Opublikowane przez sedina w IHiSM US – artykuły pracowników naukowych, Kultura i Sztuka, Publicystyka.

Tuż po wojnie do Szczecina zjeżdżali ocaleni Żydzi z różnych stron Polski. Jedni chcieli tam zostać, dla innych był to jedynie przystanek w drodze za granicę. W pierwszej połowie 1946 r. liczbę Żydów szacowano w mieście na ok. 31 tys., co stanowiło ok. 40% całej jego nowo przybyłej populacji.

Po pogromie kieleckim nastąpiła jednak przyśpieszona i masowa emigracja żydowskiej społeczności Szczecina. Szacuje się, że w ciągu kilku miesięcy miasto opuściło ok. 20 tys. osób, a dane z roku 1949 mówią o ok. 6,5 tys. Żydów zamieszkujących zachodniopomorską stolicę. Ci, którzy pozostali, jak również ci, którzy przybyli tu w okresie późniejszym, starali zorganizować swoje życie w sposób normalny. Wśród instytucji, które miały nad ową normalnością czuwać były w pierwszym okresie Wojewódzki Komitet Żydów w Polsce oraz Żydowskie Towarzystwo Kultury. Obie te instytucje, będące lokalnymi odgałęzieniami centralnych instytucji połączyły się w 1950 r. w Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce (TSKŻ). Organizacja ta w okresie stalinizmu na plan dalszy zepchnęła sprawy kulturalne, a zajęła się „wielką polityką”, ograniczając się do organizowania masówek o wyraźnym politycznym profilu i okolicznościowych imprez, niekoniecznie bezpośrednio związanych z historią polskich Żydów. Społeczność podchodząca początkowo w sposób nieufny do TSKŻ z czasem zaczęła spoglądać na nie przychylniejszym okiem. Podstawowym powodem tej zmiany była możliwość spotkania z językiem żydowskim, który poza towarzystwem był już zupełnie nieobecny.

Październik 1956 r. wzmocnił tę tendencję. Coraz słabiej maskowany antysemityzm części polskiego społeczeństwa powodował, że szczecińska organizacja żydowska stawała się bardziej hermetyczna. W tle tego wszystkiego coraz silniej zaczął być słyszalny głos nowego pokolenia – ludzi urodzonych w trakcie wojny lub krótko po niej. Młodzież ta różniła się wyraźnie od swoich rodziców. Przede wszystkim, obca jej była trauma holocaustu. Z myślą o młodych powołano więc w ramach TSKŻ sekcję młodzieżową, ale w krótkim czasie okazało się, że jej propozycja nie przemawiała do młodego pokolenia szczecińskich Żydów. Przywódcy organizacji byli tego świadomi, o czym przekonuje wypowiedź sekretarza oddziału TSKŻ, Izraela Białostockiego, który na łamach „Naszego Głosu” będącego lokalnym dodatkiem do „Fołks Sztyme” stwierdzał: „Czas dokonać rewizji pojęć starych o młodzieży. Dość „zaskorupienia” się klubów – ma być i miejsce dla młodzieży”. Ta i inne utrzymane w podobnym tonie wypowiedzi otwierały drogę do włączenia w działalność towarzystwa tak nietypowego na pierwszy rzut oka zjawiska jakim był zespół big-beatowy.

Jak w wielu opowieściach opowiadających o prehistorii polskiej muzyki młodzieżowej, wszystko zaczęło się od Radia Luxemburg, którego z wypiekami słuchała „mniej grzeczna” część nastolatków w Polsce. Jeden z członków zespołu, Franek Gecht, tak po latach wspominał popaździernikową atmosferę: „Polski Październik oznacza nie tylko zmiany polityczne, a też nową muzykę dla nas, nastolatków. Ojciec Mietka stracił pracę, Mietek zyskał za to bardzo nowoczesne radio „Undine”. Audycje „Radia Wolna Europa”, a szczególnie „Radia Luxemburg” wypełnione nową ciekawą muzyką zaczęły wypełniać nasz wolny czas. Zaczęliśmy od jazzu i szybko przeszliśmy na rock’n’roll. Nasi faworyci to Elvis, Paul Anka, Tony Steel, Conie Francis i Brenda Lee. W 1958 Włodek Faingold wyjechał do Kanady i przysłał stamtąd paczkę z płytami. Pojawił się zespół instrumentalny The Shadows, a później The Beatles i setki innych. Naśladowaliśmy ich wygląd zewnętrzny, ubrania i fryzury. Zaczęliśmy tańczyć inaczej. W 1959 uczymy się „lipsy” na kolonii w Srebrnej Górze. Starsze pokolenie kręci nosem”. Muzyka staje się coraz ważniejsza w ich życiu. Bezpośrednim impulsem dla powstania zespołu okaże się pobyt Mietka Klajmana na kolonii letniej w Pleniewie w 1961 r. Jej uczestnikami są również zaczynający muzyczną karierę łodzianie, Adam Hauptman i Marian Lichtman. Ten drugi stanie się za czas jakiś jednym z Trubadurów. Na razie obaj upewniają młodego Klajmana w tym, że rock’n’roll jest muzyką, która nie wymaga wielkich umiejętności i przy odrobinie dobrych chęci można szybko nauczyć się najprostszych melodii. Po powrocie z kolonii szczecinianin kupuje swą pierwsza gitarę i w myśl instrukcji nadsyłanych pocztą przez Hauptmana próbuje grać. Piłka nożna, która była dotąd pierwszą miłością Klajmana schodzi na plan dalszy, choć jeszcze do 1963 r. będzie on z powodzeniem grał w juniorach Pioniera Szczecin.

