Opublikowane przez sedina w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Inge Koman w 1939 roku miała pięć lat. Jest jedną z kilku osób, które urodziły się w przedwojennym Szczecinie i nadal tu mieszkają. Renate mieszka w Kolonii, ale, jak mówi „choruje na Szczecin”.

Rodzina matki Inge od kilku pokoleń mieszkała w Szczecinie, dziadek Wilhelm Glazuw miał garbarnię. Dziadków ze strony taty, Wernera Bride, nie pamięta, ale on też urodził się w Szczecinie. W stoczni Oderwerke był spawaczem. Mama, Frida Glazuw, nie pracowała, zajmowała się domem. Luksusów nie było, ale biedy nie cierpieli.
Mieszkali w dwupokojowym mieszkaniu przy Burscherstrasse 5. Kamienica stoi do dziś a ulica nosi imię Władysława Łokietka.
– Kiedy dwa lata temu po raz pierwszy do Szczecina przyjechała moja siostra Brigitte, bardzo nas korciło, aby zapukać i zapytać ludzi tam mieszkających czy pozwolą wejść i obejrzeć to mieszkanie – opowiada Inge Koman. – Niestety, zabrakło nam odwagi. Bałyśmy się, że może obecni lokatorzy zatrzasną drzwi, albo powiedzą coś przykrego. W rezultacie tylko stałyśmy i gapiłyśmy się. Dużo młodsza Bigitte pamiętała tylko lalkę, której nie pozwolono jej zabrać. Ja zapamiętałam więcej. Spędziłam tam jedenaście lat.

Koraliki pamięci

Inge mówi, że strzępy pamięci są jak koraliki nanizane na nitkę. Jedne błyszczące, kolorowe, inne matowe i szare. A niektóre nawet czarne. Ale wyrzucić ich nie sposób. Te wspomnienia, dobre i złe, składają się na życie.
Z mamą chodziła na rynek nad Odrą, gdzie sprzedawano ryby i warzywa. Często chodziły na Stare Miasto, dzisiejsze odbudowywane Podzamcze, bo tam mieszkała ciotka Elisabeth, siostra mamy. Ówczesne kamienice na pewno nie były tak kolorowe jak obecne.
W niedzielę, z rodzicami a czasem i z dziadkami szła na spacer pod pomnik Sediny. Nawet kiedyś fotograf zrobił im zdjęcie, ale się nie zachowało. Spacerowali po Tarasach Hakena (tak się wtedy nazywały Wały Chrobrego) i po nadodrzańskim bulwarze. Tam zawsze był duży ruch, stało wiele statków handlowych i pasażerskich. Któregoś razu popłynęli jednym z nich na wycieczkę.
O tym, że jest wojna, Inge dowiedziała się, gdy którejś nocy mama wyrwała ją z ciepłego łóżka i razem z tatą i malutką Brigittą uciekali do schronu, który był w piwnicy.
– Wyły syreny, wybuchały bomby, wypadały szyby, ludzie krzyczeli – wspomina. – Jedna z bomb uderzyła w naszą kamienicę i częściowo ją zniszczyła. Chodziłam już do szkoły, która znajdowała się przy obecnej alei Piastów. Na lekcjach uczono nas, jak mamy się zachować w czasie nalotów.

Łuny nad miastem

Renate Jachow urodziła się w Szczecinie w trzydziestym szóstym. Mieszkali na dzisiejszym Golęcinie. Ojciec, Willy Neumann, pracował w fabryce konserw. Renate od ćwierć wieku mieszka w Niemczech. Do Szczecina przyjeżdża trzy, cztery razy w roku.
– Dzieciństwo już zawsze będzie mi się kojarzyło z syrenami, nalotami i czerwonymi łunami płonącego miasta – wspomina. – Całą rodziną zostaliśmy ewakuowani do Stralsundu. Mieszkaliśmy tam w obozie. A w czerwcu, w czterdziestym piątym kazali nam wracać do siebie, czyli do Szczecina.

