Opublikowane przez woti w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Na przeciwko podmiejskiego dworca Niebuszewo ulica Orzeszkowej spotyka się z ulicą Asnyka.

Kamienica, która stoi u zbiegu ulic, ma kształt podkowy. Jedno jej skrzydło znajduje się przy ulicy Orzeszkowej, drugie przy Asnyka. Skrzydła domu zamykają wewnętrzne podwórko. Podwórko jest jakby małym amfiteatrem, na którym rozgrywają się scenki rodzajowe, komedie, frazy, czasami dramaty. Widownią są okna i balkony.
Otoczenie i sceneria zmienia się z latami. Zmieniają się także aktorzy. Nie wszyscy. Niektórzy lokatorzy mieszkają w kamienicy od wielu lat i są wciąż obecni na scenie. Upływający czas sprawia, że grają inne niż kiedyś role. Są też i tacy, którzy grali tylko epizody lub byli statystami. Pojawili się i znikli.


Mieszkam w tym domu ponad czterdzieści lat. Na moich oczach następowała zmiana ról. Amanci i pierwszoplanowi bohaterowie przeszli do chóru starców. Chór starców, jak w greckich tragediach, nie bierze udziału w akcji, jedynie komentuje… Ach, biada mu, biada… albo: Szlachetny to człowiek, ale nieszczęśliwy… Ci, którzy przeszli do chóru starców, nie dostają już żadnej roli, a z czasem w ogóle znikają. Niepostrzeżenie schodzą ze sceny.
Kiedy zamieszkałam przy ulicy Orzeszkowej, dekoracje otaczające podwórkową scenę były inne niż teraz. Teraz jest tu tylko wątpliwej urody trawnik, trzepak i jedna połamana ławka. Dawniej, wzdłuż nie zamkniętej skrzydłem domu części podwórka rósł rząd drzew morwowych. Na środku – z niskopiennymi krzewami róż. Dookoła ławki. Omijając stary budynek gazowni (którego już nie ma) aż do ulicy Komuny Paryskiej ciągnęły się ogrody działkowe. W majowe wieczory, siedząc na balkonie, można było słuchać śpiewu słowików.
Na działkach uprawiano nie tylko warzywa i kwiaty, ale hodowano króliki, krowy, kozy, nawet świnie. Wydaje się to teraz nieprawdopodobne, a przecież naprawdę tak było.
W drugiej połowie lat czterdziestych osiedlili się tutaj repatrianci z kresów. Przyjechali ze swoim dobytkiem, do którego byli bardzo przywiązani. Często traktowali pobyt na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych jako tymczasowy. – Wrócimy na swoje – zapowiadali. Rozproszeni, wyrwani ze swego środowiska kresowiacy, szczególnie cenili sobie dawne więzy sąsiedzkie. Całymi rodzinami osiedlali się w tej samej okolicy, przy tej samej ulicy, a nawet w tej samej kamienicy.

Potem czas zaczął płynąć innym rytmem. Zmienione warunki zniszczyły dawne powiązania. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych były one jeszcze bardzo silne.
W kamienicy u zbiegu ulic Asnyka i Orzeszkowej zamieszkali kolejarze. Większość, to repatrianci z kresów, ale byli również i tacy, którzy przyjechali ze środkowej Polski.
Na przykład moi teściowie przyjechali do Szczecina z Warszawy. W czasie powstania zburzona została kamienica przy ulicy Pięknej, w której mieszkali. Zostali bez dachu nad głową. Na Ziemiach Odzyskanych czekała na nich praca i mieszkanie.
W tym samym czasie zamieszkali warszawiacy i kresowiacy. Była to szczególna mieszanka etniczna, różniąca się obyczajowością i stylem życia. Stało się tak, że zamieszkali razem w nowym środowisku i na obcej ziemi.
W tamtych czasach poziom życia był wyrównany. Wszyscy żyli jednakowo skromnie, nie tyle z powodu założeń ustrojowych, ale po porostu takie były warunki po wojnie.
Z czasem nastąpiło rozwarstwienie. Zaradniejsi, lepiej wykształceni organizowali sobie życie na wyższym poziomie.
Niemałą rolę odgrywała orientacja polityczna. Akceptacja lub odrzucenie nowego porządku społecznego, który spychał na dno przeciwników, forując wyznawców. Nic w tym dziwnego. Zawsze tak bywa.
Do dziś mam mieszkanie, które odziedziczyłem po teściach. Mnie samej wydaje się niewiarygodne, że mieszkam tu już tyle lat. Nikt tak długo w nim nie mieszkał, jak ja. Jest prawie pewne, że zostanę tu do końca moich dni.
Od wielu lat obserwuję sceny, które można obejrzeć z mojego balkonu wychodzącego na podwórko. Nie jestem zbyt spostrzegawcza, a jednak dużo wiem i sporo widziałam. Nie wiem tylko, co z tego wybrać i opisać. Co jest najistotniejsze. Na pewno kto inny wybrałby co innego. Co innego wydałoby mu się najistotniejsze. Może nawet wcale nie zauważyłby tego, co było ważne dla mnie.
Chociaż pani z pieskiem. Może odrzucić pieska? Pozbawiona pieska pani staje się jakby niepotrzebna. Wyrzucić z opowieści panią? Szkoda. Ona pierwsza pełniła rolę chóru starców.

