Opublikowane przez sedina w Miejsca.

Powstało nieomal w szczerym polu na początku XIX stulecia. Rychło władzom, w tym także policji, zaczęło sprawiać wszelkie możliwe kłopoty. Choć wojna zmieniła wszystko, to – jak się okazuje – nie zmieniła opinii o Niebuszewie. Do dziś uważane jest za dzielnicę „złą”, jakby jakieś fatum wisiało nad tym miejscem.

– Mieszkałam na Niebuszewie od roku 1946, mniej więcej do 68-69. – mówi Róża Król. – Do dzisiaj dobrze wspominam tę dzielnicę. Nigdy nie spotkało mnie tam nic złego

Kaci i ofiary

– Początkowo mieszkaliśmy w oficynie, w dwupokojowym mieszkaniu z ubikacją (mieściła się na klatce schodowej), którą dzieliliśmy z drugą rodziną – opowiada Róża Król. Wtedy maleńkie dziecko, dziś szefowa szczecińskiego oddziału Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Żydów, wiosną 1946 r. przyjechała z rodzicami z Kazachstanu do Szczecina. Razem z tysiącem innych żydowskich rodzin zamieszkali na Niebuszewie.

– Później, jak Niemcy zaczęli wyjeżdżać, gdzieś około 1947 r., zaczęto rozgęszczać te domy – mówi. – Dostaliśmy się do frontowego mieszkania, ale także z ubikacją na klatce schodowej i wielką obfitością pluskiew pod tapetami. Były tam piękne poniemieckie meble, ale wszystkie musieliśmy spalić, bo tak były zniszczone przez korniki.

W pierwszych miesiącach po wojnie obok siebie zamieszkali zwycięzcy i pokonani, a jednocześnie ofiary i ich kaci: przyjeżdżające do stolicy Ziem Odzyskanych liczne żydowskie rodziny i niemieccy mieszkańcy miasta, którzy powrócili do Szczecina po przymusowej ewakuacji. Zarówno jedni, jak i drudzy osiadali w większości właśnie na Niebuszewie.

Jak obie strony znosiły to sąsiedztwo? Róża Król nie odpowiada wprost: – Ono było w pewnym sensie przymusowe – mówi. – Pociągi nie przyjeżdżały na dworzec główny, bo przecież most był zniszczony, tylko na Stołczyn i Niebuszewo. Poza tym ze względów bezpieczeństwa po pogromie w Kielcach w lipcu 1946 r. władze chciały skupić ludność żydowską w jednym miejscu, żeby dać jej możliwość obrony w razie napaści, bo takie pojedyncze przypadki się zdarzały. Może gdyby ludność żydowska była rozmieszczona nie tak zwarcie, byłaby bardziej narażona na akty agresji.

Róża Król nie przypomina sobie poważniejszych niemiecko-żydowskich czy żydowsko-polskich konfliktów. – Mieszkaliśmy w tych kamienicach razem: Niemcy, Żydzi i Polacy – opowiada. – Pamiętam, że Niemki przychodziły do prac domowych, prania czy przypilnowania dzieci. Język żydowski, jidysz, jest zbliżony do niemieckiego, więc nie było trudności w dogadywaniu się.

Obie nacje starały się szybko zaaklimatyzować się w nowych warunkach. Liczbę Niemców w tym czasie historycy szacują na kilkadziesiąt tysięcy. Przynależność państwowa Szczecina była wtedy jeszcze na tyle nieokreślona, że niemieccy mieszkańcy mogli mieć nadzieję, że miasto pozostanie w granicach Niemiec. Utworzyli nawet własny zarząd miejski funkcjonujący jako instytucja pomocnicza przy władzach radzieckich. Także ludność żydowska, jak podkreślają historycy, była dobrze zorganizowana. Miała własne miejsca pracy, szkoły podstawowe, organizacje społeczno-kulturalne, nawet własną prasę. I była liczna.

– Pamiętam, że w piątek wieczorem, kiedy zaczynało się święcenie szabatu, ul. Żupańskiego w dół i Słowackiego w lewo do kościoła pełna była ludzi i nie słychać tam było polskiej mowy, tylko jidysz – wspomina Róża Król.

Do 1949 r. istniał Wojewódzki Komitet Żydów Polskich w Szczecinie, później przekształcony w Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce.

Jeszcze teraz wielu starszych szczecinian nie powie o Niebuszewie inaczej niż „niemieckie” lub „żydowskie”. To ma mówić samo za siebie. Tymczasem zła sława dzielnicy uzasadniana jej „żydowską” lub „niemiecką” przeszłością to uproszczenie podszyte antysemityzmem i germanofobią. Korzenie złej opinii sięgają znacznie głębiej w historię – aż do samych początków tego miejsca.

