stare lata rekompensował to sobie w czasie szkolnych pogadanek historycznych, które prowadził jako wysłannik Koła Powstańców Wielkopolskich ZBoWiD. Był bardzo zadowolony, kiedy licealiści nie chcieli wyjść na przerwę i zadawali mu „mnóstwo dodatkowych pytań”. Ponadto próbował uczyć mnie języków obcych i boksu – ale to już zupełnie inna historia…

Babcię Irenę wspominam jako piękną kobietę o świetlistych włosach. Słabo ją pamiętam, bo rak zabił ją zbyt wcześnie. Do Szczecina przybyła w ślad za kuzynkami i mężem. Pracowała w Spółdzielni Spożywców „Społem”. Była znanym i cenionym pracownikiem; została odznaczona między innymi „Gryfem Pomorskim”. Nikt nie odznaczył jej za to, co robiła w czasie wojny – jak wielu innych wolała nie chwalić się współpracą z Armią Krajową.
Oboje do swojej „małej ojczyzny” wrócili dopiero po śmierci – zostali pochowani w rodzinnym grobowcu Majerowiczów, niedaleko od Parczewa.


Irena i Edward Banaszakowie z jedynym synem w Parczewie (1936)




Po śmierci dziadka Edwarda przyjechała do Szczecina moja babcia „po kądzieli”, Anna z Sewerynów Szopowa. Miała bardzo ciekawe i pracowite życie, które opisała już tutaj, w Szczecinie. Dożyła u nas niemal 101 lat i kazała pochować się w Szczecinie:
– Mój grób niech będzie tu, gdzie dożyję ostatnich dni – zadecydowała.
Jej wspomnienia zostały przekazane do Działu Rękopisów Książnicy Pomorskiej.

II. W Alejach Piastów

W Szczecinie zawsze budowano zbyt mało i wiele rodzin musiało mieszkać wspólnie z innymi. Do początków lat sześćdziesiątych XXw. dziadkowie zajmowali dwa pokoje „reprezentacyjnego” mieszkania (front, pierwsze piętro, chyba pięć pokojów) przy Alei Piastów 59/7. Oprócz nich ze wspólnej kuchni i łazienki korzystały jeszcze dwie rodziny. Przyjeżdżałem do nich na krótkie pobyty i święta.
Aczkolwiek do tego mieszkania wiodły szerokie schody w (niegdyś) bogato zdobionej klatce schodowej (pamiętam kafle na ścianach i witrażowe szkła okien), to podwórko było zwyczajną, śródmiejską, okropnie ponurą „studnią” bez żadnej zieleni, ze smutnym trzepakiem i kratką ściekową. Otaczające je ze wszystkich stron ściany były wysokie, czarno-szare, a okna słabo odbijały światło dnia. Niebo nad nimi wydawało się blade i odległe – zupełnie inne od tego, które rozpinało się nad moim ówczesnym domem położonym na skraju Płot. Na tej mocno ograniczonej i niewesołej przestrzeni bawiły się nieliczne dzieci, których jednak nie dane było mi poznać.
Z zapadnięciem zmroku w niektórych oknach wychodzących na podwórko pojawiały się pomarańczowe kule żarówek i ruchome ludzkie cienie – paradoksalnie ten „teatr” był znacznie ciekawszy od dziennego widoku.

Mieszkanie dziadków było reprezentacyjne: w całości ogromne, a jego południowy, największy pokój przedłużony był wykuszem zaopatrzonym w mnóstwo okien, z których można było oglądać Aleje Piastów w całej okazałości. Ten widok ograniczały jedynie drzewa.
Na styku ścian i sufitu biegł ozdobny fryz – brutalnie przerwany na odcinku około trzydziestu centymetrów. Dziadek tłumaczył mi, że tamtędy „przeszła” bomba (niewybuch), która następnie przebiła się przez podłogę i NIE wybuchła na parterze. Dziurę w podłodze udało się naprawić – ozdób pod sufitem nie.
Budynek znajduje się niedaleko Placu Kościuszki. Do dzisiaj pamiętam okropny zgrzyt kół tramwajowych na szynach oraz powoli przesuwające się po ścianach i suficie sypialni żółte światła pojazdów, które dość rzadko przemierzały ulicę w nocy. Przypominam też sobie poruszenie, jakie zapanowało w domu, kiedy jakiś mężczyzna wpadł pod tramwaj – po nieszczęściu został ślad w postaci brunatnej plamy na żółtym piasku, który wysypano w okolicach przystanku „czwórki”.
Z weselszych wrażeń – rodzinna opowieść o tym, jak ulubiona córka jednej z kuzynek zawiązała dziadkowi czerwoną kokardę na szyi, a on powędrował tak na pobliską pocztę i zastanawiał się, dlaczego patrzący na niego ludzie próbują ukryć śmiech.
Miło wspominam wędrówki w stronę Placu Sprzymierzonych – dziadek pozwalał mi chodzić po wszystkich murkach, które oddzielają chodnik od trawników przed kamienicami. Starałem się iść po ich obłych grzbietach aż do samych bram budynków, chcąc w ten sposób przedłużyć przyjemność samodzielnego spaceru (tylko wtedy dziadek uwalniał mnie z obowiązku chodzenia „za rączkę” – miałem wtedy 4-5 lat). Współzawodniczyłem ze starszym bratem w przeskakiwaniu z murku na podest przed bramą i – co było trudniejsze – ponowne wskakiwaliśmy na murek. Nie wolno było stąpnąć na gołą ziemię lub „zwykły” chodnik. Kłopot sprawiały także niskie barierki umocowane na murkach – trzeba było spowolnić marsz, a wtedy dziadek zaczynał się niecierpliwić lub ściągał nas na „nudny” chodnik. Na nim można było ćwiczyć „jednokroczne” pokonywanie przestrzeni pomiędzy liniami dzielącymi wielkie płyty lub ich pęknięciami (trochę przypominało to grę w klasy). To jednak nie było takie fajne jak łażenie po murku.

W następnym odcinku: Przeprowadzka na „Zachętę”.