Opublikowane przez sedina w Historia.

Szczecin i Wrocław na drodze ku nowej kulturze, albo o tym dlaczego w Szczecinie ogłoszono socrealizm, a do Wrocławia przyjechał Picasso.

W październiku 1946 r. na łamach krakowskiego „Przekroju” ukazała się kolejna odsłona „Teatrzyku Zielona Gęś” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Jej tytuł brzmiał „Xiążę Józef Poniatowski ze stemplem 1946”. W scenie finałowej książę Pepi, machając koronkową chusteczką z pociągu odjeżdżającego do Wrocławia oznajmiał:

Znudziła mi się Elstera,
wolę się wziąć do pracy.

A Chór Nowych Polaków wygłaszał znamienne słowa

Więcej Osmańczyka! mniej Grottgera!
i wszystko będzie cacy.

Nie bagatelizujmy poezji. Gałczyński pod prześmiewczym płaszczykiem ukrywał rzadko spotykaną bystrość. Czesław Miłosz, szukając dla niej określenia, nie zawahał się nazwać jej socjologiczną. Znakomicie widać to na powyższym przykładzie, gdzie w kilku wersach oddany został klimat charakterystyczny dla poczynań ludności przybyłej na tzw. Ziemie Odzyskane w pierwszych latach po wojnie.


Cytat z autora „Listów z fiołkiem” jest tu jak najbardziej na miejscu również dlatego, że mowa w nim o Wrocławiu, jako miejscu, do którego zmierza Nowy Polak Poniatowski. Sam Gałczyński pozostaje z kolei legendą Szczecina. Jest w Szczecinie urokliwy park Gałczyńskiego, do Lublina kursuje pociąg nazwany jego imieniem, a Muzeum Literatury w Książnicy Pomorskiej stało się strażnicą szczecińskiej pamięci o poecie. Odnieść można wrażenie, że Gałczyński mieszkał w Szczecinie przez cały okres powojenny, podczas gdy jego pobyt zamyka się zaledwie w kilku, chyba nienajlepszych, miesiącach 1948 i 1949 r. Tak jak mitem obrosła obecność poety w Szczecinie, tak też i nad całym obszarem ziem zachodnich, które włączono w obręb państwa w wyniku uzgodnień jałtańsko-poczdamskich, unosi się lekka mgiełka niedopowiedzenia, albo lepiej – sfabularyzowania.

Można spojrzeć na to zagadnienie przez pryzmat dwóch największych miast tego obszaru, a żeby sprawy uczynić mniej ogólnymi, niech tematem przewodnim stanie się życie kulturalne w pierwszych latach po wojnie. Cezurę domykającą stanowić będzie styczeń 1949 r., kiedy w Szczecinie odbył się pamiętny Zjazd Związku Zawodowego Literatów Polskich, na którym ustami Stefana Żółkiewskiego i Włodzimierza Sokorskiego ogłoszono socrealizm. Niespełna pół roku wcześniej, w sierpniu 1948 r., do Wrocławia zawitał Pablo Picasso i w pierwszym rzędzie, przeznaczonym dla honorowych gości Światowego Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju, wysłuchał poglądów Aleksandra Fadiejewa na twórczość Jeana Paula-Sartre’a i Thomasa Stearns’a Eliota. Zaznaczyć przy tym powinienem, iż uwagi moje mieć będą charakter luźnych obserwacji na temat fenomenu dwóch ośrodków miejskich, z których jeden w bardzo krótkim czasie stał się ważnym ośrodkiem kulturalnym Polski powojennej, żeby nie powiedzieć symbolem nowego otwarcia w kulturze.

Moment wyjściowy był uderzająco podobny, tak w warstwie faktów, jak i symboli. W tym drugim przypadku widać to dobrze na przykładzie określeń przy pomocy, których próbowano opisywać oba miasta. Bolesław Drobner, pierwszy prezydent Wrocławia, zatytułował swoje wspomnienia wrocławskie „Zdobyliśmy polskie Złote Runo”. Z kolei na łamach „Odrodzenia” w 1945 r. ukazał się reportaż Mariana Promińskiego „Szczecin – ziemia obiecana”. Z jednej strony Argonauci – podróżnicy i zdobywcy; z drugiej zaś obietnica należnego dobrobytu po latach wędrówki, trudów i nieszczęść. Oto doskonała metafora oddająca propagandową atmosferę, jaka unosiła się nad ziemiami zachodnimi w roku 1945. W kontekście tego warto przyjrzeć się bliżej owym zdobywcom Kolchidy i samej ziemi obiecanej.

Przez lata utrwalił się w świadomości społecznej mit o kresowym charakterze obu miast. Zakłada on, iż większość mieszkańców pochodziła z terenów wschodnich II Rzeczypospolitej włączonych do ZSRR. Do Wrocławia zjechać miał prawie cały Lwów, a w Szczecinie zadomowić się mieli wilniacy. Wgląd w strukturę społeczną miast skłaniać musi do weryfikacji tego poglądu. W przypadku Wrocławia, najliczniejszą grupą przybyłą po wojnie byli osiedleńcy z centralnych terenów Polski. Według danych z końca 1947 i początku 1948 r. stanowili oni 73,2%. Kresowiacy, czy jak się wówczas mówiło repatrianci z ZSRR, stanowili 20%. Pozostały odsetek przypadał na autochtonów i reemigrantów z Zachodu. Przedwojenni obywatele Lwowa i okolic stanowili ok. 10% ówczesnych mieszkańców Wrocławia. Zastanawiać może, jak dość skromna przecież grupa mieszkańców wpłynęła na wizerunek miasta. A był to wpływ łatwo obserwowalny. Przejawem tego niech będzie choćby zapis w dzienniku Marii Dąbrowskiej, która z wielkim zainteresowaniem obserwowała wigilię imienin św. Mikołaja we Wrocławiu, zwyczaj w Polsce centralnej zupełnie nieznany, a charakterystyczny dla dawnych cesarsko-królewskich ziem Rzeczypospolitej. O utrwaleniu wizerunku miasta kresowego i sukcesie lwowiaków zadecydowała również charakterystyczna dla wielkomiejskich społeczności ruchliwość, odróżniająca ich od wielkiej masy ludzi przybyłych do Wrocławia ze wsi i małych miasteczek. A że była to społeczność ogromna świadczą dane, wedle których 80% mieszkańców stolicy Dolnego Śląska pochodziła właśnie ze wsi i małych miasteczek. Dokumentem tamtego czasu jest ogłoszenie z grudniowego „Pioniera”: „Kozę skradziono przy ul. Kościuszki Nr 26 m. 10. Znalazcę uprasza się o odprowadzenie pod powyższy adres za wynagrodzeniem”.

