Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

Kapitan żeglugi wielkiej Konstanty Maciejewicz – wielka morska legenda… Nie, to nie okolicznościowy slogan. Już bowiem w 1917 r. znał go cały Petersburg. Jego nazwisko pojawiło się wówczas w prasie Europy i Ameryki. W latach dwudziestych, i później, uchodził za jednego z najlepszych na świecie znawców nawigacji żaglowcowej. W 1934 r. ruszył w najsłynniejszy z dotychczasowych rejsów polskiej bandery – wyprawę dookoła świata. Po II wojnie światowej organizował od nowa polskie szkolnictwo morskie. Przez dokładnie pół wieku był pierwszym z polskich kapitanów. Wykształcone w tym czasie pokolenia dowódców statków handlowych – to jego uczniowie. Stąd właśnie przydomek: kapitan kapitanów. Najdłuższy okres jego bogatego życia przypada na lata powojenne, które kapitan spędził w Szczecinie. Dwadzieścia pięć lat.

Urodził się 11 listopada 1890 r. w Niemirowie Podolskim. Ukochał te strony, był nimi nieustannie zafascynowany i w chwilach życiowych niepowodzeń czy zwątpienia wracał tam, przynajmniej myślą. Jego ojciec, Ludwik Matyjewicz-Maciejewicz był podpułkownikiem wojsk lądowych. Nawet fakt, że zawsze podkreślał swoje polskie pochodzenie nie przeszkadzał mu w awansowaniu. Wojskowe władze carskie uznawały jego wysokie kwalifikacje wojskowe i dowódcze.
Konstanty, podobnie jak jego dwaj starsi bracia, miał poświęcić się karierze wojskowej. Ukończył Korpus Kadetów w Połtawie, gdzie przed wybuchem wojny rosyjsko-japońskiej przeniesiono Ludwika Matyjewicza-Maciejewicza. Już wówczas Konstanty zdradzał nieprzeciętne zdolności do nauk ścisłych. Pasjonowała go technika i mechanika. Marzył o pracy konstruktora. Niestety, po śmierci ojca, który zginął na froncie najprawdopodobniej w okolicy Port Arthur, Konstanty mógł kontynuować naukę tylko w szkołach wojskowych. Koszty studiów innego typu były zbyt wysokie. Właśnie wtedy spotkał kolegę, który rozpoczął naukę w Morskim Korpusie w Petersburgu. Wspaniały marynarski mundur, perspektywa dalekich mórz i krajów, ciekawość poznawania statków i okrętów – wszystko to pociągało młodego Polaka. Wbrew woli matki, przy serdecznym wsparciu dyrektora Korpusu Kadetów, Maciejewicz pojechał do Petersburga. Poszczególne kursy kończył z najwyższymi ocenami. Zgłębiał wiedzę nawigacyjną i pasjonował się techniką okrętową. Już wtedy mówiono, że jest… zachłanny. Spragniony wiedzy, zawsze ciekawy nowinek technicznych, uparty w studiowaniu. Po zakończeniu nauki kierowano go na atrakcyjne okręty.
Najpierw pływał na pokładzie „Aurory”, a później służył na „Riuriku” – okręcie flagowym admirała von Essena na Morzu Bałtyckim. W czasie pierwszej wojny światowej uczestniczył w słynnym pojedynku z pancernikami „Roon” i „Augsburg”. Przypadek zrządził, że właśnie w 1915 r. ten świetny oficer marynarki Wojennej trafił na pokład… szkolnego szkunera żaglowego. Wyznaczając go na kapitana tej jednostki, przełożeni Maciejewicza wiedzieli, że z jego nazwiskiem wiąże się sumienność, fachowość, rzetelność i odpowiedzialność, cechy tak niezbędne w pracy na morzu. W latach 1915-1916 flota rosyjska przygotowywała się do wzmocnienia swych sił okrętami podwodnymi. Maciejewicz był jednym z pierwszych ochotników. Mimo już wówczas silnej nerwicy serca, otrzymał zgodę na pływanie podwodne w okresie wojny. W czerwcu 1917 r. wszystkie agencje telegraficzne przekazały w świat wiadomość o tragicznym wypadku, jakim było zatonięcie okrętu podwodnego AG-15 w pobliżu Hango. W owym czasie nie istniała praktycznie żadna szansa ratunku. Jednak dzięki postawie kapitana, jego wyobraźni, zdecydowaniu i odwadze, zdołało się uratować pięciu członków załogi pechowego okrętu. W trzy miesiące później, po powrocie z rekonwalescencji i urlopu Maciejewicz został dowódcą wyremontowanej AG-15. Był wtedy najsłynniejszym kapitanem floty Morza Bałtyckiego.