Wojenne koszmary

Ojciec Inge pracował cały czas w stoczni i rodzina myślała, że nie wezmą go do wojska. Pod koniec czterdziestego drugiego został wysłany na front. W parę miesięcy później nadeszła wiadomość, że zginął gdzieś w Rosji.
– Siostra taty prawie nie pamiętała, ale my z mamą strasznie płakałyśmy – opowiada Inge. – W czterdziestym trzecim bombardowania były coraz częstsze. W mieście było coraz bardziej niebezpiecznie. I wtedy wszyscy uczniowie mojej szkoły wraz z nauczycielami zostali wywiezieni w głąb Niemiec. Po jakimś czasie dojechała mama z siostrą i dziadkami. Razem pojechaliśmy do miejscowości Lohme auf Rügen. Tam było bardzo dużo rodzin ze Szczecina, szczególnie tych, których ojcowie, mężowie albo byli na wojnie, albo na niej zginęli .
Z tym miejscem wiąże się najbardziej koszmarne wspomnienie Inge z czasów wojny. Była świadkiem gwałtu dokonanego przez rosyjskich żołnierzy na jej matce i babce. Pijani żołnierze wpadli w nocy do pokoju, w którym spała cała rodzina. Do dziś słyszy przeraźliwy krzyk i płacz matki, widzi wycelowaną w siebie lufę karabinu.
Latem w czterdziestym piątym rodzina wróciła do Szczecina, na Burscherstrasse. Kamienica stała, a mieszkanie było zamknięte, tak jak je zostawili. Ale niedługo w nim mieszkali. Jesienią stanęli w drzwiach polscy kolejarze z nakazem natychmiastowego opuszczenia mieszkania.
– Nie pozwolili nam nic zabrać, żadnych ubrań, pamiątek, zdjęć – mówi cicho Inge. – Mała siostra bardzo płakała, bo nie mogła zabrać swojej ukochanej lalki. Mama była zrozpaczona. Przygarnęli nas sąsiedzi. Jakiś czas z nimi mieszkaliśmy a potem dostaliśmy skromne, jednopokojowe mieszkanie na Łasztowni. Dołączyli do nas dziadkowie.

Powrót barką

Do Szczecina wróciła też rodzina Neumannów. Podobnie jak tysiące Niemców przypłynęli towarowymi barkami. Renate pamięta wielki huk i przeraźliwe krzyki ludzi, gdy jedną z barek rozerwała mina.
– Zamieszkaliśmy w domku dziadków na Żelechowie, oni zostali w Niemczech – opowiada Renate. – Miałam dziewięć lat, mama nie żyła, więc ja chodziłam do centrum miasta po chleb. Szłam ścieżką wydeptaną wśród gruzów. Byłam najstarsza z trójki rodzeństwa.
Renate w torbie miała łyżeczki, filiżanki i talerze z serwisu Rosenthala, który należał do dziadków. Na targowisku rozkładała kocyk i sprzedawała. Dzięki temu mieli chleb, sacharynę, czasem kawałek słoniny. A gdy już nie było co sprzedawać, Renate poszła do pracy. Pilnowała dzieci, sprzątała.
– Latem z siostrą rwałyśmy kwiaty z bezpańskich działek i sprzedawałyśmy je na dzisiejszym placu Żołnierza – wspomina. – Część pieniędzy od razu wydawałyśmy na talerz gorącej zupy, którą tam można było kupić. Ilekroć jestem w Szczecinie, ten plac kojarzy mi się z zupą.

Zakaz wyjazdu

Ojciec Renate też pracowal w stoczni, ale remontowej. Był brygadzistą, miał tłumacza. Dostał nawet odznakę przodownika pracy.
– Przez tę pracę ojca nie dostawaliśmy zgody na wyjazd do Niemiec – uważa Renate. – Stocznie potrzebowały fachowców. Co miesiąc chodziłam z ojcem do urzędu i słyszeliśmy to samo. Nie ma zgody na wyjazd.
Renate pracowała w ogrodnictwie na Gumieńcach i tam poznała Inge. Razem chodziły do Domu Kultury Niemieckiej, który znajdował się przy Wawrzyniaka. Działał od pięćdziesiątego trzeciego roku. Była w nim biblioteka, kółko taneczne, teatralne, plastyczne, chór. W dziesięć lat później, po wyjeździe Niemców ze Szczecina, został zamknięty.
-Ten dom stał się moim życiem – mówi z uśmiechem Renate. – Z czasem zaczęłam w nim pracować. Byłam świetliczanką, bibliotekarką. Do dziś pamiętam wspaniałą atmosferę. I do dziś przyjaźnię się z jego kierownikiem, mieszkającym w Szczecinie Stanisławem Lagunem. W tym domu poznałam mojego przyszłego męża, Hanza Jachow. Ślub wzięliśmy już w Niemczech.
W pięćdziesiątym siódmym Neumannowie dostali paszporty z wpisem „obywatelstwo nie ustalone”. Mogli opuścić Szczecin.
– Wtedy już nie chciałam wyjeżdżać, bo miałam tu koleżanki, ciekawą pracę – przekonuje Renate. – Ale tata tłumaczył, że jest to tymczasowe, że bez dobrej znajomości polskiego i wykształcenia nic nie osiągnę.