Zabelsdorf i Grünhof

Dzielnicę tę na dwie części dzieli linia kolejowa: część północna (dziś os. Książąt Pomorskich) to Niebuszewo właściwe, część południowa – to dawne Bolinko.

Ta administracyjna nazwa, dziś prawie nieużywana, oznacza obszar, który całkiem niedawno znalazł się w kręgu zainteresowań historyków, architektów i konserwatorów zabytków jako szczególnie warty ochrony. Bo choć mieszkańcy os. Książąt Pomorskich mogą uważać, że mieszkają w „lepszej” części dzielnicy, zdaniem służb ochrony zabytków „lepszą” częścią jest część… „gorsza”, czyli Bolinko.

– To widać po architekturze, zupełnie innej niż np. Nowego Miasta – zwraca uwagę Ewa Kulesza, zastępca wojewódzkiego konserwatora zabytków. – Wynika to stąd, że kształtujące się pod koniec XIX w. dzielnice miały różny charakter. W przypadku Niebuszewa należy mówić o dzielnicy przemysłowo–mieszkaniowej.

Pierwotne Niebuszewo to Zabelsdorf, na północ od linii kolejowej. Bolinko – na południe – to Grünhof. O ile na północy już od XIII w. istniała wieś, południe było prawie niezamieszkane. Miało jednak pewien walor – wodę. Nad potokami przepływającymi przez Bolinko powstały młyny wodne: Miedziany, Słodowy i Lubschego. Jest to o tyle ważne, że gdy w XIX w. w związku z szybkim uprzemysławianiem się Szczecina do miasta zaczęli napływać robotnicy z okolicznych wsi, właśnie tu na niezamieszkanych terenach powstała dzielnica przeznaczona dla nich.

– Formalnie ten fragment miasta do Szczecina przyłączono w 1859 r. – precyzuje Bogdana Kozińska, kierownik Muzeum Historii Miasta Szczecina.

Próby ucywilizowania dzielnicy

Jednak początki osiedla sięgają 40 lat wstecz. Wówczas to niejaki Schleich, kupiec szczeciński, zrezygnował z użytkowania Miedzianego Młyna, którego był właścicielem od 1814 r. Widocznie zyski z produkcji nie były wystarczające, bo zdecydował się należący do tego młyna grunt podzielić na niewielkie parcele, a następnie sprzedać je napływającym w tym czasie rzeszom nowych mieszkańców podszczecińskich terenów.

– Był to okres, kiedy chłopi po uwłaszczeniu i „odwiązaniu” ich od ziemi zaczęli masowo przybywać do miast, w tym i w okolice Szczecina – mówi Bogdana Kozińska.

A ponieważ właśnie w tym miejscu stykały się granice administracyjne miasta i czterech wsi: Niemierzyna, Niebuszewa, Grabowa i Drzetowa, teren stał się kłopotliwy dla wszystkich.

– Granice administracyjne szybko się zatarły i nie było wiadomo, do kogo należy ten rejon, kto winien dbać o porządek, ulice, biednych, kto powinien egzekwować przepisy porządkowe, kto odpowiada za obowiązek szkolny dzieci – wylicza Bogdana Kozińska. – Wiadomo, że na takich terenach mnożą się elementy kryminogenne.

W III tomie „Dziejów Szczecina” prof. Włodzimierz Stępiński pisze: „W miejscowości tej [Bolinku – przyp. red.] jak w soczewce skupiły się demograficzne skutki rozwoju gospodarczego Szczecina, Bolinko przyciągnęło bowiem tylko napływową ludność, ale żadnego przemysłu czy rozwiniętego rzemiosła”.

Prof. Stępiński cytuje tutaj opinie urzędników regencji porównujących Bolinko do ubogich dzielnic Berlina, miejsc pobytu i ucieczki niechętnej podjęciu pracy łajdackiej hołoty, której wędrowniczy tryb życia zagrażał bezpieczeństwu publicznemu. „Trudno się więc dziwić, że i Szczecin, i okoliczne gminy jak najdalej odsuwały od siebie problem Bolinka z nadzieją, że kłopot spadnie na kogoś innego”. Ostatecznie jednak pod naciskiem władz państwowych Bolinko znalazło się w granicach administracyjnych Szczecina. Władze miasta postanowiły ucywilizować niesforną dzielnicę. Z miernym – jak się po latach okaże – skutkiem.

Od fabryki papy i asfaltu

Niemniej w wyniku tych działań do końca lat 20. XX w. w swojej dzielnicy mieszkańcy Niebuszewa mieli już wszystko, co potrzebne im było do życia.