Pani z pieskiem

Nie pamiętam, jak się nazywała. Chyba nigdy tego nie wiedziałam, ani w którym mieszka mieszkaniu. Jednak często z nią rozmawiałam. Ja też miałam wtedy psa. Pies pani to była mała pekinka. Mój Topaz był dogiem.
Raz stało się tak, że mój Topaz zakochał się w Pekince. Chyba nawet z wzajemnością. Kiedy ją spotkał, stał bezradnie na tych swoich olbrzymich łapach i ślinił się rozpaczliwie. Pekinka robiła szybki slalom pomiędzy łapkami Topaza. Ich miłość była bez szans i przyszłości. Za to całe podwórko miało świetną zabawę. Wszyscy zaśmiewali się z zalotów Topaza.
Pani z pieskiem, tak jak i ja, pochodziła z kresów. To nas zbliżyło, pomimo różnicy wieku. Była wdową po polskim oficerze. – Przedwojennym – zaznaczyła z dumą. – Zdaje sobie pani sprawę, że to zupełnie co innego niż teraźniejszy oficer. Na przykład oficer przedwojenny nie mógł ożenić się z byle kim. Musiała to być panna z dobrego domu, z maturą i nienaganną opinią.
Przez długie lata pani z pieskiem spacerowała po naszym podwórku. Co dziesięć, dwanaście lat piesek się zmieniał. Następowała przerwa w spacerach. Potem pani wychodziła na spacer z innym pieskiem. Można było nawet nie zauważyć, że to już inny piesek, bo zawsze był to pekińczyk. Kiedy znikła pani i jej piesek? Nie wiem.

Pani Tryburska

Mojego przyszłego męża i jego rodziców poznałam na początku lat pięćdziesiątych. Mieszkałam wtedy jako sublokatorka w sąsiednim mieszkaniu u pani Tryburskiej. Przyjechałam na studia do Szczecina. Pochodzenie społeczne, nie ukrywane poglądy sprawiały, że na swojej studenckiej drodze wciąż napotykałam na przeszkody. Byłam sierotą, a jednak nie otrzymałam stypendium. Dopiero po licznych interwencjach przyznano mi miejsce w akademiku.
Jako studentka pierwszego roku mieszkałam u pani Tryburskiej. Miałam szczęście! Wspominam te czasy z rozrzewnieniem. Pani Tryburska mieszkała na parterze pod numerem trzecim. Pod numerem pierwszym mieszkał z rodziną mój przyszły mąż, w tym czasie student Wyższej Szkoły Inżynierskiej. Może nigdy nie poznałabym Zdzisia, gdyby od razu przyznano mi miejsce w domach akademickich.
Do najmłodszej córki mojej gospodyni przychodził w zaloty brat Zdzisia Michalskiego, Ryszard. Po niedługim czasie obaj bracia Michalscy byli częstymi gośćmi.
Pani Tryburska pochodziła z kresów, z Łunińca. Znała moją babcię. Czy naprawdę byłam sublokatorką? Byłam raczej członkiem rodziny składającej się z matki, dwóch synów i córki. Byłam traktowana jak jeszcze jedna córka. Płaciłam za mieszkanie symboliczną kwotę. Chyba niewielką część czynszu. Byłam dokarmiana, pielęgnowana w chorobie i… kontrolowana: – Dokąd idziesz Marylko? Kiedy wracasz? Czy jadłaś śniadanie? Mróz na dworze, włóż ciepłe majtki… Ciepłe majtki były utrapieniem Wandy i moim. Czasem, nie wierząc naszym zapewnieniom, pani Tryburska sprawdzała, czy owe majtki mamy na sobie. W jej przekonaniu ciepłe majtki najskuteczniej chroniły przed rozmaitymi chorobami.
Dom był zawsze pełen młodzieży, śmiechu, tańca i śpiewu. Czasy były trudne, jednak moja młodość w tym okresie była radosna i beztroska. Czułam się bezpiecznie w tym gościnnym i serdecznym domu. Tutaj rozstrzygał się mój dalszy los. Spotkałam swoje przeznaczenie na dalszą drogę. Niełatwą. Bardzo burzliwą. Jednak kiedy cofam się myślą wstecz, nic nie chciałabym zmienić. Po raz drugi, trzeci i kolejny wybrałabym tego samego mężczyznę, córkę i wnuka.
Pani Tryburska już nie żyje. Wciąż jednak żyje w mojej pamięci jako dobry, serdeczny człowiek.

