Opublikowane przez sedina w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

W Szczecinie na przełomie czerwca i lipca 2003 r. odbywał się zlot „Mini-Reunion ’68”, skupiający żydowskich emigrantów z tego miasta. W większości byli to ludzie, którzy wyjechali z Polski w latach sześćdziesiątych. Prezentowane wypowiedzi zostały zebrane podczas nagrań na potrzeby radia i telewizji dokonanych przez Małgorzatę Frymus i Grzegorza Fedorowskiego. Zachowano ich pierwotną konstrukcję i formę.

Janek Kuba Kirszholc

Urodziłem się w 1943 r. w AI-Agbar. Nie mam pojęcia gdzie to jest, gdzieś w Kazachstanie czy Uzbekistanie. Nazywam się Jakub Kirszholc. Przez całe lata w Polsce miałem ksywę Janek. Teraz mieszkam i w Izraelu, i w Warszawie. W Izraelu mam dzieci, dwie córki, mamy też już wnuczkę. Wybudowaliśmy w Izraelu nowe mieszkanie, mamy też; mieszkanie pod Warszawą. Prowadzę w Polsce interesy, zatrudniam 12 osób, ale tylko młodych ludzi. Ze starszymi nie chcę mieć nic do czynienia.

Mój ojciec stracił rękę w 1939 r. w mundurze polskim, pod Poznaniem. Przy wyjeździe z Polski do Izraela , a wyjechał w roku 1970, czyli po nas, odebrano mu rentę. Do tej pory nie chcą mu jej uznać. To bardzo boli. Nie żeby mu to było jakoś finansowo potrzebne. Jak przyjechał do Izraela otrzymał dużo większą rentę za walkę z nazizmem. Starszym szeregowym był. Ranny został na samym początku wojny w bitwie nad Bzurą i odwieziony był na granicę polsko-rosyjską. Stamtąd rzucili go na dalekie stepy i tylko dlatego się uratował. Mama jest z okolic Międzyrzecza. Kiedy weszli Rosjanie, to też ich rzucili w głąb Rosji. Jesteśmy w Polsce kilkaset lat. Ja nie dochodzę do źródeł, już nikt nie pamięta, skąd przyszliśmy. Ojciec mieszkał w Warszawie. Moi rodzice są już starszymi ludźmi, ojciec jest po osiemdziesiątce. Przez ostatnie lata przyjeżdżali na wakacje do Polski. Zawsze, jak przyjeżdżaliśmy, to ojciec mi wiele o Warszawie opowiadał. Tu mieszkałem, tu pracowałem, tu mnie bili, tu ja biłem. Boli go, że mu odebrali rentę wojskową, na którą tak bardzo sobie zasłużył. Wyniosłaby ona tyle, co kot napłakał. Ile to może być? 50 czy 100 dolarów miesięcznie. Wziąłbym te pieniądze i zafundował jakiemuś studentowi stypendium.

Kilka lat temu zmarł mi brat. Był pułkownikiem wojska izraelskiego, lotnikiem. To od niego zaczęła się cała nasza historia. W 1964 r. chciał zdawać do szkoły lotniczej, nie pamiętam gdzie, w Toruniu czy Elblągu. Nie dostał żadnej odpowiedzi czy zdał, czy nie zdał. Nic. Jak ojciec pojechał tam na rozmowy, to mu powiedzieli wprost – ma złe pochodzenie. On jeszcze nie miał 18 lat, był młodszy ode mnie o dwa lata. Wtedy powiedział ojcu: „Tato, podpisz zgodę na wyjazd, jak nie podpiszesz, to uciekam przez granicę”. Pojechał do Izraela. Nie chcieli początkowo go dać na kurs lotnictwa, bo rodzice w Polsce, bo w ustroju komunistycznym. Został porucznikiem komandosów. Dopiero jak my przyjechaliśmy do Izraela, to poszedł na kurs lotniczy, jak już był oficerem. Musiał zdjąć pagony i na nowo wszystko zaczynać. Był w Polsce moim wspólnikiem. Ta jego historia to był pierwszy raz, kiedy poczułem, że komuś nie podoba się moje pochodzenie żydowskie.

Kiedy była wojna siedmiodniowa, ta, kiedy Żydzi wygrali, to wielu moich kolegów cieszyło się, ale nie z tego, że wygrali Żydzi, tylko że przegrali Rosjanie. To mnie wtedy trochę dziwiło, może też i bolało. Jednak ja zawsze wiedziałem, że Polska to nie jest to. Zawsze obracałem się w towarzystwie polsko-żydowskim, przez wszystkie lata nic nie czułem do Polski. Kopałem piłkę w Czarnych Szczecin. Dostawałem wtedy pensję, to było takie zawodowstwo ukryte. Studiowałem na Akademii Rolniczej. I wciąż wiedziałem, że to nie jest to. Coś mi tu przeszkadzało. Nie można było słuchać wszystkich rozgłośni radiowych, w telewizji jakoś nie umieli powiedzieć prawdy. Czułem, że moje życie jest jakby bez pieprzu. To tak jakby człowiek jadł wypraną zupę.

