Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

Rok po wyzwoleniu. W Szczecinie zjawia się niewysoki, krępy młodzieniec. Przepłynął niemal cały świat na statkach różnych bander. Ma za sobą rejsy w alianckich konwojach, walkę na wojennych frontach. Co go tu przywiodło? Bliskość morza? Ciekawość nowych ziem? Wyjeżdża, ale powraca, aby osiedlić się na stałe. W tym czasie w księgarskich witrynach ukazuje się książka „Szczury morskie”. Autor – Jan Papuga. To właśnie ten krępy młodzieniec o zmrużonych oczach. Pisarz, marynarz. Na zawsze wrośnie w pejzaż Szczecina jako postać osobliwa. W pamięci przyjaciół z tamtych lat pozostanie chłopakiem w bajecznie kolorowej koszuli, spłowiałych dunkrach albo krótkich spodenkach koloru khaki, sandałach na bosych stopach, z chlebaczkiem przerzuconym przez ramię.

Dal pociągała go zawsze. Linia horyzontu rzuciła na mnie czar – pisał. Urzekało go morze. Ale najpierw chciał zostać lotnikiem. Urodził się w 1915 r. w podpiotrkowskiej wsi Zbyszek, wychowywał w robotniczych slumsach Łodzi. Ciężka praca, brak nadziei – oto co go czekało. Ale jego wabił świat. Chciał się wyrwać. I udało mu się. Dostał się do szkoły lotniczej. Krótka radość. Został wyrzucony za przynależność do Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Trafił do marynarki. Po skończeniu służby pragnął zaciągnąć się na statek. Ale takich jak on było więcej. Gdynia roiła się od łazików, którzy chcieli zostać marynarzami. Wtedy podjął wędrówkę. Do Konstancy na polski statek „Polonia”. Pieszo, autostopem, pociągami na gapę. Tym razem wszystko skończyło się szczęśliwie. Został marynarzem. Tak zaczęła się przygoda z morzem. Tak zaczęła się jego wielka samotna włóczęga.

Świat obracał się pod nogami. Kraje, ludzie, oceany. Był człowiekiem spod pokładów. Wykonywał najczarniejszą robotę. Ale to go nie martwiło. Był silny i miał cały świat. Nieraz zauroczony jego barwami schodził na ląd, zapominał o swoim statku. W ten sposób trafił do więzienia w El Paso, gdzie zamknięto go za włóczęgostwo. Działo się to już w czasie wojny, kiedy pływał w alianckich konwojach. W więzieniu miał czas, aby przemyśleć swoje życie. Dużo czytał.

Przetrawiałem wówczas w myśli swoje włóczęgi – wspomina w jednym z późniejszych wywiadów – to znowu marzyłem o nowych morzach, wyspach i ludziach. Ta tęsknota w zamknięciu, choć może i zawstydzająca rzecz, była bardzo budująca. Zdawało mi się, że niech tylko odzyskam wolność, to znów w mig oblecą świat. Był trampem i włóczęgą jak London, do którego nieraz go później porównywano. Jak London był samoukiem. Za całe wykształcenie miał sześć klas podstawówki i egzamin nadzwyczajny z klasy siódmej. Książki i życie – to jego uniwersytet. I oto ten tramp i samouk w więzieniu amerykańskim po raz pierwszy sięgnął po pióro. Opisał swoje przeżycia. Opowiadanie, które wówczas powstało, wydrukował nowojorski „Nowy Świat”. Tak zaczęła się druga jego wielka przygoda. Przygoda ze słowem, która trwała do ‚końca życia. Z radosnej nowości stała się później znojną udręką. Na razie powstawały kolejne opowiadania. Wojna i morze dostarczały wielu tematów. Tak zrodziła się książka „Najpiękniejszy rejs”, wydana w 1945 r. w Londynie. W redagowaniu i wydawaniu pomagał Papudze, między innymi, Antoni Słonimski. Ta właśnie książka wznowiona w Polsce w 1946 r., a zatytułowana „Szczury morskie” wprowadziła Papugę w świat literatury i świat morskiego Szczecina.

Szczecin przyjął go życzliwie. Papuga był jakby symbolem awansu kulturalnego mas, był też jednym z pierwszych w tym mieście marynistów. Budził zaciekawienie swoją przeszłością, zawodem marynarza. Udzielał wywiadów, pisał, gazety drukowały jego nowelki. Na stałe nie związał się jednak z żadną reakcją. Przez całe życie nie podjął etatowej pracy. Zawsze jak kot chodził swoimi drogami. Chciał być wolny, niezależny. Jako pisarz chciał żyć z pisania.
Dobre były dla niego te pierwsze, powojenne lata, szczęśliwe. Był to czas szczecińskiej cyganerii. Zjeżdżali tu literaci z całej Polski: Andrzejewski, Gałczyński, Wirpsza, Woroszylski, Braun, Karpowicz. Zjeżdżali plastycy i aktorzy. Życie toczyło się bujnie. W Świetlicy Literacko-Artystycznej przy al. Wojska Polskiego, późniejszym Klubie „13 Muz”, trwały spotkania, nie kończące się dyskusje. Wszystko wydawało się proste i realne, wielkie plany, ambicje, zamierzenia. W 1949 r. Papuga został laureatem Nagrody Literackiej miasta Szczecina. Pisał powieść „Czterej z Albatrosa”, której tytuł zmienił później na „Okrutny świat”. Nie znalazł jednak wydawcy.