Generał

Latem ławeczki na podwórku ściągały bywalców nie tylko z naszej kamienicy. Przychodził tu często Generał wraz ze swoją świtą. Mieli oni też inne lokum w krzakach koło gazowni. Tam odbywały się bardziej sekretne spotkania.
Wieczorami chodziłam na spacery z Topazem w okolice gazowni i kiedyś pies odkopał pod krzakiem czarnego bzu sprytnie zamaskowaną piwniczkę. Była nieźle zaopatrzona w piwo i mocniejsze alkohole.
Moja przyjaźń z Generałem zaczęła się od konfliktu. Generał naprawdę był kiedyś oficerem, podobno nawet wysokiej rangi. Rentę miał sporą, ale żył jak włóczęga. Mieszkał samotnie w suterenie przy ulicy Dembowskiego. Chodziłam tamtędy do pracy. Czasem zabierałam ze sobą Topaza. Generał czatował na mnie. Kiedy tylko zobaczył, że idę z psem, wyskakiwał ze swojej sutereny, szedł za mną i dogadywał: -Piękny pies. Ach, cóż to za piękny pies. Rasowy. Królewski pies, a jakie wspaniałe ma jaja! Duże, czarne, błyszczą. Ten pies ma prawdziwie książęce jaja!
Tym gadaniem Generał doprowadzał mnie do bezsilnej pasji. Czułam się sponiewierana, ośmieszona, zawstydzona i upokorzona.
Pewnego dnia nie wytrzymałam. Odwróciłam się, spojrzałam Generałowi w oczy i rzuciłam w twarz:
– A ma! Piękne ma jaja! Ma, bo młody. Pan też kiedyś miał takie, a teraz nie może się pan z
tym pogodzić, że mu na starość jaja zwiędły.
Generał zaniemówił. Chwilę stał w milczeniu. Potem z szacunkiem zdjął z głowy to coś, co kiedyś było kapeluszem i ukłonił się nisko:
– Moje uszanowanie pani, hrabina Kozela. Pani jest babka na medal. Już nigdy nie będę pani dokuczał. Przepraszam.

Z czasem, kiedy poznałam bliżej Generała, dowiedziałam się, że był wykształconym człowiekiem, wrażliwymi i inteligentnym. Kontuzjowany, kulawy kaleka bez domu i rodziny stoczył się na dno i przybrał pozę lumpa. Kiedy wypił za dużo, stawał się agresywny i ordynarny. Wyzywał kwieciście każdego, kto stawał mu na drodze. Repertuar miał bogaty i urozmaicony. Na dodatek wygrażał laską. Ale mnie szanował. Wprawdzie wyglądało to dość osobliwie. Już z daleka wołał:
– Uszanowanie, hrabina Kozela.
W kinach grano wtedy film „Hrabina Cosel” z Jadwigą Barańską w roli głównej.

Kiedy zabrakło Topaza, przez jakiś czas nie chodziłam dawnymi ścieżkami. Nie spotykałam Generała. A i on też przestał przychodzić na nasze podwórko. Jego towarzysze przenieśli się na inne miejsce. Mieli melinę pod kasztanem, koło dworca Niebuszowo.
Zapytałam kiedyś, czy ktoś z nich nie wie, gdzie jest Generał.
– Pochowany – odpowiedzieli. – W Alei Zasłużonych – zarechotali.

