Opublikowane przez sedina w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Do Poznania powróciłem z rodziną stosunkowo późno, dopiero 1 lipca 1945 r. Zastaliśmy już swych najbliższych, którzy powrócili z wysiedlenia do swych mniej lub więcej zniszczonych mieszkań. Szczęśliwi byli, że odzyskali własny dach nad głową i że lata tułaczki dla nich się skończyły.

Dla mnie i mej rodziny tułaczka miała trwać nadal, gdyż zostałem całkowicie zniszczony materialnie przez okupanta i byłem zmuszony do rozpoczynania życia od nowa…


…W dniu 5 czy 6 lipca 1945 r. – rozeszła się błyskawicznie wiadomość, że Szczecin jest ostatecznie przyznany Polsce i że Polski Związek Zachodni organizuje wyjazd Polaków do Szczecina. Udałem się więc niezwłocznie do PZZ po skierowanie, które bez dłuższego wyczekiwania otrzymałem, gdyż na razie kandydatów na wyjazd do Szczecina nie było zbyt wielu. …Większość wolała wyjeżdżać na ziemie przylegające do Poznańskiego, czując za sobą silne! plecy kraju wracającego już do normalnego życia”. Grupa przyszłych „szczeciniaków” dowiedziała się w Polskim Związku Zachodnim, że 8 lipca o godz. 10-tej wyjeżdża z dworca zachodniego pociąg specjalny do Szczecina.

…Każdy przykład jest zaraźliwy, więc gdy znajomi mych krewnych dowiedzieli się, że posiadam dokumenty na wyjazd, oglądnąwszy je i przekonawszy się, że mają pieczęcie i podpisy, uwierzyli, że już można legalnie do Szczecina wyjechać. Postarali się również o skierowania… Ci moi znajomi, którzy wtedy ulegli może pierwszemu impetowi przy podjęciu decyzji wyjazdu, osiedlili się w Szczecinie na stałe, mieszkają w nim po dzień dzisiejszy i mówią o sobie po 12 latach „my szczeciniacy” zamiast jak dawniej „my poznaniacy”, co przy każdej okazji lubili podkreślać. Dzisiaj Poznań to dla nich wprawdzie kochane miasto, ale po kilkudniowym pobycie z okazji odwiedzin krewnych chętnie wracają do Szczecina, bo w Poznaniu trochę „przyciasno”. Przyzwyczaili się w Szczecinie do większej przestrzeni, do wód portu, do wycieczek nad brzeg morza. Młodzież urodzona w Poznaniu, a wyrosła w Szczecinie czuje się już prawdziwymi szczeciniakami. A najmłodsi, urodzeni w Szczecinie, nie widzą świata poza swym miastem i morzem. Wyliczą wszystkie bandery statków stojących w porcie, znają ich nazwy i z kształtów kadłuba określają ich przeznaczenie. Ci najmłodsi po powrocie z Poznania, zwiedziwszy wspaniałe Targi Poznańskie, Zoolog, Palmiarnię itp. – określają swe wrażenia z Poznania, że owszem było bardzo ładnie, ale… W tym właśnie „ale” mieści się wszystko, czego brak w Poznaniu, a co jest w Szczecinie: dużo wody, przestrzeni, a przede wszystkim statków i pobliskiego Bałtyku, dokąd jeżdżą często statkami spacerowymi ze swymi rodzicami.

Tak więc 8 lipca 1945 roku wyjechaliśmy do Szczecina… Przed godziną 10 zaczęliśmy zbierać się na peronie, odprowadzani przez naszych najbliższych. Tymczasem pociągu nie postawiono na wyznaczony czas, nowe więc wątpliwości zaczęły rodzić się wśród oczekujących i zaczęły krążyć najróżnorodniejsze przypuszczenia. Dyżurny ruchu zapewnił nas jednak, że pociąg specjalny na pewno odjedzie do Szczecina i wkrótce zajedzie przed peron. I rzeczywiście! O godzinie 11 wtoczył się majestatycznie pociąg, składający się z wagonów pullmanowskich, wyczyszczonych „na ostatni guzik”, o całych szybach w oknach i drzwiach, z nowymi tablicami Poznań – Szczecin. Co za miła niespodzianka dla podróżnych, co za perspektywa wygodnej podróży, od której odwykliśmy przez lata wojny! Okazało się, że opóźnienie nastąpiło dlatego, że kolejarze nie chcieli wypuścić pociągu prędzej, aż uznali go za godny reprezentowania PKP. Był to przecież pierwszy pociąg bezpośredni z Poznania do Szczecina łączący te dwa miasta zachodnie, tak bliskie sobie historycznie i gospodarczo…

…Grupa licząca około 260 osób bez tłoku i zdenerwowania zaczęła zajmować miejsca w przedziałach. Miejsc i to wygodnych, starczyło dla wszystkich, nastrój więc panował wspaniały. Wszyscy gromadzili się przy otwartych oknach, ażeby wymienić ostatnie słowa pożegnania z rodzicami i znajomymi.

Odezwał się ostry gwizdek dyżurnego ruchu, dający sygnał odjazdu, wołania konduktorów „proszę wsiadać, drzwi zamykać – gotów”. Powoli, majestatycznie, pociąg ruszył do wiadomego nam celu – do polskiego Szczecina. Jakże inny był ten odjazd w porównaniu do odjazdów w „nieznane” wysiedlanych przez hitlerowców rodaków w roku 1939 i następnych.
Kolejarze, zwykle obojętni na odjazdy i przyjazdy pociągów, teraz, przy odjeździe naszego, przystanęli i wyprostowani, ręką przyłożoną do daszka rogatywki, przechowanej w czasie okupacji, żegnali odjeżdżających.

…Tymczasem, w którymś wagonie odezwał się śpiew: Pieśń o Bałtyku – „Wolności słońce pieści lazur” – w innym „Nie rzucim ziemi”. Rozśpiewany pociąg żegnał swoje bohaterskie miasto.

Franciszek Buchtalarz, Pamiętnik nr 165, Z życia osadników na Ziemiach Zachodnich, oprac. Z. Dulczewski, A. Kwilecki, Warszawa 1961.