Pobrałem się z dziewczyną, której ojciec był dyrektorem technicznym szczecińskiej operetki i pracował razem z Waydą. Od zawsze wiedziałem, że moją żoną będzie także Żydówka. Nie było innej możliwości. Nie żeby rodzina była religijna, ale przestrzegaliśmy tradycji. Obchodziliśmy święta, ale tylko to. Pobraliśmy się w Szczecinie, mieliśmy żydowski ślub z wszystkimi rytuałami. W 1968 r., po zaliczeniu magisterki, w sierpniu, pozostało mi tylko zaliczyć wojsko. Wtedy Polska z Układem Warszawskim weszła do Czechosłowacji. Odebrali mi rangę kaprala. Na końcu były przecież egzaminy. Wchodzę na egzamin polityczny i wyciągam kartkę „syjonizm i jego cele”. Patrzę na mojego kapitana i pytam, czy mam powiedzieć to co ja myślę, czy to, co pan chce usłyszeć. Zabrał mi szybko karteczkę, postawił do indeksu czwórkę i kazał wyjść.

Po skończeniu kursu oficerskiego powiedziałem, że ja nie odbieram żadnej rangi. W październiku się pobieramy, składamy podanie i wyjeżdżamy. Tak też było. Trochę mnie na UB ciągnęli. W 1967 r., kiedy mój brat już służył w wojsku izraelskim, to się okazało, że oni więcej wiedzieli ode mnie. Powiedzieli mi, że był ranny w czasie wojny, że na minę najechał, a ja nic nie wiedziałem. To są takie drobiazgi, które dziwią…

Kiedy wyjechaliśmy do Izraela, to się całkowicie od Polski odcięliśmy. Przez kilka lat nie mówiliśmy w ogóle po polsku. Nauczyliśmy się hebrajskiego. Tak jakby tamta polska historia została całkowicie wymazana. Nie chcę widzieć, nie chcę słyszeć, nawet tych serdecznych kolegów. I tak było do 1987 r.

Jestem rolnikiem z zawodu. Przez ostatnie lata pracowałem w firmie kwiatowej, zajmowałem się całą logistyką. Od instruktażu rolników, poprzez prowadzenie paczkami kwiatów i organizowanie transportu chłodniczego. Trzy lata byłem w Niemczech w delegacji z firmy izraelskiej. Z Niemcami też bywało różnie. Wtedy, tam w Niemczech, miałem pierwsze kontakty z Polską. Na jakiejś wystawie rolniczej na nasze stoisko przyszli przedstawiciele polskich firm, na Griine Woche w Berlinie. Przyjechali wszyscy moi dyrektorzy, jeden z nich powiedział: „Kuba, ty idź posłuchaj, co oni tam mówią”.

Tak nie można tylko słuchać i nie wejść do rozmowy. Wtedy po wielu latach po raz pierwszy zacząłem mówić po polsku. Języka się nie zapomina. Jak wróciłem do Izraela, to o Polsce znów zapomniałem. W 1987 r. do mojej firmy przyjechali przedstawiciele polskiej firmy rolniczej. Szukali kontaktu z moją firmą. Tak na odczepnego mój szef powiedział: „Kuba, ty pokaż im naszą produkcję rolną”. Nie wierzyliśmy w żadne kontakty handlowe. I tak to się wszystko zaczęło. Jakieś dwa tygodnie pokazywałem im naszą produkcję. Pracowałem też na uczelni, na Uniwersytecie Hebrajskim, na Katedrze Kwiatów. Robiliśmy ze studentami różne doświadczenia. Później dostałem zaproszenie do Polski. Nie wiedziałem, co z tym zrobić. W Izraelu nie było przedstawicielstwa Polskiego. Musiałem się zwrócić do ambasady polskiej w Kairze. Tamtędy lecieliśmy. Wziąłem ze sobą żonę, przyjechaliśmy do Poznania na Polagrę. Miałem tam wykłady na temat transportu kwiatów ciętych. I tak byliśmy tu dwa tygodnie. Potem ja ich zaprosiłem znowu do Izraela, i tak utknąłem. Założyliśmy razem firmę handlową, wspólnie jakiś czas ją prowadziliśmy, a potem rozeszliśmy się. Zacząłem wtedy sam prowadzić zupełnie inny biznes. Do tej pory go prowadzę. Jestem producentem drzwi stalowych w Polsce według technologii izraelskiej. Spotykałem moich starych kolegów, ale żadnych sentymentów. Tu w Szczecinie też byłem kilka razy, ale tylko przelotem. A teraz chciałem żonie pokazać jej miasto. Ona się tu urodziła.

Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby wyjechać gdziekolwiek indziej. To mógł być tylko Izrael. Byłem już w wieku pozapoborowym, ale jak przyjechałem do Izraela, zgłosiłem się zaraz na ochotnika. Swoje należało odsłużyć. Mam dwie córki – obie były w wojsku. Jedna z nich, jak skończyła osiemnaście lat, przyszła do mnie i powiedziała: „Idę do wojska”.