Pan Kapuściński

– Pan Kapuściński po schodach idzie, a tu ciemno! Ciemno, jak u Murzyna w dupie! Zleci pan Kapuściński na mordę. Łeb siwy sobie rozwali. Kto go będzie leczył? Służba zdrowia socjalistyczna… A kto będzie płacił? Ojczyzna ludowa zapłaci za łeb rozbity pana Kapuścińskiego. I niech płaci, cholera jasna! Co będę jej żałował! Ludowa ona, nie moja. A ja lud nie jestem! Co mnie tam lud! Pan Kapuściński jestem, z porządnej rodziny i zaraz na mordę po tych schodach zlecę, bo komuniści żarówkę, chamy, skradli!

Lubiłam słuchać monologów pana Kapuścińskiego? Chyba wszyscy mieszkańcy naszej klatki schodowej słuchali z zainteresowaniem i podziwem, co wygaduje, kiedy wraca pijany do domu. Czasy były takie, że nikt nie ośmielił się nawet szepnąć cokolwiek przeciwko władzy ludowej. Pan Kapuściński odważnie mieszał ją z błotem i wyzywał od złodziei i rabusiów.
Pan Kapuściński, inżynier kolejowy, kiedy był trzeźwy, był bardzo eleganckim, grzecznym i powściągliwym człowiekiem. Cóż, kiedy coraz częściej wracał do domu pijany w sztok i awanturował się na schodach, wyzywając ludową ojczyznę.

Dzieci pana Kapuścińskiego przyjaźniły się z moją córką. Teraz wnuki pana Kapuścińskiego wiszą na podwórkowym trzepaku głową w dół. A mój wnuk tak daleko, za oceanem. Jest studentem uniwersytetu w Starkville, USA.

Pani z purpurową różą

Łóżeczko mojej półrocznej wtedy córki stało koło okna wychodzącego na podwórko. Było lato. Lila spała przy otwartym oknie. Dzieci hałasowały na podwórku, ale był to swojski hałas, który jej nie budził. Krzątałam się w kuchni.
Nagle usłyszałam coś, co zabrzmiało jak wybuch. Lila obudziła się i zapłakała. Wzięłam ją na ręce i wyszłam na balkon zobaczyć, co się dzieje.
Podwórko było puste. Dzieci gdzieś się rozbiegły. Wychyliłam się z balkonu i spojrzałam w dół. Na chodniku okalającym trawnik i piaskownicę leżał twarzą do ziemi chłopczyk, a spod niego wypływała kałuża krwi.
Coś dziwnego stało się ze mną. Nie mogłam ani ruszyć się, ani krzyczeć. Stałam w milczeniu,
jak sparaliżowana, trzymając Lilę w objęciach.
Wybiegła z bramy kobieta. Spojrzała na leżące w kałuży krwi dziecko i zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Otworzyły się okna. Zbiegli ludzie. Przyjechała milicja i pogotowie.
Wezwano matkę chłopczyka. Była w szkole, pracowała jako nauczycielka. Pamiętam, jak wysiadała z samochodu, który wjechał na podwórko. Odepchnęła ludzi stojących nad ciałem dziecka. Zdjęła jasny płaszcz i przykryła swego synka.

To wszystko działo się pod moim balkonem. Dzieci bawiły się w piaskownicy i wygrzebały niewypał. Wyrywały go sobie. Ten, któremu udało się go zdobyć, uciekając potknął się i upadł. Nie miał żadnej szansy.
Od tego czasu pod moim balkonem rośnie czerwona róża. Posadziła ją matka chłopczyka.





Pan Bielaszewski

Kolejarz, pan Bielaszewski, nie mieszkał w naszej kamienicy, ale w budynku kolejowym koło dworca Niebuszowo. Mieszka tam do dzisiaj i jak dawniej pielęgnuje kwiaty koło swego domu.
Dużo było dzieci w domu Bielaszewskich. Najmłodszy z nich, Zbyszek, był kolegą mojej córki. Na ganku Bielaszewskich zawsze bawiły się gromady dzieci własnych i cudzych. Tak jest i teraz. Zawsze na ganku Bielaszewskich zbierają się gromady dzieci. Czasem zastanawiam się, dlaczego akurat tam. Może jest to jakieś szczególne miejsce?
Kiedy dzieci podrosły, co roku odbywały się komunie. Potem bardzo huczne śluby, a jeszcze potem odwiedzały Bielaszewskich coraz liczniejsze wnuki.
Idę kiedyś ulicą ze swoim wnukiem Jasiem. Spotykam pana Bielaszewskiego, który też idzie z wnukiem.
Pytam:
– Wnuk?
– Ano, wnuk.
– A jak ma na imię?
– Czy ja wiem? – zamyśla się pan Bielaszewski.
– Ty, mały, jak masz na imię?
– Marek – odpowiada wnuk.
– No, słyszy pani. Marek ma na imię.
– Nie wiedział pan naprawdę, jak ma na imię wnuk?
– A nie wiedziałem. Pani, pani Michalska, ma jednego, to i pamięta. Jak my z moją żoną kiedyś zaczęliśmy liczyć nasze dzieci i wnuki, to dzieci jakoś się doliczyliśmy. Ale wnuki…