Po Rewolucji Październikowej wrócił do Połtawy. Zamierzał osiąść na roli. Ale natura oficera i specyfika czasu nakazały mu ruszyć do Sewastopola. Na jednym z okrętów ewakuującej się do Bizerty floty gen. Wrangla rozpoczął swoją wielomiesięczną podróż do Polski. Dotarł do Poznania, gdzie osiedlił się jego starszy brat. Stamtąd pojechał na Lubelszczyznę, gdzie w zaprzyjaźnionym majątku pracował w charakterze zarządcy. Nieustannie też zabiegał o ściągnięcie do Polski żony i syna – Konstantego, którzy pozostali w Połtawie. Słał listy do wielu przyjaciół na całym świecie. Korespondencyjnie odnalazł też Mamerta Stankiewicza, przyjaciela z czasów Morskiego Korpusu. Odnalazł go w… Tczewie, gdzie od 1920 r. istniała pierwsza polska szkoła morska, l lutego 1922 r. Maciejewicz rozpoczął tam pracę. Morskiemu szkolnictwu pozostał wierny do końca życia…
Uczestniczył we wszystkich pionierskich rejsach biało-czerwonej bandery, z których najsłynniejsza była pierwsza wyprawa przez równik do Brazylii w 1923 r. żaglowca szkolnego „Lwów”. Trzy lata później, jako najlepszy polski znawca nawigacji żaglowcowej, przyprowadził do kraju jednostkę szkolną Marynarki Wojennej ORP „Iskra”. Wkrótce został komendantem „Lwowa”. Dowodził żaglowcem w jego najciekawszych rejsach. W 1929 r. powierzono mu słynną Białą Damę Oceanów – fregatę „Dar Pomorza”. Po upływie kolejnych czterech lat, w 1934 r., zrealizował Maciejewicz marzenie swojego życia i wielką ideę entuzjastów polskiego morza – poprowadził „Dar Pomorza” w rejs wokół ziemskiego globu. Był wówczas człowiekiem znanym w wielu portach świata. Na wiadomość, że przybywa polski żaglowiec pod jego komendą schodzili się do portu widzowie, by podziwiać jak słynny „Macaj” – tak pisano – sfrunie do nabrzeża statkiem ze wszystkimi rozwiniętymi żaglami. Mówiono o nim także, że jest jednym z ostatnich morskich demiurgów. W czasie rejsów odczyniał na pokładzie tajemne misteria i czary. Świadkowie twierdzą, że rzeczywiście potrafił sprowadzić sprzyjający żegludze wiatr. Niczym szkwał przemierzał często statkowe zakamarki, uczestnicząc we wszystkich pracach pokładowych. Jego przeraźliwie donośny głos paraliżował uczniów ociągających się w pracy. Statek uznawał za ostatnie miejsce święte na ziemi opuszczonej przez Boga. Równie wiele energii poświęcał sprawom swoich podwładnych i wychowanków. Człowiek gołębiego serca – to częste określenie kapitana, jakie do dziś przypominają jego wychowankowie.
