W Żydowcach

Na miejsce stałego zamieszkania w Żydowcach w woj. szczecińskim przybyliśmy 21 lipca 1945 r. około godz. 14. Zajęliśmy domek parterowy za podwórzem domu, zajmowanego przez sołtysa i milicjantów, ażeby być na razie w pobliżu siebie, jak w małej twierdzy.

Przystąpiliśmy zaraz do urządzenia mieszkania. Powybijane okna zastąpiłem ocalałymi oknami inspektowymi, które w ogrodnictwie za torem ocalały z tego względu, że były złożone na zimę w szopie. Po usunięciu śmieci i wymyciu podłóg, ustawiliśmy sypialnię i pokój stołowy. W uporządkowanej kuchni zapłonął ogień i smakowity zapach kolacji rozszedł się po mieszkaniu. Ta pierwsza rodzinna kolacja we własnym mieszkaniu i to podana kulturalnie po kilku latach tułaczki na wysiedleniu, wprawiła nas w dobry humor. Nareszcie poczuliśmy się na własnych śmieciach, pozbawieni odtąd kłopotu o urządzenie domowe i opał na zimę.

Na noc zabezpieczyłem drzwi zasuwkami i haczykami. Najróżnorodniejsze narzędzia, gwoździe i śrubki były pod ręką, gdyż domki te należały kiedyś do pracowitych rzemieślników. Nie omieszkałem też wywiesić nad drzwiami wejściowymi z jednej i drugiej strony chorągiewek polskich, będących nieodzowną rękojmią nienaruszalności ogniska domowego. Zresztą nad spokojnym snem tej pierwszej oazy polskości w Żydowcach, liczącej w dniu 21 lipca 1945 roku łącznie z dziećmi 9 osób, czuwał na zmianę noc i dzień jeden z młodych milicjantów z karabinem na ramieniu.

Dzień więc 22 lipca, pierwsza rocznica manifestu PKWN, zastał nas wypoczętych, zadowolonych z losu, który skierował nas nad Odrę na ziemię szczecińską, celem podjęcia pracy nad jej zagospodarowaniem. Zarząd gminy wydawał bezpłatnie pierwszym osadnikom chleb, cukier i od czasu do czasu koninę. Trwało to do czasu zaprowadzenia kartek żywnościowych. Tymczasem każdy musiał dawać sobie radę jak mógł. Kiełkowały gdzieniegdzie zeszłoroczne nasiona; znaleziona marchew pastewna uprawiana dla królików stawała się dla nas skarbem, a jadalna, czerwona wielkim losem szczęścia. Za to mieliśmy dużo rabarbaru, z którego przyrządzony winny kompot z cukrem był istnym przysmakiem. Ogórek czy pomidor był tylko wspomnieniem z ubiegłych lat i dopiero w roku 1946 można było je konsumować już z własnej produkcji.

Dzień 22 lipca upłynął nam na rozpatrzeniu się w najbliższym otoczeniu i planowaniu prac wstępnych w pierwszym okresie naszego stałego pobytu. Przede wszystkim należało dokładnie okryć ziemią wzdęte cielska koni oraz pogrzebać trupy żołnierskie, z których deszcze zmyły cienką warstwę ziemi je pokrywającą.
My, pierwsi osadnicy, byliśmy powołani do budowy nowego życia w tej krainie śmierci.

Rozpoczęliśmy od żyjących jeszcze roślin kwiatowych w pobliskiej cieplarni, leżących w rozbitych doniczkach. Brak szyb w szklanym dachu zapewnił wodę z opadów deszczowych i ochronił rośliny od wymarcia. Przesadziliśmy do doniczek kilkaset asparagusów, fikusów, kalii i pelargonii. Nasi współmieszkańcy śmiali się z nas, że zaczęliśmy gospodarkę od kwiatów, ale później i oni, i inni nowo przybywający bardzo chętnie przyozdabiali swe mieszkania ocalałymi kwiatami. Doniczki kwiatowe na oknach wskazywały, że na pewno jest to mieszkaniec, który pozostanie na stałe, a nie przybysz tymczasowy. Kwitnące cięte róże w flakonach w mieszkaniu barwą swą dodawały zachęty do życia. Przytulne cztery ściany mieszkania przybranego kwiatami pozwalały zapomnieć o wszelkich brakach życia kulturalnego człowieka i zbliżały nas do czasu, gdy życie takie zacznie się po zaludnieniu tego zakątka. A życie nie było łatwe nie tylko ze względu na brak elementarnych środków, ile niemożność skontaktowania się z zapleczem. Jedynym lekarstwem, odpędzającym czarne myśli, były pełne ręce pracy z nadzieją na weselsze jutro.

