Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

Przypadek czy przeznaczenie? Dwukrotnie mijał się z teatrem i dwakroć teatr zdołał nim zawładnąć jakby upominając się o utalentowanego, pracowitego aktora.
Po raz drugi – tuż po wojnie. Do zrujnowanej stolicy – swojego rodzinnego miasta – wrócił z obozu, gdzie został wywieziony po upadku Powstania Warszawskiego. Głęboko wstrząśnięty, zgorzkniały, postanowił zacząć wszystko od nowa, inaczej. Wydawało mu się, że nie ma teraz miejsca na coś takiego, jak teatr, a jeśli nawet – to w tym teatrze nie ma już miejsca dla niego.

Szukał pracy, chciał stworzyć sobie przyzwoite warunki życia, podczas wojny stracił bowiem wszystko. Wyjechał do Szczecina, bo właśnie to miasto było dlań symbolem początku.
I właśnie tu, wiosną 1946 r., w tramwaju, kiedy jechał do Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, aby odebrać skierowanie do pracy, spotkał Bronisława Skąpskiego. Znali się obaj z teatru w Grodnie, gdzie jeden grał, a drugi dyrektorował. Teraz Skąpski organizował teatr w Szczecinie. – Z nieba mi pan spadł! – zawołał na widok Daszewskiego – bo tak sobie głowę łamałem, skąd wziąć majora do „Dam i huzarów”.
Widać silne były „niewczesne tęsknoty” za sceną drzemiące w najgłębszych zakamarkach serca – jak wspominał po latach sam Daszewski – jeśli, mimo wszystkich wcześniejszych planów i przemyśleń, przyjął propozycję Skąpskiego i niejako wbrew sobie wrócił do umiłowanego zawodu.
A zawód ten był przezeń rzeczywiście umiłowany już od wczesnej młodości, lecz i przed wojną o jego wyborze zadecydował ponoć przypadek. Bo choć jako uczeń gimnazjum bardzo aktywnie działał w teatralnym ruchu amatorskim (zapewne i ze względu na tradycje rodzinne: był przecież blisko spokrewniony z wybitnym scenografem Władysławem Daszewskim), to przecież po maturze został… urzędnikiem gazowni.
Zbyt często wyrywał się jednak na próby kółka teatralnego im. Bogusławskiego, działającego w sali na Dynasach, toteż z posady urzędniczej go zwolniono… Jeżeli w gazowni wykazano by więcej zrozumienia dla teatralnych „fiołów” młodego urzędnika to, kto wie, może teatr pozostałby dla niego do końca życia jedynie przygodą młodości?
A tak – stał się właśnie owym umiłowanym zawodem. Po debiucie na scenie zawodowej w sztuce „Eskapada” u boku takich sław, jak: Lubicz-Sarnowska i Junosza-Stępowski, znalazł się w 1921 r. w zespole Teatru Spółdzielczego na Pradze.
Z drugiej strony, pisząc o tych wypadkach wytyczających Daszewskiemu drogę na scenę, jakoś trudno oprzeć się wrażeniu, że – jakkolwiek potoczyłyby się jego losy – i tak, prędzej czy później, znalazłby się w teatrze, który był prawdziwą pasją jego życia.
Mimo to, a może właśnie dlatego, kilkanaście lat pracy na rozmaitych przedwojennych scenach Warszawy, Poznania, Grodna, Wilna, Kalisza, również w tzw. objeździe, przyniosło mu tyle satysfakcji (specjalizował się w repertuarze romantycznym i dramatach szekspirowskich), co rozczarowań.
Mierziły go panujące w teatrze stosunki, atmosfera intryg, protekcjonalizm, wieczna walka o role – przy jednoczesnej niepewności jutra.
O powojennym, upaństwowionym teatrze wyrażał się zdecydowanie pochlebniej, czego bardzo chętnie słuchali dziennikarze, którzy przeprowadzali z nim wywiady. Jeżeli jednak było nawet w owych wywiadach (tych z lat pięćdziesiątych zwłaszcza) zbyt wiele typowego dla epoki idealizowania rzeczywistości, to przecież dokumentowały one również faktyczny stosunek Daszewskiego do teatru.