Społeczność Wrocławia nie tworzyła zwartej wspólnoty, bo zważywszy na dzielące ją różnice stworzyć jej nie mogła. Różne obyczaje, nawyki i sposób życia przekładały się na różnorodność nastrojów, która wyraźnie sygnalizowana jest w raportach dla Ministerstwa Informacji i Propagandy: „Jak różny jest element osiadły na Śląsku Dolnym, tak różne są nastroje. Najbardziej pozytywnie do poczynań rządu na tym terenie ustosunkowali się Polacy z Centralnej Polski. Ta część społeczeństwa wnika w sytuację, w jakiej znalazł się naród Polski po wojnie. Chętnie organizuje się i pracuje społecznie”. Raport delikatnie sygnalizuje istnienie różnic w podejściu do „nowej rzeczywistości”. Wyraźnie wyartykułowane zostało to w sprawozdaniu rocznym: „Repatrianci zza Buga w przygniatającej większości byli niezadowoleni ze stanu jaki zaistniał. Uprzedzeni do ustroju politycznego i gospodarczego Polski, w części nieuświadomieni i zdezorientowani, w części niepewni i trudni do przekonania”. Raporty urzędników państwowych uznać można za mało wiarygodne, ale racjonalny wgląd w sytuację psychologiczną ludności z Polski Centralnej i tych, którzy przyjechali ze Wschodu, pozwala na stwierdzenie, iż opis w nich zawarty jest bliski prawdzie.

Tyle na temat sytuacji wyjściowej, jeśli idzie o strukturę społeczności wrocławskiej. W Szczecinie sprawy miały się bardzo podobnie z jednym małym, ale zasadniczym wyjątkiem. Według danych z 1947 r., największą grupę mieszkańców stolicy Pomorza Zachodniego stanowili osiedleńcy z centralnych ziem polskich – 62,8%, podczas gdy, tzw. repatrianci z ZSRR liczyli sobie 31%. Widać, że w stosunku do liczb wrocławskich zachodzi przesunięcie o ok. 10% z jednej do drugiej grupy. Nie była to jednak tendencja trwała i już w roku 1950, podczas spisu powszechnego społeczność szczecińska charakteryzowała się strukturą niemal identyczną do wrocławskiej. Nie w tym ukrywa się więc sekret sukcesu dolnośląskiej stolicy, choć w publicystyce do dziś pokutuje przekonanie o wiejskim rodowodzie Szczecina, przeciwstawione miejskiej genealogii mieszkańców Wrocławia, czego najbardziej jaskrawym przykładem sformułowanie: „Szczecin – miasto potomków niepiśmiennych chłopów.” Chcąc być uczciwym należy powiedzieć, że w świetle statystyk Wrocław jest nim w takim samym stopniu.

Szczecin podobnie jak Wrocław miał problem z wykształceniem zwartej wspólnoty. Działały tu identyczne mechanizmy. Na trudności wskazują raporty pomorskich urzędników: „Jeśli chodzi o charakterystykę prac urzędów cywilnych, to jak wszędzie i tutaj jest wielu ludzi dobrej woli, którzy pracują z zapałem i ofiarnością, borykając się z niedostatkiem, graniczącym w wielu wypadkach z nędzą. Należy sobie dokładnie zdać sprawę z tego, że ludzie osiedlający się na Zachodzie, są z reguły rozbitkami życiowymi. Kto posiadał jakieś zasoby, ten został w Polsce centralnej. Tu przybyli bądź pogorzelcy z Warszawy bądź repatrianci zza Buga i obozów z Niemiec. Ludzie ci muszą odbudować swe życie na nowo, co przy niskich uposażeniach (…) i przy niedostatecznych przydziałach sprawia, iż stopa życiowa jest niezwykle niska. Stwarza to niezdrowy pęd do szabrownictwa i zapewnienia sobie minimum egzystencji”. Sprawozdanie ukazuje inną twarz tzw. Ziem Odzyskanych. Metafora ziemi obiecanej pobrzmiewa tu zgrzytem. Bardziej pasuje określenie „dziki Zachód”, które uwydatnia różnicę pomiędzy rzeczywistością propagandy państwowej, a tym, co miało miejsce naprawdę. Jeśli ziemia obiecana to dla szabrowników – oni rzeczywiście mieli szanse znaleźć tu Złote Runo. Odnosi się to zarówno do Szczecina, jak i do Wrocławia. Oto fraszka z ówczesnej prasy wrocławskiej:

Zaludniają ziemie śląskie
elementy czysto polskie.
osadnicy,
robotnicy,
rzemieślnicy,
urzędnicy,
a najwięcej – szabrownicy.

Eryk Krasucki

c.d.n.