Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

W grudniu 1976 r. po ponad trzydziestu latach pracy zmarł prawnik, który był organizatorem sądownictwa polskiego po wojnie w Szczecinie.

Gdyby zapytać któregokolwiek z prawników, którzy go znali, a również wielu takich, którzy go nie znali: kto był najwybitniejszym prawnikiem w Szczecinie po wojnie, niechybnie odpowiedź brzmiałaby – prezes Koliński.


O bardzo niewielu prawnikach można powiedzieć, że stworzyli szkołę myślenia i szkołę postępowania dla swego zawodu prawniczego. Taką szkołę w odniesieniu do sędziów stworzył niewątpliwie Aleksander Koliński, poza krótkim okresem przerwy wojennej, stale pełniący funkcje sędziowskie.

Urodzony w Poznaniu 14 stycznia 1905 r. był synem urzędnika bankowego Franciszka i Władysławy z domu Rucińskiej. Ukończył w Poznaniu słynne gimnazjum im. Marii Magdaleny, a następnie odbył studia prawnicze w Uniwersytecie Poznańskim, zakończone uzyskaniem stopnia magistra praw w 1931 r.

Aplikację sądową odbywał w sądach w Tczewie, Toruniu, Środzie i Poznaniu. Charakterystycznie brzmi opinia, jaką wystawił mu sędzia, kierujący szkoleniem aplikanckim: Kształcenie aplikanta Kolińskiego sprawiało sędziom prawdziwą satysfakcję, z drugiej strony praca jego była sędziom wielce pomocną. Równie pozytywne opinie towarzyszyły sędziemu Kolińskiemu w całej jego dalszej karierze prawniczej.

W latach 1933-1939 pełnił Aleksander Koliński funkcje asesora sądowego, a następnie sędziego w Ostrowie, Lidzbarku, Wąbrzeźnie i Pleszewie. Wybuch wojny zastał go na stanowisku sędziego grodzkiego w Katowicach.

Już w lutym 1945 r. zgłosił się do pracy w sądownictwie i został mianowany sędzią w Ostrowie. Po kilku miesiącach, w sierpniu 1945 r., sędzia Koliński został delegowany do pracy w Szczecinie, gdzie przypadło mu tworzyć podstawy wymiaru sprawiedliwości. Z bardzo nielicznym gronem współpracowników objął gmach przy ul. Potulickiej (obecny gmach Prokuratury) i jako sędzia sprawujący kierownictwo sądu grodzkiego, taki tytuł nosił wtedy sędzia dziś nazywany prezesem sądu, przystąpił do normalnych czynności. Tym, którzy go znali jako wybitnego specjalistę z zakresu prawa cywilnego, trzeba przypomnieć, że przez pierwszy okres prezes Koliński w sposób wzorowy prowadził sprawy karne.

W 1949 r. otrzymał nominację na sędziego Sądu Okręgowego, następnie sędziego Sądu Wojewódzkiego, a w 1957 r. został powołany na stanowisko wiceprezesa Sądu Wojewódzkiego, z równoczesnym pełnieniem obowiązków przewodniczącego wydziału cywilno-rewizyjnego.

Przy każdej nominacji wystawiano mu opinie, a ich istotna treść zawsze była podobna: Bardzo zdolny prawnik, bardzo pilny i wydajny, poziom etyczny wysoki, skłonność do głębokiego ujmowania spraw (1949 r.), najlepszy sędzia cywilista, bardzo dobry teoretyk (1954 r.), bardzo zdolny, ambitny i obowiązkowy (1957 r.), duże umiejętności organizacyjne i kierownicze, dokładny, precyzyjny, sumienny (1959 r.), staranny, reprezentuje wysoki poziom wiedzy prawniczej (1965 r.).

Taki był Aleksander Koliński w opiniach niejako oficjalnych. I tak samo brzmiała jednolita opinia całego środowiska prawniczego – sędziów, adwokatów, radców prawnych i prokuratorów. Przez wszystkich był uważany za nie podlegający dyskusji autorytet, a równocześnie miał opinię człowieka bez skazy.

A przecież niełatwo się z nim współpracowało. Wymagał bardzo dużo od siebie i innych. Wydawało się nie do pomyślenia, by cokolwiek, co on zarządził, mogło być wykonane z jakąś zwłoką. Prowadzone przez siebie sprawy znał doskonale, ale pilnował, by sprawy te znali też dokładnie inni sędziowie zasiadający w komplecie sędziowskim. Miał znakomity, a przecież rzadki zwyczaj pytania stron na rozprawie o ich zdanie w najważniejszych kwestiach prawnych. Pamiętam, że gdy kiedyś pytanie takie postawił adwokatowi, który z zakłopotaniem przyznał, iż jedynie zastępuje kolegę, zakończył rozmowę cierpkim stwierdzeniem: To po co Pan przyszedł na rozprawę, by zażądać kosztów?

