Opublikowane przez sedina w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Zbliżaliśmy się do Dąbia. Z okien wagonu widzieć było można ogromne zniszczenia wojenne. Wierzchołki wysokich sosen skoszone były pociskami artyleryjskimi; stały nagie kikuty drzew, jak cmentarne nagrobki nad tą nieszczęśliwą ziemią. Przy drogach, w rowach i na polach leżały poprzewracane samochody osobowe i ciężarowe, pocięte kulami jak sita. Spalone czołgi w tragicznym bezruchu zdawały się być uśpione i śniące o przebytych zwycięskich walkach. Teraz już nikomu niepotrzebne, pójdą na złom.

Dworzec w Dąbiu nie istniał, całkowicie obrócony w gruzy. Z oddali widać było stojące kominy fabryk z wybitymi przez pociski dziurami i ruiny domów.

Przejeżdżając ostatni odcinek drogi z Dąbia do mostu na Odrze, gdy tylko odwracaliśmy wzrok od zniszczeń i kierowaliśmy go w dal, zachwyt ogarniał wszystkich, pierwszy raz tędy przejeżdżających, na widok wzgórz pokrytych lasami liściastymi i przestrzeni wód Jeziora Dąbskiego i Zalewu Szczecińskiego, które można było w pełni podziwiać z wysokiego nasypu kolejowego. Przy pogodnym dniu udało się dojrzeć kontury Szczecina i dźwigów portowych wysuwających swe olbrzymie ramiona.

Cel naszej podróży zdawał się bardzo bliski, ale jeszcze kilka godzin upłynęło, zanim go osiągnęliśmy. Dzisiaj tę samą drogę przebywa się w kilkanaście minut pociągiem lub autobusem.

Nasz pociąg wolno zbliżał się ku drewnianemu prowizorycznemu mostowi na Odrze, który został zbudowany w czasie wojny obok żelaznego olbrzyma, leżącego swym bezwładnym cielskiem w wodach rzeki toczącej pomimo przeszkód swe wody ku zatoce, a przez nią – ku morzu. Wjechawszy na most, pociąg prawie niewidocznie pokonywał metr za metrem swą drogę, wlokąc się w tempie ślimaka… Gdy znalazł się na środku mostu, instynktownie cofnęliśmy się od okien, nie mogliśmy patrzeć z wysokości kilkunastu metrów na głębię wód Odry, czując przy tym najwyraźniej lekkie kołysanie się mostu i słysząc wyraźnie trzaski wiązania z belek. Kilka nerwowych osób, nie mogąc znieść tego widoku, myśląc zapewne o tym, że w każdej sekundzie mogą znaleźć się razem z pociągiem na dnie głębokiej w tym miejscu rzeki, zakryło twarze rękami, żegnając się z życiem. W wagonie zapanowała złowroga cisza, w której słychać było jedynie brzęczenie much i trzask suchego drzewa, który w podnieconej wyobraźni jeszcze bardziej się potęgował zapowiadając, że katastrofa musi nastąpić lada moment.

Z uczuciem wielkiej ulgi powitaliśmy drugi brzeg i wesoły gwizd parowozu wzywający do szybszej jazdy. Kto w ten sposób pierwszy raz odbył podróż przez ów pamiętny most, ten przy następnych przejazdach wysiadał z wagonu i w odległości kilkunastu metrów przed pociągiem szedł pieszo. Za mostem pociąg przystawał czekając na pasażerów. Później most ten stale był wzmacniany przez służbę drogową PKP i polskich saperów. Było to przez długi czas połączenie Szczecina z krajem tak dla ruchu kolejowego, jak i w okresie późniejszym, samochodowego i wozowego.

Jadąc dalej wolno zarośniętym wikliną, wierzbami i olszyną „Międzyodrzem”, poprzecinanym kanałami dróg wodnych, widzieliśmy dziesiątki zatopionych barek i mniejszych statków z wystającymi z wody kominami. Obok toru kolejowego leżało mnóstwo poprzewracanych wagonów kolejowych od luksusowych pulmanów począwszy, aż do cystern i węglarek. To cmentarzysko urządzili w czasie ucieczek ze Szczecina Niemcy, niszcząc systematycznie wszystko, cokolwiek mogłoby się przydać zwycięzcom.

Druga przeprawa, przez lewe koryto Odry, nie uczyniła już na nas większego wrażenia; byliśmy już niejako otrzaskani. Zresztą ten drugi most zdawał się być solidniej zbudowany, był krótszy, o mniejszej wysokości.

Z mostu tego wyłonił się piastowski Szczecin w całej swej okazałości, a w szczególności Wały Chrobrego z monumentalnymi gmachami krytymi czerwoną dachówką i wieżycami z zielonymi, miedzianymi daszkami. Bliżej dostrzec można było ruiny Starego Miasta obróconego w perzynę przez bombowce amerykańskie.

Widzieliśmy już wiele miast niemieckich dotkniętych nalotami… Ruiny Szczecina nie były więc dla nas niespodzianką.

Franciszek Buchtalarz, Pamiętnik nr 165, Z życia osadników na Ziemiach Zachodnich, oprac. Z. Dulczewski, A. Kwilecki, Warszawa 1961.