Pracowali w firmach lokalnych lub sąsiadującym Grabowie i Drzetowie. Kilka browarów prowadziło jednocześnie działalność gastronomiczno-rozrywkową, w razie potrzeby można było skorzystać z opieki najlepszej w Szczecinie Kliniki dla Kobiet przy ul. Piotra Skargi lub pobierać nauki w Szkole Rzemiosł ulokowanej przy pl. Kilińskiego. Dzielnica obfitowała w zakłady rzemieślnicze i usługowe, dochodziły tu dwie linie tramwajowe, były dwa cmentarze i dwa kościoły. Pierwszymi ważnymi zakładami przemysłowymi, jakie tu powstały, była fabryka asfaltu i papy dachowej przy ul. Cyryla i Metodego, fabryka waty przy ul. Staszica oraz browary o wdzięcznych nazwach Elysium i Union. Ul. Niemcewicza nosiła nazwę Elysiumstrasse. Była to jednocześnie nazwa kompleksu rozrywkowo-gastronomicznego i browaru.

– Kolejny browar znajdował się przy Wyzwolenia, tam gdzie w tej chwili usytuowana jest poczta – dodaje Ewa Kulesza. Tam produkowano piwo Bock, również od strony ulicy naprzeciwko pl. Kilińskiego znajdował się lokal rozrywkowy o bardzo malowniczej architekturze, uwieczniony na wielu fotografiach. Natomiast zakładem, który rozsławił Szczecin, była firma Bernarda Stoewera, dziś Zakłady Mechanizmów Samochodowych „Polmo”. Stoewer produkował maszyny do szycia, rowery, samochody i produkty metalowe. Na Niebuszewie wybudował odlewnię żeliwa. Zakłady znajdowały się w rejonie ul. Niemcewicza i Krasińskiego.

– Te budynki zachowały się i zostały wpisane do rejestru zabytków miasta Szczecina – mówi Ewa Kulesza.

Świetny kawał architektury

Architektów do dziś zachwycają rozwiązania urbanistyczne Niebuszewa, choć nie była to dzielnica bogaczy, tylko pracowników najemnych i robotniczej biedoty. Ten obraz próbowano zmienić, projektując ul. Słowackiego: piękne kamienice z przedogródkami i przestronnymi mieszkaniami z widokiem na park i jezioro. Jeszcze dziś, wiele lat po wojnie, uroda tego miejsca pozostaje widoczna, choć – wydawać by się mogło – uległo ono całkowitej dewastacji. Tak jest niemal z całym starym Niebuszewem.

– Domy w tej dzielnicy niewiele się zmieniły – mówi Róża Król. – Jeśli tak, to tylko na gorsze. A były tam miejsca naprawdę przepiękne: np. ul. Słowackiego, gdzie przed każdym domem były ogródki z magnoliami. Dosyć długo stał przy niej młyn wodny. Niestety nie pamiętam, kiedy go rozebrano. Było tam składowisko lodu. Nie było jeszcze chłodni ani lodówek, więc radzono sobie w inny sposób: z jeziora Rusałka wyrąbywano tafle lodu, zasypywano je trocinami i te kostki lodu były przechowywane do późnego lata. To była duża atrakcja dla dzieci. Potem także to składowisko rozebrano.

– Na ul. Słowackiego wręcz próbowano stworzyć taki fragment zabudowy, który byłby przeciwwagą dla robotniczych osiedli Niebuszewa – dodaje Bogdana Kozińska. – Ale niezupełnie się to udało.

Irena Kukla, architekt ze Studia A4, zwraca uwagę, że dziś pojęcie zabytku bardzo się rozszerzyło. Nie tylko obiekty i zespoły XIX-wieczne, ale już XX–wieczne zaczynają w naszych oczach zasługiwać na to miano. Tak jest na przykład z zespołem zabudowy osiedlowej o charakterze pasmowym, która w latach 1926-1929 powstała na terenie Niebuszewa-Bolinka, w granicach ulic Niemcewicza, Naruszewicza, Krasińskiego i Orzeszkowej.

– To były zamknięte kwadraty ulic, z przepięknymi ogrodami, basenami przeciwpożarowymi, małą architekturą… Później zdewastowano to wszystko, wybudowano jakieś garaże. Widzę, że teraz zaczyna się trochę dbać o te miejsca, ale jeszcze niewiele te zabiegi zmieniają – wspomina Róża Król.

– Ulice Asnyka, Boguchwały, rejon ul. Karpińskiego, Reja, Rodziewiczówny z tymi przejściami, zieleńcami wewnętrznymi, zróżnicowaniem wysokości terenu i alejowymi nasadzeniami to rozwiązanie niepowtarzalne – przyznaje Bogdana Kozińska. – Gdyby o nie zadbać, tak jak na to zasługują, to rzeczywiście byłaby to architektura wysokiej klasy.

Osiedle zostało wyposażone w cały szereg nowinek technicznych, takich jak piecyki gazowe, pralnie w piwnicy, centralne ogrzewanie.