Polak i Niemka

W rodzinie Glazuw wszystkich utrzymywała Frida, mama Inge, która dostała pracę w porcie. Sprzątała, prała, dźwigała towary. Inge z siostrą chodziły do pobliskiej, niemieckiej szkoły. W domu bieda była straszna. Wkrótce zmarła babcia.
Mijały lata i któregoś dnia Inge poznała Franciszka Komana. Młodzi zakochali się w sobie, planowali ślub. Nie przeszkadzało im, że ona Niemka, a on Polak. Nie przeszkadzało, że początkowo rozmawiali na migi, bo on nie znał niemieckiego a ona umiała tylko parę słów po polsku. Frida od razu zaakceptowała przystojnego zięcia. Rodzina Franciszka początkowo trochę krzywo patrzyła na niemiecką synową, ale z czasem pokochali ją jak córkę. Na świat przyszła trójka chłopców.
W pięćdziesiątym siódmym Frida z córką Brigittą i dziadkiem opuściły Polskę. Inge postanowiła, że zostanie. Mąż nie chciał wyjeżdżać, na świecie było już dwóch synów. Przyjęła polskie obywatelstwo. Od paru lat pracowała w Stoczni Szczecińskiej.
– Zaczynałam w pięćdziesiątym drugim od czyszczenia cegieł pochodzących ze zburzonych stoczniowych budynków – wspomina. – Wokół ruiny a na pochylni stał pierwszy statek. To był „Czułym”. Pod koniec roku go wodowali. Tak po raz pierwszy w życiu zobaczyłam wodowanie. Potem tych wodowań były setki, bo ja w tej stoczni przepracowałam trzydzieści siedem lat, aż do emerytury. Pokończyłam różne kursy i najpierw byłam magazynierką a potem suwnicową. Moja suwnica przenosiła blachy na masowce, promy, statki szpitale, statki badawcze. Ta stocznia wszystko budowała.

Spotkanie po 25 latach

Przez cały czas Inge starała się o zezwolenie na wyjazd do Niemiec, chciała odwiedzić mamę i siostrę. Dopiero w 1982 roku dostała zgodę. Mąż napisał oświadczenie, że żona na pewno wróci. Został w Polsce z synami.
Pojechała aż do Ulm leżącego w Bawarii. To było pierwsze po dwudziestu pięciu latach spotkanie z matką i siostrą. Przez trzy dni płakały, a potem nie mogły się nagadać. Tak bardzo chciały nadrobić stracony czas. Po miesiącu Inge wróciła. A od tamtego czasu co dwa, trzy lata jeździ do Niemiec. Jeździłaby częściej, ale to takie kosztowne. A jest wdową i ma skromną emeryturę.
– Mama nigdy nie chciała do Szczecina przyjechać. Bała się przykrych wspomnień. Siostra odwiedziła mnie dwa lata temu. Najbardziej podobało jej się odbudowane, kolorowe Podzamcze.

Odzyskana młodość

Renate mieszka w Kolonii. Po raz pierwszy przyjechała do Szczecina w siedemdziesiątym czwartym. Wybrała się z mężem i synami.
– Chłopcy mieli dwanaście i czternaście lat – opowiada. – Chciałam zobaczyć jak najwięcej i jak najwięcej im pokazać. Ganiałam po tym mieście jak nieprzytomna.
Chłopcom Szczecin się nie spodobał, był upał, byli zmęczeni. Nie rozumieli fascynacji matki miastem szarym, zaniedbanym. Nigdy potem już nie chcieli tu przyjechać. Ale Renate była szczęśliwa. Zobaczyła miasto młodości. Spotkała się z koleżankami.
– Wszystko mi się podobało i podoba – mówi. – Ale dopiero od lat dziewięćdziesiątych, gdy zlikwidowano wizy możemy z mężem przyjeżdżać kiedy tylko zechcemy. Zachorowałam na Szczecin. Synowie, gdy widzą, że jestem przygnębiona mówią: „mamo, ty jedź do Szczecina, tam odzyskujesz młodość”. Coś w tym jest.

***

Od 1990 r. istnieje w Szczecinie Towarzystwo Społeczno – Kulturalne Mniejszości Niemieckiej. Skupia 350 osób. Są to mieszkający w Szczecinie Niemcy, którzy korzenie mieli na Wschodzie, Pomorzu, w Niemczech a ich losy poplątała wojna. Wspólnie obchodzą różne święta, uroczystości. W siedzibie towarzystwa są prowadzone lekcje języka niemieckiego i pogadanki o historii Pomorza. Śpiewa chór kobiecy „Sedina” i dziecięcy „Dzieci Szczecina”. Jest „Szczecińska Izba” z pamiątkami, obrazami i zdjęciami przedwojennego Szczecina.

Krystyna Pohl, Głos Szczeciński, 6 XII 2002 r.