Opublikowane przez sedina w Historia.

Analogie pomiędzy oboma miastami można mnożyć. Znajdziemy tu niepewność mieszkańców związaną z perturbacjami wokół polskiej granicy zachodniej, problemy z pozostałą w miastach ludnością niemiecką, wielkość zniszczeń wojennych i wiele innych spraw. Skąd zatem ta zasygnalizowana na wstępie różnica w rozwoju kulturalnym obu miast?

Postaram się to naszkicować w kilku punktach, które razem układają się w spójna mozaikę:

1. Wydaje się, że w największym stopniu zaważyła na tym rola elit. We Wrocławiu powstało środowisko zdolne do wytworzenia atmosfery sprzyjającej różnorodnym przedsięwzięciom kulturalnym i potrafiące przekonać do tego władze centralne. Nic takiego nie miało miejsca w Szczecinie. Rzecz to zaskakująca jeśli uwzględni się przedstawioną strukturę społeczną obu miast. I w tym właśnie tkwiła sygnalizowana wcześniej różnica, bo choć w ogólnym rzucie społeczności obu miast były podobne, to w znacznym stopniu o sukcesie Wrocławia przesądziła zwarta grupka inteligencji lwowskiej skupiona wokół Stanisława Kulczyńskiego, który z ramienia ministra oświaty przybył do Wrocławia tuż po kapitulacji przewodzą grupie naukowo-kulturalnej, która stała się symbolem nowego otwarcia kulturalnego. Paradoksalnie owo otwarcie w nowej przestrzeni geograficzno-społeczno-politycznej miało sporo znamion kontynuacji. Ujmując to skrótowo – inteligencja lwowska odnalazła we Wrocławiu rzeczywiste miejsce dla kontynuacji swojej pracy. I to ona stanowiła o sile kulturalnej tego miasta i to właśnie z nią w stopniu najwyższym należy wiązać powstanie mitu o kresowym charakterze dolnośląskiej stolicy. Nazwisko Kulczyńskiego jest w tym miejscu symbolem. Nic to, że Dąbrowska pisała o nim jako o niezwykle nudnym człowieku, nie ma to żadnego znaczenia, przy ogromie pracy, którą wraz ze swymi współpracownikami wykonał. Szło przecież o to, czy Wrocław jest w stanie sprostać przywilejowi bycia miastem uniwersyteckim. Konkurencja Gliwic, choć dziś brzmi to śmiesznie, była w ówczesnym czasie bardzo realna. I tylko dzięki ludziom Kulczyńskiego udało się zabezpieczyć budynki, biblioteki, warsztaty naukowe – „wyciągnąć z błota i pyłu, z pożaru i zgliszcz zręby pod budowę i organizację Uczelni”. W końcu, to oni przekonali tę liczną grupę osób wahających się w kwestii tego, czy Wrocław stanie się miejscem, z którym związać można swą przyszłość. O tym jaką wagę miało uczynienie z Wrocławia miasta pisał Józef Szocki: „(…) rzecz znamienna dla Wrocławia, rzadko spotykana gdzie indziej, to stała ambicja Uniwersytetu kształtowania życia kulturalnego Dolnego Śląska. Zjawisko charakterystyczne od chwili wyzwolenia tego regionu”. Symbolicznym obrazkiem tamtego czasu pozostaje Karol Maleczyński, wybitny mediewista, lwowiak, szklący okna i stróżujący w budynku przyszłego Instytutu Historii Uniwersytetu Wrocławskiego. Wymienić można jeszcze Ludwika Hirszfelda organizującego Wydział Lekarski, Karola Stefko z Wydziału Prawa czy Kazimierza Idaszewskiego z Politechniki.