Był też Maciejewicz wielkim oryginałem, bohaterem setek morskich anegdot. Twierdził, że marynarz to pierwszy i najważniejszy człowiek na świecie. Musi umieć wszystko. Sam więc szył ubrania, robił buty, budował meble, remontował wszystkie mechanizmy. Nigdy jednak, niestety, nie naprawił zegarka, a to było jego życiową ambicją. Wieczorami spoglądał na swoje „statkowe królestwo”. Mrużył wtedy oczy, które kryły się za zawsze pogiętym daszkiem oficerskiej czapki.
W 1938 r. Maciejewicz zszedł na ląd. Pracował w szkole. Rok później został zastępcą dyrektora. We wrześniu 1939 r., po tragicznej śmierci kpt. Stanisława Koski kierował uczelnią.
W połowie września znalazł się z grupą profesorów w obozie koncentracyjnym w Stutthofie. W grudniu 1939 r. został zwolniony i pojechał do Warszawy. Tam krótko pracował w charakterze pomocnika murarskiego, ale na usilne prośby pierwszego dyrektora szkoły tczewskiej, Antoniego Garnuszewskiego, powrócił do Opola Lubelskiego i podjął pracę w tartaku.
W kilka dni po wyzwoleniu prasa lubelska informowała o wznowieniu pracy Ligi Morskiej. Reporter na pierwszym miejscu wymienił nazwisko kpt. Maciejewicza, który jako jeden z pierwszych zgłosił się do pracy. Kiedy na ulicach Gdyni dymiły jeszcze zgliszcza, on, sam jeden, przystąpił do odgruzowywania gmachu szkoły morskiej. Pracował od świtu do późnej nocy. Ci, którzy przyjeżdżali z wojennej tułaczki wspierali go, pracowali razem z nim, a ambicją wielu było, żeby usłyszeć z ust przełożonego pochwałę: Jesteś dobrym pracerzem!
Jesienią 1945 r. gdyńska Szkoła Morska rozpoczęła prace. Jej dyrektor był nadal niedościgniony w realizowaniu pomysłów mających na celu dostarczenie polskiej flocie kwalifikowanych kadr. A potrzeby były olbrzymie. Postanowiono więc utworzyć drugą szkołę kształcącą fachowców morskich – nawigatorów. Wybór padł na Szczecin. W reportażu z okazji dorocznego święta szkoły reporter gazety gdańskiej napisał: Dyr. Maciejewicz przeniósł się do polskiego Szczecina, jak to w jego stylu – na pionierską pracę u zachodnich rubieży.
Całymi dniami biegał po Szczecinie. Penetrował zasypane gruzem domy i ulice. Zdecydował wreszcie, że najlepszym gmachem na uczelnię morską będzie budynek przy al. Piastów. Obok zamierzał zorganizować internat dla uczniów i mieszkania profesorskie. Ogródki działkowe przy ul. Kordeckiego miały się stać zapleczem aprowizacyjnym szkoły. Narysował plany boiska, zbudował klasyczną ukraińską łaźnię, kazał zniwelować okoliczny teren, który przekorni uczniowie ochrzcili mianem „Wałów Macają”. Od połowy 1946 r. jeździł nieustannie między Gdynią, Szczecinem, a Warszawą. Forsował ministerialne gabinety, wymuszał decyzje i zdobywał fundusze. Jak sam wspominał – był to najbardziej aktywny okres jego zawodowej działalności. W listopadzie 1947 r. minister z najwyższym szacunkiem dziękował kapitanowi za jego pracę przy uruchomieniu szkoły szczecińskiej.