– Domy zostały zaprojektowane dla ludności średniozamożnej, ale i robotniczej, czyli niebogatej – mówi Irena Kukla. – A jednak jest to świetny kawał architektury i urbanistyki. Nie tylko w skali lokalnej, ale i całego miasta, a nawet w skali całych Niemiec. Było to przecież jedno z pierwszych osiedli, które zostały kompleksowo pomyślane, zaprojektowane, włącznie z kształtowaniem pierzei ulic, wnętrz kwartałów, małej architektury, zieleni o charakterze ogrodowo-parkowym. I wtedy, i dziś tworzy ono ciekawą i przemyślaną całość.

Irena Kukla jako przykłady ciekawej zabudowy na Niebuszewie wymienia: zespół dworca kolejowego, zespoły szkół przy ul. Niemierzyńskiej oraz Cyryla i Metodego czy Racibora, kościół przy ul. Słowackiego, pocztę przy al. Wyzwolenia, pozostałości zabudowy willowej przy ul. Słowackiego oraz zespoły zieleni, w skład których wchodzą dwa dawne cmentarze: Niemierzyński i Grabowski.

Kto mógł, uciekał stąd

Niestety ani budowa bogatych kamienic przy ul. Słowackiego, ani osiedla przy Niemcewicza i Naruszewicza nie zmieniły charakteru dzielnicy i opinii o niej. Zdaniem Bogdany Kozińskiej to właśnie jej mieszkańcy i zła opinia powodowały, że na Niebuszewie właściwie nie zakładano prestiżowych firm.

– Nie było dużych sklepów, tylko malutkie „dziurki” – mówi Bogdana Kozińska. – Mimo tych kilku prób: doprowadzenia linii tramwajowej, otwarcia nowych budynków dworca kolejowego w 1927 r., oraz pięknie zaprojektowanej zieleni miejskiej cały czas przeplatały się tam takie kontrasty. I myślę, że po wojnie było tak samo. To, kto tam zamieszkał i jak mieszkał, zdominowało charakter dzielnicy. Wydaje mi się, że jakieś – nie chciałabym powiedzieć – fatum, ale zły omen ciąży nad tą okolicą.

A mieszkało się niekoniecznie najlepiej. Zgodnie z tym, co mówi Róża Król, w jednym mieszkaniu żyły trzy-cztery rodziny. Jedna rodzina – jeden pokój. Często były one bardzo biedne, wielodzietne, patologiczne. Dochodziło do różnego rodzaju scysji i awantur na tle sąsiedzkich nieporozumień. Tak było również w tych wielkich frontowych mieszkaniach przy ul. Słowackiego i Żupańskiego.

W czasie, kiedy rozwinęło się budownictwo spółdzielcze, osoby lepiej sytuowane uciekały z Niebuszewa, a ich miejsce zajmowały następne najbiedniejsze rodziny.

– Być może w ten sposób powstawał jakiś zamknięty krąg, bez wyjścia zarówno dla ludzi, jak i dzielnicy – zastanawia się Róża Król.

Na skalę człowieka

Bogdana Kozińska zwraca uwagę, że dziś bardzo trudno uzmysłowić sobie, jak Niebuszewo wyglądało naprawdę.

– Obecnie wyobrażamy sobie całą dzielnicę na podstawie kilku enklaw ocalałych po alianckich nalotach dywanowych i właściwie nie zdajemy sobie nawet sprawy, co było kiedyś w rejonie ulic Staszica, Gołębiej i innych granicznych uliczek – podkreśla Kozińska. – Mówimy o dominującym charakterze przemysłowo-robotniczym tego rejonu, ale właściwie tej architektury już nie ma. Ona się nie zachowała, bo cała okolica, spustoszona przez bombardowania w czasie wojny, została zabudowana w latach 70. nowymi budynkami.

– Powstała nowa zabudowa blokowa, punktowa, wieżowce 11-kondygnacyjne, garażowiska, które w ogóle nie powinny były powstać, ale ze względów oczywistych są i będą jeszcze długo – przyznaje Irena Kukla. – Problem jest o tyle trudny, że część terenu jest zabudowana w sposób na tyle trwały, że w najbliższym czasie nie ma możliwości zmiany.

A Ewa Kulesza dodaje: – Proszę porównać te nowe osiedla, gdzie są punktowce stawiane w tak zwanym układzie grzebieniowym. To nie są osiedla do mieszkania, do życia. Są nieprzytulne, obce, hula po nich wiatr. A te XIX-wieczne dzielnice, kształtowane na zasad zie tradycyjnych układów urbanistycznych, czyli ciągi uliczne, zwarte pierzeje, szerokości, odległości – wszystko to jest na skalę człowieka. W tym się człowiek po prostu dobrze czuje i żyje – od średniowiecza po wiek XX.

Anna Kafel, Gazeta Wyborcza, 29 XI 2002 r.