Pan Bielaszewski bardzo był dumny z tego, że jest sąsiadem mego męża.
„Zew morza”, którym dowodził Zdzisiek, wracał z rejsu dookoła świata. Tłumy witały szkuner na Wałach Chrobrego. Przez ten tłum przedzierał się pan Bielaszewski. Wymachiwał w górze czapką i krzyczał na cały głos:
– Panie kapitanie Michalski! Panie Januszu! To ja do pana idę. Pana sąsiad Bielaszewski!

Zdzisiek zaprosił go na pokład. Pan Bielaszewski stał dumny, wśród ważnych, oficjalnych gości.
Kiedy Zdzisiek umarł, zaniosłam panu Bielaszewskiemu książkę „Oceany i pasaty”, której
autorem był mój mąż.
Chciałabym, żeby pan o nim pamiętał – powiedziałam.
– Ja pana Janusza nigdy nie zapomnę.
– No właśnie. Zawsze chciałam zapytać, dlaczego nazywa go pan Januszem. Przecież
mój mąż miał na imię Zdzisław.
– E tam. Zdzisław to takie imię dla byle kogo. Byle jakie. O, Janusz, to jest prawdziwie
kapitańskie, morskie imię. Jak fala. Pani posłucha: Ja – nuu – szszsz…

Bielaszewscy mieli psa Pikusia. Była to zresztą Pikusiowa, nie Pikuś. Pół Niebuszewa zapsił wielorasowymi Pikusiątkami. Pikuś, a raczej Pikusiowa, była pierwszym zaprzyjaźnionym psem w życiu mojej córki.
Rodzice zawsze pamiętają, jakie było pierwsze słowo, które powiedziało ich dziecko. Najczęściej „mama”. A u nas było inaczej. Pierwsze słowo, które powiedziała Lila, to „król”. Nie mylę się. Pierwsze na pewno „król”, a drugie „Pikuś”.
Lila ma teraz dwa psy rasy golden retriever. Starszy ma na imię Pikuś.





Co wyrosło z dzieci, które kiedyś bawiły się na naszym podwórku?
Na piętrze mieszkają rodzice księdza, który niedługo będzie bronił pracy doktorskiej. Ci, co wisieli na trzepaku i bawili się w piaskownicy, są teraz naukowcami, muzykami, inżynierami, lekarzami. Niektórzy zaszli wysoko, a niektórzy nie. Normalnie, jak to w życiu.
Podwórko wygląda inaczej niż dawniej. Nie ma rabatki, kwiatów, jest jakby biedniej i brudniej. Zamiast drzew morwowych stoi rząd garaży. Na miejscu ogrodów działkowych wyrosło osiedle. Trzepak taki sam. Może nawet ten sam?
Dzieci naszych dzieci bawią się na podwórku. Nie ma wśród nich od dawna mojego wnuka. To zresztą już teraz dorosły chłopak. Student.
Czas płynie i płynie. Nieubłaganie. Trzecie pokolenie niedługo przejdzie z podwórkowej sceny na widownię w oknach i balkonach.
Chór starców komentuje:
– Co to za czasy! Straszne. Jakie to dzieci teraz? Kiedyś, nie do pomyślenia było…

Napisała: Maria Towiańska-Michalska

(opowiadanie nagrodzone w konkursie „Korzenie”)

Ukazało się m.in. w Kwartalniku Humanistycznym „Wyrazy” 1998, nr 5-6. Pismo zostało wydane przez Górnośląskie Towarzystwo Literackie w Katowicach.

Zdjęcia dla sedina.pl: W. Banaszak, Szczecin 2006.