Kiedy myślę „Język polski”, to myślę „Język ojczysty”. Niemiecki czy angielski to tylko język zawodowy. Jak myślę „ojczyzna”, to tylko Izrael. Polska mnie wypluła. Gdybym sam nie wyjechał, to zrobiłaby to ze mną z pewnością. Ja wiedziałem, że wyjadę. Wiem, że Polska nigdy nie będzie dla mnie tym, czym jest Izrael. A mogła być…

Kiedy patrzę na ludzi, którzy tu przyjechali, to z łatwością zauważam, że oni wszyscy mają wyższe wykształcenie. Jakoś Polska zapomniała o tym, że tych ludzi wykształciła. Każdy kto chciał wyjechać z Polski, a miał wykształcenie, musiał zapłacić po 5 tysięcy dolarów. O tym się nie mówi. W 1969 r. to był majątek. Ambasada holenderska, która reprezentowała Izrael w Polsce, pomagała. Miało się pieniądze, to się oddawało, jak nie, to nie. Byle można było stąd wyjechać. Mieszkania, stanowiska pracy… Tu się toczyły jakieś walki wewnętrzne, nigdy nie chciałem w to wchodzić. Ale o tym nikt nie mówi. Ilu było wtedy Żydów w Polsce? Dwadzieścia tysięcy, niech się mylę o sto procent, to czterdzieści tysięcy. A dziś niektórzy mówią o „żydokomunie”.

Jestem bardzo uparty. Miałem kłopoty z prowadzeniem interesu w Polsce, bo byłem na paszporcie izraelskim. Nie pamiętam kiedy, w którym roku to dokładnie było, poradzono mi, żebym wziął obywatelstwo. Początkowo nie chciałem o tym słyszeć. W końcu się zmusiłem. Poszedłem do urzędu, do Ministerstwa na Koszykową. Nawet nie wiedziałem, że kiedyś tam też było Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, l wziąłem potrzebny formularz.. Kiedy zacząłem go przeglądać, to identyczny, jak za czasów komuny: gdzie byłem za granicą, z kim rozmawiałem, co robiłem w wojsku. Patrzę – wszystko mnie nie dotyczy. No to ja to po prostu wykreślałem: nie dotyczy, nie dotyczy, nie dotyczy… i myślę sobie, co to was obchodzi, co ja robiłem za granicą? Rzeczy nie do pomyślenia! Patrzę na nagłówek – „Proszę o nadanie obywatelstwa”. Przekreśliłem to i dopisałem „Proszę o oddanie obywatelstwa”. I wtedy się zaczęło. Jak bym nadepnął na pole minowe. Wszystko trwało siedem lat. Pierwsze pięć lat i potem jeszcze dwa. Doszedłem aż do Rzecznika Praw Obywatelskich. Nawet nie wiem, dlaczego tak to przedłużali. Nigdy się w Polsce nie zajmowałem żadną polityką, żadne organizacje. Jedyna grupa, do której się zapisałem to było Zrzeszenie Studentów Polskich. To była jedyna organizacja, nie licząc klubów sportowych, w których działałem. Zresztą nauczyłem się tego od ojca, który mi przykazał: żadnych organizacji partyjnych. Mówił tak, pomimo iż jako osiemnastolatek sam wstąpił do partii, jak wszyscy w tym czasie. Chociaż był prostym pracownikiem fizycznym, ślusarzem.

Przyznali mi wreszcie obywatelstwo. Zaprosili mnie po pięciu latach na rozmowę. Poszedłem odebrać obywatelstwo polskie. Ale jednocześnie mam podpisać dokument, że zrzekam się izraelskiego obywatelstwa. Spojrzałem na urzędnika i powiedziałem: „Nie chcecie, nie ma problemu. Podam do Brukseli, niech tam rozstrzygną”. Sam znam paru ludzi pracujących nawet w ministerstwach, którzy mają podwójne obywatelstwo, to nie chciałem się pogodzić z tym, że mnie nie wolno. Znowu całość trwała kilka miesięcy. Wreszcie kazali mi oddać to obywatelstwo, bez żadnych warunków. I mam dziś dwa obywatelstwa. Zawsze przy wyjeździe i wjeździe do Polski używam polskiego paszportu. Jak jeżdżę po świecie, to pokazuję paszport izraelski. Jest się inaczej postrzeganym, więcej człowieka szanują. Przez kilka lat mieszkałem w Polsce przez cały rok, ale i tak co roku wracałem, żeby odbyć służbę wojskową. W samolot, w mundur i na pustynię. Obowiązek wobec ojczyzny – rzecz święta.

Szczeciniacy po latach (Relacje uczestników szczecińskiego zjazdu „Mini-Reunion ’68”), oprac. Małgorzata Frymus, [w:] Żydzi szczecińscy. Tradycja i współczesność. Materiały z sesji naukowej, 27 czerwca 2003, pod red. J. Mieczkowskiego, Szczecin 2004.