Do tego, aby stworzyć zespół muzyczny potrzeba jednak innych zapaleńców. Bardzo szybko do Klajmana znającego już sześć najważniejszych akordów dołączyli inni – Mietek Lisak, posiadający słuch absolutny i grający najpierw na akordeonie, a od 1962 r. na gitarze, a przede wszystkim Sioma Zakalik, który wyróżniał się tym, że jako absolwent Państwowej Szkoły Muzycznej potrafił czytać nuty. Choć jego szkolnym instrumentem były skrzypce, szybko porzucił je na rzecz perkusji. Po jakimś czasie, gdy do zespołu dołączył Józek Laufgas, obarczono go obowiązkami wokalisty i chyba z tego powodu uważany był na zewnątrz za lidera grupy, choć niekwestionowanym przywódcą w obrębie zespołu był Klajman. Do roli frontmana pretendowały Zakalika z pewnością warunki fizyczne, był jak przystało na młodzieżowego idola nad wyraz przystojny. Do zespołu szybko dołączył również grający na pianinie Kuba Ciring, który umiejętności muzyczne wyniósł z domu (jego matka była nauczycielką w szkole muzycznej) oraz Olek Kuperberg, który przyniósł do zespołu samodzielnie wykonaną gitarę basową. To mówi wiele o ówczesnych trudnościach, jakie stały przed zespołami „mocnego uderzenia”. Nie było instrumentów, nie było umiejętności, ale chęci ogromne.

Pozostało wymyślić nazwę. Stanęło na Następcach Tronów, która choć kojarzy się biblijnie nie ma ze świętymi księgami nic wspólnego. To zresztą, jak się zdaje, by nie przeszło, nie były to czasy, kiedy zespół grający ostrą muzykę mógł tak bezpośrednio nawiązywać do biblijnych inspiracji jak choćby współczesny 2Tm2,3. Nazwa zespołu wzięła się mianowicie z innej fascynacji kulturą zachodnią – kina. „Następcy Tronów” był tytułem włoskiego filmu, jaki na początku lat 60, gościł na ekranach polskich kin. Chłopakom przypadł on bardzo do gustu, a melodia z niego stała się oficjalnym sygnałem, czy jak chcą niektórzy, hymnem grupy. Zespół grał początkowo, tak jak i inne polskie big-beatowe zespoły, znane angielskie przeboje. Klajman wspomina po latach, że chyba jako pierwsi w Polsce grali „You really got me” z repertuaru The Kinks. Jak się okazuje dostęp do muzyki zachodniej był całkiem niezły. „Piosenki The Beatles graliśmy dwa tygodnie po ukazaniu się w Anglii” – twierdził założyciel grupy, a historyk zadaje sobie pytanie o szybkość przenikania wpływów zachodniej popkultury w obręb siermiężnej gomułkowskiej przestrzeni kulturalnej. O tym jak te wpływy były żywe świadczy olbrzymia ilość powstałych wówczas zespołów i wykonawców big beatowych. Triumfy święcili Czerwono-Czarni i Niebiesko-Czarni, a dwie edycje organizowanego w Szczecinie Festiwalu Młodych Talentów odkryły takie gwiazdy jak Czesław Niemen, Karin Stanek, Mira Kubasińska czy Tadeusz Nalepa. Warto zaznaczyć, że Następcy Tronów nie byli wyjątkiem wśród żydowskiej młodzieży. Podobne zespoły działały w innych miastach. W pamięci ówczesnych obserwatorów sceny muzycznej pozostały takie grupy jak łódzkie Śliwki czy wrocławskie Nastolatki. Członkowie tych grup spotykali się systematycznie na letnich obozach organizowanych przez TSKŻ.

c.d.n.

dr Eryk Krasucki