Szczecin do tak „nudnych ludzi” nie miał szczęścia. Nie otrzymał podobnego zastrzyku elit, a zatomizowana i słabo wykształcona społeczność miasta pierwszych lat powojennych nie była w stanie samodzielnie wyłonić z siebie środowiska mogącego w równie skuteczny sposób nadać miastu poważnego znaczenia kulturalnego. Choć historia mogła potoczyć się inaczej. Mówi się, że zdecydował o tym przypadek, niektórzy mówią o pechu. Opowieścią niemal już bajkową jest powtarzana przy wielu okazjach historia o jadącym do Szczecina Uniwersytecie Stefana Batorego, który dziwnym trafem nad Odrę nie dotarł. Wileńscy profesorowie wybrali Toruń. Podobny zbieg okoliczności miał miejsce w przypadku objęcia funkcji dyrektora w Archiwum Państwowym w Szczecinie. Powołany na nie Karol Górski rozchorował się i do Szczecina nie przyjechał. To tylko symbole, ale na nich budowano wówczas w znacznej mierze tożsamość obu miast. W symbolice tej Szczecin będzie tym pokrzywdzonym, żeby nie powiedzieć gorszym. Ośrodka akademickiego z prawdziwego zdarzenia nie udało się w opisywanych tu latach stworzyć, bo też i nie było, mówiąc brzydko, wystarczającego parcia w tym kierunku. Szczecin nie miał elit, które by mogły ów nacisk poczynić, bo nikt na miarę i z planami Kulczyńskiego tu nie przyjechał. A nie przyjechał, bo nie mógł jak sądzę znaleźć wystarczającego oparcia środowiskowego dla swoich poczynań. Powie ktoś: zamknięte koło. A więc argument za twierdzeniem tych, którzy mówią o pechu i przypadku. Nie poddawajmy się jednak temu fatalizmowi – szukajmy dalej.

2. Powołanie uniwersytetu w ówczesnych warunkach było kwestią w znacznej mierze polityczną. Z pewnością sama wola naukowców, nie była tu czynnikiem decydującym. Silna uczelnia wyższa musiała na Ziemiach Odzyskanych powstać. Taka była ówczesna racja stanu. Nie przesądzano jednak sprawy, czy będzie to jeden czy dwa uniwersytety. W wymiarze propagandowym powołanie wszechnic w Szczecinie i we Wrocławiu byłoby znakomitym posunięciem legitymizującym polską obecność na ziemiach zachodnich. Okazało się jednak, że rozwiązanie lepsze (dwa uniwersytety), zastąpiono dobrym (uniwersytet we Wrocławiu), w myśl Kisielowej zasady, że lepsze jest wrogiem dobrego. Mówiąc poważnie, w przypadku szczecińskiej uczelni zabrakło chyba obustronnej woli. O stosunku i możliwościach społeczeństwa szczecińskiego już mówiłem. Słowo więc o zapatrywaniach ówczesnej władzy, zarówno tej lokalnej, jak i centralnej. Leonard Borkowicz, faktyczny wojewoda szczeciński, był postacią barwną i na tle powojennych dziejów szczecińskiej administracji z pewnością wyjątkową. Na niego wskazać można, jako na ten czynnik, który mógłby ze strony władzy szczebla lokalnego „pilotować” tak powstanie uczelni wyższej, jak i pobudzenie szczecińskiego życia kulturalnego. Robił zresztą co mógł. To jego pomysłem było tzw. osadnictwo literackie, dzięki któremu w Szczecinie zamieszkali Gałczyński, Jerzy Andrzejewski, Edmund Osmańczyk czy Witold Wirpsza. Ostało się po tym osadnictwie niewiele: kilka wierszy Gałczyńskiego, „Partia a twórczość pisarza” Andrzejewskiego oraz raporty urzędnicze, zatrudnionego w urzędzie wojewódzkim Wirpszy. Niewiele, ale wystarczająco dużo, aby w pamięci szczecinian zaistniał on jako mecenas kultury. A, że jest to przekonanie wysoce zmitologizowane i literacka akcja osadnicza nie miała oryginalnych znamion szczecińskich. No cóż, komentarz jak wyżej.

Borkowicz nie zdobył posłuchu na szczeblu centralnym. Władza w Warszawie stroniła od radykalnych posunięć względem Szczecina i całego regionu. Odnieść można wrażenie, że stolica Pomorza Zachodniego z góry skazana została przez nią na status prowincji. A wszystko to przy propagandowym podkreślaniu równorzędności znaczenia obu miast. Stolicą Ziem Odzyskanych będzie właściwie od 1945 r. Wrocław. W przyszłości zresztą stawać się on będzie często „okazjonalną stolicą Polski”, żeby nawiązać do tytułu pracy Grzegorza Straucholda. I przy niej chwilę pozostańmy. Znajduje się tam podrozdział: „Wrocław a Poznań – dwie stolice zachodniej Polski”. Ani słowa w nim o Szczecinie. To stolica Wielkopolski była ówczesną konkurencją dla Wrocławia. W przekonaniu autora rywalizację tę przegrała, mimo swego znaczenia dla uformowania polskiej myśli zachodniej. Jeśli zważy się, że Poznań był w znacznej mierze tym miastem, które dokonało w Szczecinie i na Pomorzu Zachodnim kolonizacji cywilizacyjno-kulturalnej o polskim charakterze sprawy, które są głównym tematem tych uwag staną się bardziej przejrzyste. Szczecin w naturalny sposób musiał dziedziczyć grzechy Poznania – z „endeckością” na czele. A że było jej niewiele, że Piotr Zaremba – pierwszy prezydent Szczecina, mimo swoich narodowo-demokratycznych korzeni daleki był od wysuwania na pierwszy plan tych wątków ideologicznych, to już inna zupełnie sprawa. Tradycją endecką w odniesieniu do ziem zachodnich pogrywali wówczas wszyscy – od lewa do prawa, Stanisława Mikołajczyka nie wyłączając. Jednak nad Wrocławiem nie unosiła się ta aura nieufności, którą obserwować można w stosunku do Poznania, a w konsekwencji i Szczecina. Stolica Wielkopolski dała Szczecinowi bardzo dużo, ale uniwersytetu stworzyć nie mogła – ówczesna władza nigdy by na to nie pozwoliła.