Nastały lata chude. Pisarze rozjechali się. Zostali tylko nieuleczalnie chorzy na „chorobę szczecińską”. Coraz trudniej było żyć. Jeszcze trudniej utrzymać niezależność. Papuga wciąż pisał. Ale coraz częściej musiał rzucać pióro i imać się fizycznej pracy, aby przetrwać. W 1951 r. wrócił na morze i rejs ten skończył się dla niego klęską. Niesłusznie obarczany zarzutami politycznymi został wyrzucony z partii i pozbawiony możliwości pracy na morzu. Jeszcze raz powrócił na morze w 1958 r., ale był to ostatni jego rejs zawodowy. Zdarzało się, że pływał na kutrach jako rybak zalewowy. Na następną książkę przyszło mu czekać dwadzieścia lat. Tak pisze o tych czasach w opowiadaniu „Powrót na morze”:

Wypisałem chyba z pud papieru. Kilkanaście niewesołych lat, w których nie było kin, teatrów, koncertów, kawiarń, knajp, wczasów, podróży. Niewiele jadła, pusty kąt i często Franuś Gil. Były jednak dobre książki, a w nich wszystko i… dużo, dużo więcej.
Były niespokojne wędrówki, jak układanie się nienośnej kury z jajem. O, nie byłem orłem. (…) I wreszcie była nowela, a z nią wątpliwość – dąb czy karlica?
Teraz rozpoczął wędrówki po redakcjach. „Kurier” nie chciał drukować takich kobył, „gdyby to chociaż na jedną stronę”; najchętniej drukowaliby, gdyby nowela miała objętość fraszki. Do „Głosu” nie nadawała się: „może dobre, może złe, ale zbyt oderwane od ich nurtu”. Radzili do radia. Kiwali głowami: „tam są frajerzy, wciśniesz”. W radiu wzięli.
Nowela ukazała się, krótka radość. Znów zacząłem chodzić do miasta. Znajomi byli zdziwieni moim zuchwalstwem, ale szybko powrócił im dawny uśmiech
.

Zawsze bez grosza, zawsze w tarapatach. Czasem jakieś honorarium, czasem stypendium ze Związku Literatów Polskich. Ratowały go jeszcze spotkania autorskie. Tymczasem ożenił się, na świat przyszedł syn Bartłomiej. Dziewczyna jego, jak pisał w zachwyceniu chodziła w spodniach i budowała okręty. Zachwyt jednak był krótki. Ona pracowała, a on? Jego pracą miały być śmieszne kartki, nad którymi się męczył i z których nie było chleba dla rodziny. Mijały miesiące, a tu ani grosika, ani zdania.

Przez te wszystkie trudne lata jak obsesja powracało do niego wielkie, nigdy nie spełnione marzenie. Stworzyć wspólnotę dzielnych chwatów, pisarski raj, w którym pisarze żyliby z pracy rąk własnych, w zgodzie ze sobą i z przyrodą, cały czas wolny poświęcając na pisanie. Na początku miała to być osada marynistyczno – literacka na wyspie Karsibór. Papuga znalazł tu opuszczony dom, który wraz z kolegą wyremontował. Pisarze mieli żyć z połowu ryb i tworzyć. Pełna niezależność, pełna swoboda, a jednocześnie wielka odpowiedzialność. Następnym razem była to faktoria literacka w Bieszczadach, gdzie „wspólnota dzielnych chwatów” zajmowałaby się wypasem owiec i bydła. Wszystko kończyło się na projektach. Wreszcie całe swoje honorarium za pierwszą książkę Papuga przeznaczył na zakup rybakówki nad Zalewem Szczecińskim. Rybakówkę tę chciał przekazać Związkowi Literatów Polskich – miało to być coś w rodzaju domu pracy twórczej. Nikt jednak tym pomysłem poważnie się nie zainteresował. „Dolina szczęścia”, „pisarski raj” na zawsze pozostały w sferze marzeń.

Nadszedł 1965 r., a z nim wielki sukces. Pierwsza po dwudziestu latach książka „Guadalajara! Guadalajara!”. To Michał Misiorny, który przybył z Poznania, wydobył Papugę z zapomnienia. Zajął się wyborem opowiadań, redakcją, pertraktacjami z wydawnictwem. Tak powstała książka, w którą nikt już w Szczecinie nie wierzył. Rok później Papuga został nagrodzony odznaką Gryfa Pomorskiego „za zasługi dla rozwoju województwa szczecińskiego”. A w 1967 r. otrzymał stypendium w postaci rejsu. Po raz pierwszy płynął statkiem jako pisarz.