Wkrótce przysłowiowa kropla przelała się przez czarę. Czarę goryczy i zawiści. Wiele osób, niestety także kilku wychowanków kapitana, spowodowało, że jego dotychczasowy wielki entuzjazm osłabł, a miejsce satysfakcji z pracy wypełniła gorycz. Intrygi, pomówienia, wydumane zarzuty… Wreszcie padł „zarzut” według zawistników najważniejszy. Ponieważ kapitan nie był członkiem partii, nie mógł piastować tak ważnego stanowiska, jakim była funkcja dyrektora Szkoły Morskiej. Musiał więc Maciejewicz odejść. Zaproponowano mu jeszcze kilkutygodniowe rejsy na statku „Zew Morza” ze słuchaczami szkoły, ale po 1955 r. nie ponowiono już tej propozycji. W owym czasie Maciejewicz był już pracownikiem Polskiego Rejestru Statków. Wyłączył się całkowicie z życia społecznego.
Po 1956 r. znów mógł wypowiadać się pełniejszym głosem. Teraz interesowały go tylko kwestie związane z kształceniem kadr oficerskich. Z ministerstwa otrzymywał propozycje powrotu do szkolnictwa morskiego. Jako przedstawiciel ministra żeglugi popłynął wówczas Maciejewicz w rejs szkolny „Darem Pomorza”, by przedstawić raport o stanie morskiego doskonalenia umiejętności słuchaczy szkoły. Niestety, kapitan nie działał już tak żarliwie jak niegdyś. Reprezentował jeszcze ministra żeglugi w Izbie Morskiej, przewodniczył wszystkim komisjom, nawet próbował sił w działalności publicystycznej, lecz wszystko to – jak mówił – nie cieszyło go tak jak niegdyś. Czuł wielki żal, choć nigdy nikogo nie oskarżył.
I właśnie wtedy, w latach sześćdziesiątych ożyła pełnym blaskiem legenda o słynnym polskim kapitanie. Prasa przypominała epizody z jego bogatego morskiego życiorysu, znów śpiewano słynną żeglarską balladę Macaju, Macaju, z tobą było nam jak w raju…
Przydomek „kapitan kapitanów” pojawiał się w tytułach wielu artykułów. Opinie Maciejewicza decydowały o wielu posunięciach morskich władz oświatowych. Kapitan był w owym czasie także częstym gościem klubów i zakładów pracy. Wszędzie tam propagował ideę morską, zachęcał młodych ludzi do pracy na morzu, przekazywał egzaminującym kandydatów na kapitanów swoje doświadczenia.
W 1972 r. żeglarze szczecińscy imieniem słynnego kapitana ochrzcili swój jacht. W tym samym roku, nad mogiłą przyjaciela, kpt. Antoniego Ledóchowskiego, Maciejewicz powiedział, że teraz już kolej na niego. Był człowiekiem zmęczonym. Kilka tygodni wcześniej zmarła Olga Maciejewiczowa, jego nierozłączny przyjaciel i powiernik. Kapitan Konstanty Maciejewicz zmarł 25 listopada 1972 r.
Był jedną z najświetniejszych postaci w dziejach polskiej bandery. Jego wiedza i umiejętności przekazane uczniom i wychowankom to najwspanialsze dziedzictwo. W Szczecinie popularyzowaniem sylwetki Maciejewicza najpełniej zajmuje się młodzież ze Szkoły Podstawowej nr 56, noszącej imię „kapitana kapitanów”. O podobny zaszczyt ubiega się jedna ze szkół w Kołobrzegu. Jego imieniem nazwano drużyny harcerskie w Szczecinie i Nowej Hucie. Noszą je ulice w Gdyni i Szczecinie. W 1973 r. nazwę s/s „Kapitan Maciejewicz” nadano jednostce będącej siedzibą Liceum Morskiego w Szczecinie, a cumującej przez lata przy Wałach Chrobrego. Maszt z tego statku ma być i ustawiony przy wlocie Trasy Zamkowej do centrum miasta. Ta oryginalna forma pomnika ku czci słynnego kapitana będzie przypominała jego imię i dzieło każdemu, kto przybędzie do Szczecina.

Marek Koszur, Konstanty Maciejewicz 1890 – 1972. Kapitan kapitanów, [w:] Ku Słońcu 125. Księga z miasta umarłych, pod red. M. Czarnieckiego, Szczecin 1987.