Faworyzowanie Wrocławia w sferze kulturalnej jest widoczne również w odniesieniu do różnych gestów władzy. Spójrzmy co mówił w 1946 r. Jerzy Borejsza, postać kluczowa dla zrozumienia ówczesnej polityki kulturalnej. Podczas odczytu inicjującego „Wieczory zachodnie” Instytutu Śląskiego stwierdzał: „Jestem głęboko przekonany, że tak jak historyczną koniecznością, tak jak nieuniknionym procesem będzie kształtowanie się nowego typu kultury tego kraju, tak również przemawia za tym, że jego kolebką będzie ośrodek wrocławski, gdzie w najczystszej formie powstaje nowy typ gospodarki polskiej, gdzie społeczeństwo zrozumiało i przełamało rozbicie w sporach z ideologią dnia wczorajszego, gdzie pracownicy kultury wyzwolili się z przestarzałych nawarstwień i pewnych filisterskich narowów innych ośrodków kulturalnych Polski”. Zwróćmy uwagę, jest końcówka roku 1946. Szczecin staje się tłem Wrocławia. Nic nie pomaga, że Borkowicz jest zaprzyjaźniony z Borejszą oraz że delegatura „Czytelnika”, któremu ten prezesuje powstaje szybciej w Szczecinie niż we Wrocławiu. Szukając jakiegoś uzasadnienia dla przekonania Borejszy znajduję je w jego sentymencie do Wrocławia dziedziczącego kulturalne tradycje Lwowa. Podkreślam: nie do samego miasta, ale do tradycji, które reprezentuje, i które określają jego tożsamość. Wymienić tu należy przede wszystkim Ossolineum, któremu w trakcie wojny Borejsza przez kilka miesięcy dyrektorował. To obok uniwersytetu bodaj najbardziej kulturotwórczy czynnik wrocławskiej rzeczywistości powojennej. Poprzez pryzmat tych instytucji widać znakomicie zręby mitu o kresowym charakterze dolnośląskiej stolicy. W związku z tym, nie budzi zdziwienia, że Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju zorganizowany został we Wrocławiu, będącym wizytówka nowej polskiej kultury. Borejsza znał doskonale charakter miasta oraz jego możliwości i tym z pewnością przekonał swego dobrego znajomego Picassa do podróży nad Odrę. Nie wyczuł jednak tego, że wiatr historii zaczyna wiać w nieco inną stronę.

Charakterystyczne jest również to, że dwie główne wypowiedzi władz państwowych dotyczące polityki kulturalnej lat 1944-1948 miały miejsce we Wrocławiu. Mówię tu o przemówieniu Władysława Gomułki „Dajcie narodowi kulturę wyrosłą z rzeczywistości polskiej”, wygłoszonym z okazji Dni Kultury Polskiej w czerwcu 1946 r. oraz o przemówieniu Bolesława Bieruta na otwarciu wrocławskiej radiostacji z listopada 1947 r., którą często uważa się za zapowiedź socrealizmu w sztuce polskiej. Obie te wypowiedzi łączyć należy z pobytem komunistycznych notabli przy okazji ważnych imprez ogólnopolskich, których Wrocław był gospodarzem. Bierut, o czym często się zapomina przebywał w dolnośląskiej stolicy tuż przed Zjazdem ZZLP, ale wówczas nie mówiono jeszcze o socrealizmie, a o Ziemiach Odzyskanych i problemach kulturalnych jakie się z tym obszarem łączą. Na frontonie teatru, w którym odbywał się zjazd wisiało hasło: „Literaci, piszcie o Wrocławiu”. W kilkanaście miesięcy później szczecińską filharmonię wypełniły hasła innej treści. Nie było już referatów o Ziemiach Odzyskanych – o jakimkolwiek regionalizmie nie mogło być mowy. Zjazd przyjechał bowiem do Szczecina z Łodzi wraz z redakcją „Kuźnicy”, która podczas narady z Jakubem Bermanem ustaliła wszelkie jego szczegóły. Szczecińskie środowisko literackie nie miało na kształt zjazdu żadnego wpływu – nie istniał wówczas jeszcze lokalny odział ZZLP, nie było żadnych osobowości, które mogłyby nadać zjazdowi jakiegoś specyficznego rytu. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, iż zachodniopomorska stolica potraktowana została niczym kulturalny no man’s land. To tylko trudna do zweryfikowania hipoteza, ale dobrze, przyznać trzeba, współbrzmi z wierszykiem, jaki w 1946 r. zamieścił „Kurier Szczeciński”:

Chwalę cię miasto szabru
i bimbru mocnego jak gin
twój czarny rynek, gdzie bab rój,
kulturę i sztukę trzech kin.

Chwalę pałace przeszłości
i dnia dzisiejszego gruz,
twój Teatr Mały gdzie gości
wszystko prócz sztuki i muz. (…)

3. Czynnik władzy i czynnik ludzki, choć najbardziej znaczące nie wypełniają w całości opisu badanego zagadnienia. Uzupełnić go można o kilka dodatkowych elementów, które pozwolę sobie w tym miejscu jedynie zasygnalizować. Po pierwsze, w okresie powojennym nieświadomie powielono jaka miała miejsce w państwie pruskim, w której Wrocław był jednym ze znamienitszych miast Rzeszy, a Szczecin pełnił rolę miasta prowincjonalnego, gdzie zsyłano mało rozgarniętych urzędników. Po wtóre (w nawiązaniu do pierwszego) Wrocław posiadał bogate tradycje uniwersyteckie, których w Szczecinie zabrakło. Budowa życia akademickiego nie musiała się zatem odbywać na surowym korzeniu. Tradycja – nawet jeśli była to tradycja austriacko-pruska – była ważnym czynnikiem, uwzględnianym przez władzę komunistyczną. Po trzecie, we Wrocławiu istniały bogate polskie tradycje kulturalne, których najlepszym świadectwem Spotkania wrocławskie Tadeusza Miłkowskiego. Czegoś podobnego w Szczecinie nie było, a tutejszą przedwojenną polonię stanowili, co tu dużo mówić, zwyczajni gastarbeiterzy. Po czwarte (w nawiązaniu do trzeciego) Wrocław był Polakom, zwłaszcza z południowej Wielkopolski doskonale znany, czego nie można powiedzieć o Szczecinie, który u swego zarania był Polakom całkowicie obcy. Po piąte, infrastruktura służąca celom kulturalnym, jaka istniała we Wrocławiu była nieporównywalnie lepsza do tej w Szczecina. Nie chodzi tu o w większości zniszczone budynki uniwersyteckie, ale np. o gmach opery czy Halę Ludową. Ta ostatnia, rozpatrując sprawę w kontekście postulatu umasowienia odbioru kulturalnego, zyskiwała znaczenie szczególne. Po szóste, nie bagatelizujmy roli Kościoła, który w kwestii przełamywania niepewności społeczeństw na ziemiach zachodnich spełniał jedną z kluczowych ról. Podczas gdy administrator apostolski dla Dolnego Śląska, bp. Karol Milik, już latem 1945 przejął swe obowiązki we Wrocławiu, jego odpowiednik na Pomorze Zachodnie, ks. Edmund Nowicki pozostał w Gorzowie Wielkopolskim, przyjmując postawę wyczekującą. Zbieżność działań władz państwowych i kościelnych jest w tym punkcie przypadkowa, ale wielce znacząca.

Punkty te można mnożyć, ale większego sensu to mieć nie będzie. Przedstawiony wyżej materiał uwidacznia wystarczająco podstawowe różnice pomiędzy dwoma największymi miastami ziem zachodnich. Pozwala też, myślę, odpowiedzieć na dwa z trzech zarysowanych na wstępie pytań. Otóż, rozumiemy dobrze księcia Poniatowskiego, który jedzie budować nową Polskę do Wrocławia. Wiemy również, dlaczego Picasso przyjął zaproszenie Borejszy do Wrocławia. I tylko kwestia, dlaczego ten nieszczęsny socrealizm ogłoszono w Szczecinie pozostaje bez wystarczającej odpowiedzi.

Eryk Krasucki