Trzeba było wybrać się na żniwa, bo żyto na polach dawnego spalonego folwarku wysypywało się z kłosów. Praca była bardzo powolna, gdyż trzeba było, zanim można było zamachnąć się kosą, zbadać najpierw każdy metr kwadratowy pola, czy nie kryje się tu złowroga mina. Sterczące wśród zboża, wraki czołgów świadczyły, że tu był teren walki i to skłaniało do ostrożności. Zdołaliśmy jednak zebrać kilkanaście wozów zboża.

W okolicznych wioskach, pomimo ostrożności, było wiele wypadków wybuchu min, pokaleczeń ludzi, a nawet śmierci. To najwięcej odstraszało od pracy przy żniwach. Na pomoc żołnierzy saperów nie można było liczyć, gdyż zajęci byli na niezniszczonych folwarkach.

Jechały pociągi z Poznania i innych miast z młodzieżą na żniwa na Ziemiach Odzyskanych, jednakże tutaj nad Odrę żaden nie trafił choćby dlatego, że nadodrzańska linia kolejowa nie była czynna. Choćby nawet śmiały maszynista zapuścił się w te strony, to musiałby jechać i przystawać co kilka metrów, gdyż najpierw służba kolejowa musiałaby zbadać każdą szynę, podkład i zwrotnicę. Obserwowałem taką jazdę pociągu ze sprzętem wojennym. Dlatego ogromna ilość tego sprzętu, strzeżona przez żołnierzy, czekała na naprawienie toru. Zrobili to polscy kolejarze, którym wojskowe władze radzieckie oddały w zarząd linie kolejowe na Pomorzu Zachodnim w drugiej połowie sierpnia. Z radością witaliśmy polskich kolejarzy wędrujących pieszo z Dąbia po kilkadziesiąt kilometrów na wyznaczone posterunki. Ich przybycie zapowiadało, że teraz już naprawdę zacznie się praca na ziemi nadodrzańskiej i wzrośnie osadnictwo. Byli to prawdziwi pionierzy i przodownicy pracy, którzy przystąpili do dzieła odbudowy komunikacji na tych ziemiach, łącząc je przez to nierozerwalnie z krajem macierzystym.

I do naszej osady przybyła obsada przyszłej stacji PKP w sile sześciu ludzi. Pochodzili z Wileńszczyzny, Lublina, Kalisza i Ostrowa Wlkp. Każda dyrekcja kolejowa wysyłała dobrych, doświadczonych fachowców. Czekała ich tu praca trudna i odpowiedzialna. Rodzin na razie nie sprowadzali będąc tylko tymczasowo na delegacji. W roku 1946 jednak, upodobawszy sobie te okolice, włożywszy wiele pracy w odbudowę uszkodzonych linii kolejowych, połączyli się z rodzinami i w większości mieszkają do dzisiaj na zagospodarowanych już terenach.

Po objęciu kolejnictwa przez polskie władze przystąpiono do odbudowy torów, przejazdów i mniejszych mostów. Kolejarze pracowali z całym oddaniem i ze zrozumieniem wagi, jaką dla osadnictwa mieć będzie uruchomienie nadodrzańskiej linii kolejowej w kierunku Kostrzynia. Nie było to rzeczą łatwą, bo najpierw trzeba było odszukać potrzebne narzędzia i materiał, a później oczyścić tory z pocisków, a nawet bomb lotniczych, które nie eksplodowały. Pierwszy próbny lekki parowóz z kilkoma wagonami przeszedł trasę 21 km z Dąbia do Gryfina z końcem października 1945 r. Od listopada raz dziennie wesoły samowarek jeździł tą trasą o dowolnych godzinach, nie trzymając się żadnego rozkładu jazdy. Mniejsze stacje były nieczynne i czekający podróżni godzinami wypatrywali dymu z parowozu jako zbawczego znaku przyjazdu pociągu.