Znów zaczęła się włóczęga. Odżyły pragnienia, nadzieje na nowe doznania, przygodę, zmagania z losem. Znów zbudziła się w nim dusza trampa. Sama podróż statkiem – to wydaje mu się mało. Tyle ich miał w życiu. Chciał płynąć do Afryki i przejść ją w poprzek! Poprzez zmieniające się krajobrazy, państwa, wioski. Z chlebaczkiem przerzuconym przez ramię i pięcioma dolarami w kieszeni. Poznawać tubylcze plemiona, żyć z ich łaski, dotykać najgłębszych warstw kontynentu. Na końcu tej drogi miała być powieść – dzieło. Najprawdziwsze, niezwykłe. Nikt jakoś nie brał tych jego wizji poważnie. Dramat zaczął się na miejscu, kiedy Papuga chciał wcielić w życie swoje marzenia. Urzędnicy ambasady polskiej w Lagos byli przerażeni jego wizją podróży, zwłaszcza, że nie miał ani wiz. krajów, które zamierzał przebyć, ani żadnego pisemnego potwierdzenia swoich planów. Odmówili mu wszelkiej pomocy. Papuga zaczął radzić sobie sam. Ze swoją szczerą, otwartą naturą łatwo znalazł przyjaciół. Jednak interwencja ambasady spowodowała, że został odtransportowany na polski statek płynący do Duali. Tam znów zszedł na ląd. Nie zrezygnował ze swoich planów. Został zatrzymany przez policję i zamknięty w areszcie. Tak skończyła się wielka przygoda, jego afrykańska podróż.

Chciałem Afrykę przejść w poprzek (autostopem też) – napisze w liście. – Duala – Mombasa, od Atlantyku, do Indyjskiego. Pokonała mnie papierowa dżungla przepisów, w których toną, giną ludzie na całym świecie. Pokonały mnie papierowe duszyczki, głupota, tchórzostwo papierowych lwów na wysokich urzędach.

Areszt. Transport na statek. Powrót do kraju w charakterze więźnia. Klęska marzeń. Przyniosło to załamanie psychiczne. Po powrocie Papuga unikał znajomych, nawet rodziny. Jakiś czas mieszkał w Barlinku, potem kątem u przyjaciół. Powieść jednak powstała. Co prawda nie taka, jak zamierzał. Jej tytuł – „Papierowa dżungla”.

1969 r. przyniósł jeden z ostatnich uśmiechów losu – kolejny zbiór opowiadań „Rio Papagaio”. Tytułowe opowiadanie to bajka – marzenie życia. O szczęśliwej krainie, w której wszystko zaczyna się od początku: buduje dom, uprawia ziemię. W zgodnej wspólnocie, wśród bujnej, dzikiej przyrody. To jakby jego uroczysko, „dolina szczęścia”, której zawsze pragnął.

W ostatnich latach odsunął się od przyjaciół, znajomych. On, którego zawsze i wszędzie było pełno, nagle zniknął. Zamknął się w sobie. Jeszcze czasem pojawił się w Klubie „13 Muz”. Mieszkał na poddaszu przy ul. Małopolskiej. Tylko stół i materac, ubranie na gwoździu. Pisał, ale jednocześnie porządkował maszynopisy, jakby przeczuwał koniec. Sporo się tego nazbierało, kilkanaście pękatych teczek. Chorował ciężko, chociaż nikomu się nie skarżył. Ból znosił w milczeniu jak marynarz. Umarł 2 stycznia 1974 r. w szpitalu w Szczecinie. Tuż przed śmiercią szczecińskie „Spojrzenia” wydrukowały reportaż z ostatniej jego wyprawy – autostopem po NRD – „Jeszcze raz”.

W 1975 r. ukazał się zbiór opowiadań starych i nowych „Oceany, oceany…”, opracowany przez Stanisława Telegę.

Papuga za swego życia znany był czytelnikom (i tak zapisany trwale w historii polskiej literatury marynistycznej), jedynie jako autor opowiadań. Dopiero po jego śmierci, dzięki wydanej w 1983 r. „Papierowej dżungli”, oraz w 1986 r. książce „Okrutny świat” – które przygotował do druku Mariusz Czarniecki – poznaliśmy powieściową twórczość Jana Papugi.
Wydawnictwo Literackie wydało jeszcze niewielki wybór opowiadań „Singsiarz”. To wszystko. Kilka tomików opowiadań, dwie wydane pośmiertnie powieści, jedna nie dokończona. Niewiele, ale bardzo dużo. Całe życie. Bo Papuga był pisarzem w całym tego słowa znaczeniu. Poetą słowa. Jego język, zwięzły i prosty, oddaje najprawdziwsze uczucia, najprawdziwsze wzruszenia, jest samą prawdą. Piękny człowiek, niezwykły pisarz – Jan Papuga.

Joanna Osajda, Jan Papuga 1915 – 1974. Samotny włóczęga, [w:] Ku Słońcu 125. Księga z miasta umarłych, pod red. M. Czarnieckiego, Szczecin 1987.

Strona poświęcona twórczości Jana Papugi