Rozpoczynał rozprawy (jako jedyny sędzia) o godzinie 8:15 z minutową dokładnością. Kiedyś młody sędzia, mało znający prezesa, nieco się spóźnił; sprawy zostały odwołane z uwagi na chorobę sędziego. Wszyscy współczuliśmy wtedy młodemu koledze: musiał wysłuchać bardzo przykrych słów. Bardzo wysoko cenił godność sędziego i powagę sądu, a w kontaktach prywatnych i życiu osobistym był człowiekiem skromnym, naturalnym i życzliwym dla młodszych. Za „młodszych” mogli się wobec niego uważać wszyscy, bez względu na metrykę. Każdy mógł prosić sędziego Kolińskiego o pomoc w trudnych kwestiach prawa cywilnego. Słuchał uważnie, dyskutował, sięgał do orzecznictwa i komentarzy. Opuszczając gabinet prezesa Kolińskiego, miało się pewność co do tego, że lepszego konsultanta nie można było znaleźć, nie tylko w Szczecinie.

Zachowały się w pamięci wielu osób jego precyzyjne, wnikliwe wykłady, pozbawione jakichkolwiek zbędnych słów. Szkoda, że niewiele publikował – znam tylko jedną obszerniejszą pracę, której był współautorem (obok sędziego Sądu Najwyższego, Władysława Ochmana, i piszącego to wspomnienie): „Zarys prawa pracy”.

Był kawalerem i mało się udzielał towarzysko. Można go było często spotkać na spacerach.

Nigdy nie należał do żadnego ugrupowania politycznego. Przez długie lata natomiast wchodził w skład Zarządu Okręgowego Zrzeszenia Prawników Polskich, był członkiem Wojewódzkiej Komisji Ziemskiej, przewodniczącym komisji egzaminacyjnej dla sekretarzy sądowych, zasiadał wiele razy w komisji egzaminacyjnej na egzaminie adwokackim.

Gdy w 1970 r. prezes Koliński osiągnął wiek emerytalny, złożył rezygnację z funkcji wiceprezesa Sądu Wojewódzkiego, jednak na prośbę władz sądowych przez rok jeszcze piastował stanowisko przewodniczącego Wydziału Cywilnego w Sądzie Wojewódzkim.

W 1971 r., ze względu na zły stan zdrowia przeszedł na emeryturę. Przez kilka lat pełnił jeszcze w ograniczonym zakresie czynności radcy prawnego. Zmarł 7 grudnia 1976 r.

Pamięć o nim, jak to się zdarza w odniesieniu do wybitnych ludzi, poza pewnymi zasadniczymi ocenami, trwa również w anegdotach. Skoro tak, niechże i mnie będzie wolno przytoczyć pewne, o charakterze anegdotycznym, wspomnienia o prezesie Kolińskim.

Jako bardzo młody adwokat napisałem dość napuszoną rewizję prawniczą, w argumentacji swej opartą na poglądach sędziów Sądu Rzeszy w Lipsku. Rewizja została potraktowana jak najbardziej serio, ale ja sprawę przegrałem. Prezes Koliński, przy pomocy odmiennych orzeczeń tegoż Sądu w Lipsku, wykazał, że poglądy „Reichsgerichtsrathe” uległy zmianie. Nie wiem, czy którykolwiek z sędziów podjąłby taką dyskusję.

W innej, bardzo trudnej sprawie o ustalenie ojcostwa, po wyczerpaniu wszelkich dowodów i ekspertyz, prezes po namyśle zarządził: Proszę na następną rozprawą przynieść dziecko. Tylko bardzo poważny sędzia, dla którego każda droga do sprawiedliwego wyroku i wyrobienia sobie poglądu o sprawie musi być wykorzystana, mógł się zdecydować na taki dowód w prowadzonej sprawie. Mniej poważny sędzia zląkłby się zarzutu znachorstwa.

Przypominam sobie też trzecie zdarzenie, nieco weselsze. Adwokaci zwykli w rewizjach domagać się zasądzenia od przeciwnika kosztów „według norm przepisanych”. I ja tak napisałem, ale prezes Koliński stwierdził wtedy, że żądanie musi być sprecyzowane co do dokładnej kwoty. Zapytał mnie więc: Jak wysokich kosztów się pan mecenas domaga? Normalnie powinienem wtedy nerwowo chwycić kalendarz sądowy i zacząć liczyć. Nie miałem na to ochoty, więc uśmiechnąłem się dobrodusznie i powiedziałem: Tysiąca złotych, co oczywiście w tej sprawie nie miało żadnego uzasadnienia. Osiągnąłem pełen sukces – prezes Koliński uśmiechnął się i powiedział: Dobrze. Bez zbędnych słów wiedzieliśmy obaj, że prezes Koliński, wydając wyrok dokładnie koszty obliczy i poda je w wyroku.

Dlaczego pisząc o wybitnym prawniku wydobyłem z przeszłości również te migawkowe zdarzenia?

Ludzie mijają, ale pamięć o nich może kształtować nowe pokolenia.

Roman Łyczywek, Aleksander Koliński 1905 – 1976. Wybitny prawnik, [w:] Ku Słońcu 125. Księga z miasta umarłych, pod red. M. Czarnieckiego, Szczecin 1987.