Opublikowane przez sedina w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Szczecin nie dla wszystkich okazał się miastem szczęśliwym. Ci co tu przybyli w wyniku decyzji jałtańskich oraz pionierzy w poszukiwaniu lepszego i nowego życia na ziemiach odzyskanych, wiązali duże nadzieje na przyszłość, swoją i swoich najbliższych.

Dziejowa szansa, jaką było przyłączenie Szczecina, spowodowała napływ ludności z całej Polski. Jednym z nich był mój dziadek Czesław Kaźmierczak, rocznik 1911. Objechawszy pół Polski, postanowił osiedlić się w Szczecinie. Był rok 1948. Najpierw sam, a po paru miesiącach dołączyła żona Janina z trojgiem dzieci. Pochodzili z Warty koło Sieradza, mieli stare rodzinne tradycje rzemieślnicze.


Czesław z zawodu był mistrzem profesji szewskiej, w rodzinnej Warcie prowadził zakład i sklep szewski, ale Warta była dla niego za mała, poza tym polityka władz do prywatnej inicjatywy nie była przyjazna, a z czasem stała się wręcz wroga. Nie jednemu w Warcie zabrano młyn, naliczono domiar, zniszczono…

W Szczecinie zamieszkali najpierw przy al. Mickiewicza, później na stale przy al. Bohaterów Warszawy pod nr 7. Wiedli los jak wielu wówczas osadników na Pomorzu Zachodnim.

Czesław Kaźmierczak szybko odnalazł się w nowej rzeczywistości, był przecież rzemieślnikiem. Zyskał uznanie wśród kolegów z branży, wybrali go na prezesa Cechu Rzemieślniczego Szewców i Cholewkarzy, którego siedziba mieściła się w pałacyku przy alei Wojska Polskiego. Jednocześnie był prezesem Spółdzielni Rzemieślniczej „1 Maja”, która znajdowała się najpierw na rogu ulic 5-go Lipca i Bolesława Śmiałego, później w okolicach ulicy Małopolskiej. Sam również prowadził sklep z galanteria skórzaną na ulicy Jagiellońskiej, w pobliżu Hotelu Gryf. Żona Janina, z domu Dobrzyńska, zajmowała się domem i dziećmi.


Od lewej: sekretarka, z-ca Bogdanowicz, prezes Czesław Kaźmierczak, księgowa


Czesław Kaźmierczak z żoną Janiną z Dobrzyńskich i dziećmi: Idzim,
Józefą Grażyną oraz Mirkiem




Lato 1951 roku było ładne, pozostały z niego piękne zdjęcia z Międzyzdrojów, chyba z lipca…

To był najprawdopodobniej ostatni dzień sierpnia 1951 roku, ciężko dokładnie ustalić po tak długim czasie. Czesław wracał późnym popołudniem do domu, stał na przystanku tramwajowym, który wtenczas znajdował się przy Pomorzance na ulicy Jagiellońskiej, nieopodal al. Piastów. Kiedyś jeździł tamtędy tramwaj od strony al. Wojska Polskiego. Podeszło do niego dwóch tajniaków, pobitego zabrali na komisariat milicji, który mieścił się w budynku przy pl. Zwycięstwa (w latach późniejszych przerobiono go na bursę milicyjna). Ludzie, którzy widzieli cale zdarzenie z kamienicy na przeciw, z pierwszego piętra, bali się cokolwiek powiedzieć. Całą noc spędził na komisariacie, gdzie był bity. Rano został wypuszczony. Na wpółprzytomny, po ścianach kamienic, dotarł do domu. Zabrano go do szpitala przy Unii Lubelskiej, żył jeszcze 7 dni. Lekarz który się nim zajmował, powiedział, że gdyby nie uszkodzono następnej błony okalającej mózg, to może by przeżył.
Mój dziadek Czesław Kaźmierczak zmarł 7 września 1951 roku. Miał raptem skończone 40 lat, osierocił troje dzieci. Mój tata Mirosław miał wtedy 13 lat.

To była wielka tragedia, nie tylko dla rodziny. Siostra Czesława, Wiktoria, która przyjechała z Warty, udała się do komitetu partii, aby powiedzieć co o tym mordzie sądzi. Jej krzyki rozpaczy i oskarżenia na temat milicji przyjęto z zadziwiającym milczeniem i brakiem jakiejkolwiek reakcji, co było jak na owe czasy dostatecznie wymowne. Całą zresztą sprawę napadu, zatrzymania i pobicia ze skutkiem śmiertelnym przez funkcjonariuszy władzy ludowej zasłonięto tajemnicą. Rodzinie nigdy nie udało się dowiedzieć za co i dlaczego zabito Czesława. Pozostały tylko domysły. Jedne z ostatnich jego słów do córki Józefy Grażyny, która była przy łóżku kiedy umierał, brzmiały: „znajdziemy ich”. Nie zdążył.

11 września 1951 roku odbył się pogrzeb, który zgromadził tłumy ze sztandarami cechu. Sprawcy i inspiratorzy nigdy nie ponieśli kary. W akcie zgonu napisano przyczynę śmierci: niedomaganie krążenia. Tak w tamtych latach pozbywano się osób niewygodnych i tych, którzy mieli własne zdanie i nie bali się władzy ludowej.

W tym roku minęło 55 lat od tej tragedii. Oprawcy, jak i świadkowie, już raczej nie żyją. W szpitalnej kartotece nie ma żadnych śladów z tych lat. Pozostała pamięć i grób na Cmentarzu Centralnym, przy którym kiedyś mieszkałem i na który często chodziłem z tatą na spacer, na grób dziadka, którego mogłem poznać tylko z opowieści i zdjęć.




Dariusz Kaźmierczak

Melbourne, Australia.