Regularna komunikacja została otwarta w marcu 1946 r. Z Gryfina przedłużono bieg pociągu w stronę Kostrzynia, a z powrotem do Szczecina z objazdem przez Dąbie. Tak więc ziemie nadodrzańskie uzyskały połączenie kolejowe z portem i stolicą ziemi pomorskiej – Szczecinem.

Wszyscy odżyli, zaczął się ruch i handel… Zaczęto więc zakładać po tej stronie Odry sklepiki, restauracje, piekarnie i rzeźnictwa, przywożono środki żywności koleją nawet z głębi kraju, gdzie były znacznie tańsze. Odbudowaną linią kolejową zaczęły nadchodzić transporty koni i bydła rogatego dla gospodarstw osadników… Kolej więc od razu przyczyniła się do zmiany położenia ludności osadniczej na lepsze.

W roku 1946 zaczęły nadchodzić zakupione w Anglii transporty z ponumerowanymi częściami mostu kolejowego, które składano przy torach. Pesymiści twierdzili, że ani za 10 lat nie odbuduje się mostów z braku fachowców i urządzeń technicznych. Rzeczywiście pierwsza ekipa robotnicza nie wróżyła rychłego zakończenia odbudowy dwu mostów na Regalicy, jednego zwodzonego, a drugiego normalnego, leżących na głębokim dnie rzeki. Robotnicy zaczęli najpierw szukać narzędzi, siekier, pił, łopat, taczek itp. Zwożono drzewo budulcowe i materiał do odbudowy filarów.





Do prawdziwych robót przy moście przystąpiono na wiosnę 1947 roku, i pomimo braku dźwigów i innych urządzeń technicznych, mrówcza praca polskiego inżyniera i robotnika dokonała tego, że w lutym 1948 r. po żelaznym moście wjechał od strony Szczecina pierwszy pociąg.

W jesieni 1946 r. definitywnie postanowiono odbudować fabrykę sztucznego jedwabiu w Żydowcach i wznowić produkcję. Przybyła na miejsce dyrekcja i techniczna ekipa inżynierów. Najpierw trzeba było przystąpić do werbunku robotników, których na miejscu było brak. Rozjechali się więc przedstawiciele fabryki w różne strony kraju za ludźmi, którym obiecywano dobre zarobki na tzw. „zachodzie”. Przybywali więc dosyć licznie, ale rozczarowanie ich było wielkie, gdyż oprócz czynnej stołówki fabrycznej, brak było jakiegokolwiek sklepu z artykułami żywnościowymi czy restauracji. Przyzwyczaili się jednak dość szybko do trudów osadniczych i ochoczo podjęli pracę nad uporządkowaniem domów mieszkalnych dla przyszłej załogi fabrycznej.





Trudności na razie były duże z braku dowozu materiałów budowlanych. Radzono w sposób najprostszy, tzn. zdejmowano np. dachówkę z jednego domu dalszego i pokrywano nią dach domu przy fabryce. Była to twarda konieczność gospodarcza w miejscowych warunkach. Później po odbudowaniu bocznicy kolejowej sprowadzono materiał na remont z głębi kraju. Pierwsza ta awangarda robotnicza nad odbudową osiedla musiała okazać dużo własnej inicjatywy przygotowując grunt dla następnych, nowych przybyszów. Poza godzinami pracy pomagali sobie wzajemnie przy remontowaniu własnych mieszkań, do których jak najprędzej pragnęli sprowadzić swe rodziny. Była to prawdziwa koleżeńska spółdzielczość bez zatwierdzonego statutu i kierownictwa z góry. Pierwsi ci robotnicy-osadnicy byli najwartościowszym elementem w latach następnych rozbudowy fabryki i osiedla, gdyż rozumieli doniosłość swej pracy dla zagospodarowania ziemi nadodrzańskiej. Następni, którzy przyjeżdżali do pracy, otrzymywali gotowe, dobre mieszkania, nawet umeblowane i uważali to za naturalne, nie pomnąc trudu i pracy swych poprzedników, którzy pokonywali różne trudności i znosili wszelkie niewygody.

Franciszek Buchtalarz, Pamiętnik nr 165, Z życia osadników na Ziemiach Zachodnich, oprac. Z. Dulczewski, A. Kwilecki, Warszawa 1961.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.