Bo też był aktorem – co zgodnie podkreślano przy wielu okazjach – niezwykle rzetelnie podchodzącym do swej pracy. Obowiązkowy (ponoć w całej swej karierze nie opuścił – bez względu na stan zdrowia – żadnego przedstawienia, w którym był obsadzony!), wyjątkowo pracowity, nie pozwalał sobie nigdy na luksus gwiazdorstwa. Zarówno jeśli chodzi o traktowanie roli, jak i kolegów z zespołu. Pisano i mówiono, że był najlepszym, naturalnym sojusznikiem każdego reżysera.
Mówiono też i pisano – co z czasem stało się niejako stałym, a przez to i nieco sztucznie brzmiącym epitetem – iż jest najwierniejszym szczecinianinem. Abstrahując od pobrzmiewającej w tym zwrocie retoryki powiedzieć jednak trzeba, że był rzeczywiście jednym z garstki artystów teatru, którzy pozostali wierni Szczecinowi do końca.
Gdy zespół Skąpskiego, nie znalazłszy tu (wobec cokolwiek kapryśnej polityki kulturalnej ówczesnych władz miasta) warunków do dalszej pracy, rozpadł się, a jego dyrektor wyjechał do Słupska, Daszewski pozostał na miejscu.
Zaangażował się do „Komedii Muzycznej” Sylwestra Czosnowskiego, a później, po upaństwowieniu szczecińskiego teatru, przeżywał kolejne reorganizacje tutejszej sceny i wytrwał na niej aż do emerytury, czyli do 1971 r.
Gdy trzy lata później zmarł, obszerne nekrologi przypominały raz jeszcze jego coraz mniej wówczas modną w teatrze „sumienność” zawodową. Wspominały o „pracowitości i autorytecie”. W zachowanym w teatralnych archiwach brudnopisie jednego z nekrologów (słów pośmiertnych?), pod maszynopisowym tekstem będącym zwyczajowym wyliczeniem zasług i osiągnięć, jest jeszcze dopisek odręczny ówczesnego dyrektora, Józefa Grudy: artysta cieszący się wyjątkowym szacunkiem i sympatią (…).
Ktoś, kto nie zna Jana Daszewskiego ze sceny, postawi tu sobie może pytanie: Jakim był aktorem? Czy – pomijając już jego stosunek do pracy i cechy charakteru – wszystkie te komplementy nie były próbą jakiegoś dowartościowania jego aktorstwa?
Pytanie to, i związana z nim nieufność, wynika z dosyć u nas tradycyjnego, a przez to i smutnego, stosunku do pracy: ktoś, kto jest szczególnie pracowity, nie jest zapewne nazbyt zdolny.
Nie mam zamiaru wyrokować o klasie artystycznej Jana Daszewskiego, mogę jedynie powiedzieć, powołując się na opinie współczesnych, że klasa tego aktora brała się właśnie z harmonijnego połączenia pracowitości i talentu.
Bo też był on aktorem nietuzinkowym, wszechstronnym, obdarzonym silną osobowością i – co bardzo ważne – znającym po mistrzowsku sceniczne rzemiosło.
Grywał z powodzeniem w każdym repertuarze. Odpowiadały mu zarówno role majestatyczne, w których był obsadzany bardzo często (Dunkan w „Makbecie”, Wielki Skarbnik w „Marii Stuart”, don Ferdynand w „Cydzie”, Capuletti w „Romeo i Julii”, prezes w „Kordianie”), jak i charakterystyczne (grabarz w „Hamlecie”), czy komediowe (chociażby pełen nieodpartego humoru Malvolio w „Wieczorze trzech króli”).
Największe sukcesy osiągał jednak w rolach psychologicznie złożonych, nasyconych ukrytym dramatem. Wielkim jego sukcesem był np. Biezsiemionow w ogólnie chwalonych „Mieszczanach” (1952 r.), zwłaszcza zaś rola Leona Dennisona w „Drewnianej misce” (1962 r.), którą nazwał F. Jordan piękną a niełatwą kreacją (…) wykonaną ze szlachetną prostotą oszczędnymi środkami aktorskimi, przy eliminacji wszelkiego patosu.
