Opublikowane przez piotr_now w Szczecinianie.

To właśnie dziś przypada kolejna rocznica jego śmierci – Wielkiego Człowieka, który dla przemysłu stoczniowego w powojennym Szczecinie zrobił bardzo dużo. To On razem z pierwszymi stoczniowcami rozpoczął budowę „Czułyma”, pierwszego statku zbudowanego w Naszym Mieście.

Jak mówią ludzie, którzy go znali:
Wspaniały człowiek. Ile on siły i energii włożył w sukcesy stoczni, wie tylko on sam i ludzie, którzy prawie każdego dnia mieli okazję widzieć go na terenie stoczni, wśród pracowników. Nienawidził kłamstwa…
To był człowiek, który umiał do ludzi trafić, bo miał serce do ludzi…
– mówił jeden z pracowników stoczni, gdy w połowie 1950 roku, Henryk Jendza objął stanowisko dyrektora stoczni.
Sam o sobie zaś mawiał: Potrafię przeprowadzić prawidłowo zebranie partyjne, ale jak buduje się statki, tego nie wiem.

Jednak Dyrektor chciał wiedzieć dużo, dużo więcej. Można było Go spotkać w różnych księgarniach i antykwariatach. Szukał wydawnictw, które opisywały budowę statków. Jednak nie miał zadania łatwego. Wyszukiwał niemieckich pozycji, sprowadzał skąd tylko to było możliwe wydawnictwa angielskie, ratował się także literaturą rosyjską. Wiadomym było, że nader wszystko stoczni będą pomagać radzieccy specjaliści. Do tego wszystkiego, jakby było mało, swoją wiedzę zmuszony był poszerzać o informacje związane z budową pochylni, w między czasie wykłócał się o regularny spływ dokumentacji statku, którego położenie stępki zaplanowano na sierpień 1951 roku. Trzeba zaznaczyć, iż miała to być pierwsza stępka położona w Szczecińskiej Stoczni. No i w końcu 18 sierpnia 1951 roku na pochylni „Odry” położono z wielką pompą stępkę pod pierwszy statek pełnomorski. W zgiełku marszów i przemówień nie zauważono, że stępkę położono w odwrotnym kierunku. Jak później opowiadał mistrz Wierzbicki, niektórzy zastanawiali się czy faktycznie jest jakiś błąd w położeniu stępki, bo zdawało się im, że statek powinien spływać z pochylni dziobem.
Zgodnie z polskim zwyczajem tak poważna uroczystość wymagała, by ją uczcić. Przytachano skądś kilka butelek spirytusu, rozcieńczono wodą, zaczęto oblewać sukces. Wierzbicki opowiadał później redaktorowi „Kuriera Szczecińskiego”, że po każdym wypitym kieliszku skracano termin wodowania. Mało brakowało, by wodowanie doszło do skutku w dzień od położenia stępki.
Mimo iż sytuacja w ówczesnej Stoczni Szczecińskiej wymagała wytężonej pracy i ogromnego poświęcenia każdego z pracowników, nie brakowało na jej terenie humoru, humoru skierowanego oczywiście pod adresem Henryka Jendzy. Otóż dzień wcześniej niż zaplanowano, w tajemnicy przed Dyrektorem, położono kolejną stępkę pod pierwszy z serii dziesięciotysięczników. Przygotowano dosłownie wszystko w niedzielę. Nawet wianek… Wykonano telefon do Dyrektora. Henryk Jendza usłyszał w słuchawce głos jednego z pracowników:
– Dyrektorze, szybko do stoczni !!!!
Jak się później okazało, Dyrektor podczas drogi do stoczni, był święcie przekonany, że na terenie zakładu doszło do wypadku…
Jakież było jego zaskoczenie, gdy ujrzał położoną stępkę. Po wodowaniu „Janka Krasickiego”, którego stępkę dzień przed zaplanowanym terminem położono, dyrektor Jendza podszedł do pracowników, ścisnęli sobie ręce, potem złapali „za bary”. Nie dzieci przecież, a łzy w oczach mieli … łzy satysfakcji, że racja po ich stronie, że noce spędzone na pochylniach nie poszły na marne.





Zaś Henryk Jendza swą wiedzę i doświadczenie zdobywał ciężką pracą. Urodził się w Wilnie, 13 października 1921 roku, a śmierć zabrała go nagle 26 lipca 1962 roku Z wykształcenia technik-mechanik. Dyrektorem Stoczni Szczecińskiej był w latach 1950 – 1962. W latach wojny pracował przy montażu silników lotniczych, później jako maszynista kolejowy. Do Szczecina przybył w 1946 roku. Pracował na początku w UW, następnie w Zakładach „Ursus”. Od 1948 roku był dyrektorem Miejskich Warsztatów Samochodowych. W 1950 roku decyzja rządową o rozpoczęciu produkcji statków handlowych został mianowany dyrektorem stoczni. Uważany jest za budowniczego zrębów polskiego przemysłu stoczniowego w Szczecinie. Zmarł nagle. Jest wiele spekulacji na temat jego śmierci, a prawda, o której zbyt chętnie się nie mówi, jest tylko jedna. Jak mówią świadkowie tamtych czasów:
Mało kto w ówczesnej Polsce miał taki pogrzeb. W samym Szczecinie na pewno nie było wtedy drugiej takiej osoby, którą z takimi honorami by żegnano. Gdy początek konduktu pogrzebowego znajdował się na wysokości dzisiejszego CH GALAXY, to niech mi pan wierzy, jego koniec znajdował się na terenie stoczni jeszcze…. Jego ciało spoczęło na Cmentarzu Centralnym. Smutne jest tylko to, że mogiła Wielkiego Budowniczego Statków wygląda na opuszczoną, na bardzo zaniedbaną.





Czyżby nikt już o nim nie pamiętał?