Wzruszająca, ciepła rola starego, osamotnionego człowieka przysporzyła Daszewskiemu ogromnej popularności, była też, jak się wydaje, jego największym sukcesem na szczecińskiej scenie.
Gdy, chcąc podsumować te dokonania, sięgnie się do recenzenckich opinii sprzed lat, natrafia się na zadziwiająco podobne oceny najlepszych ról, z których większość jest wystudiowana z wielką sumiennością i precyzją, świetnie wystudiowana, dopracowana w każdym geście, będąca dziełem nie tylko talentu, ale i rzetelnego przemyślenia, analizy.
Pozostawiając na boku pewną monotonię recenzenckich środków, wypada przecież stwierdzić, że główną siłą aktorstwa Jana Daszewskiego było wielostronne, bardzo rzetelne przygotowanie do każdej roli, będące – jak pisano z okazji otrzymanej przez niego nagrody artystycznej m. Szczecina w 1956 r. – sumą pracy nad sobą, studiów nad epoką i nad charakterem kreowanej postaci.
Czy osiągnął na scenie to, do czego był predestynowany? Chyba tak. Symboliczną koroną jego teatralnego powodzenia było przyznanie mu przez SPATiF Zasłużonego Członkostwa Kapituły. A jednak pojawiały się niekiedy opinie, iż bywał niedoceniany.
Ile w tym prawdy, trudno ocenić. Z perspektywy lat, kariera Daszewskiego wydaje się być raczej pasmem powodzenia. Przeglądając jednak uważniej kronikę jego osiągnięć można dostrzec, iż największe sukcesy przypadły na okres dziesięciu lat (między 1952 a 1962 r.). Jeśli się zaś pamięta, że karierę zakończył w 1971 r. to nasuwa się pytanie, czy te następne dziesięć lat po „Drewnianej misce” nie zostały zbyt łatwo oddane spieszącemu się coraz bardziej czasowi?
Pytany o najdramatyczniejsze, to znów o najdziwniejsze wydarzenie w aktorskiej karierze, opowiadał niezmiennie o swej przedwojennej roli w sztuce Zapolskiej „Tamten”. Grał w niej Strełkoffa, który w III akcie, stojąc plecami do widowni, sam na sam ze zbliżającą się śmiercią, popełnia samobójstwo.
Któregoś razu, gdy zaczynała się właśnie ta scena, w drzwiach pojawiła się niespodziewanie czarno ubrana kobieta i zapytała lekko drżącym głosem: Czy jest pan Daszewski?… Konsternacja, zamieszanie, wreszcie kurtyna odgradzająca scenę od zdezorientowanej publiczności… Wszyscy długo szukali winowajczyni, nikogo nie znaleźli, i zagadką pozostało na zawsze – kim była i na czym miał polegać żart, jeśli to był żart?
Gdy czyta się o tym w wiele lat po śmierci wspominającego owe dziwną historię aktora, doznaje się metafizycznego uczucia, iż owa „czarna dama” pojawiła się w 1974 r. raz jeszcze, by, tym razem ostatecznie odwołać go ze sceny, której poświęcił pół wieku swego życia.
Dla szczecińskiego teatru była to postać bardzo twórcza – lata całe pozostająca wzorem dla młodych aktorów, będąca jednocześnie przykładem rzadkiej wśród ludzi sceny wierności jednemu miastu, wierności scalającej przecież rodzące się tu życie kulturalne.
Blisko cmentarnego muru, nie dalej niż pięćdziesiąt metrów w bok od bramy, na wprost ul. K. Miarki, znaleźć można nie rzucający się w oczy, białoszary grób „najwierniejszego” ze szczecińskich aktorów.

Artur D. Liskowacki, Jan Daszewski 1890 – 1974. Najwierniejszy z aktorów, [w:] Ku Słońcu 125. Księga z miasta umarłych, pod red. M. Czarnieckiego, Szczecin 1987.