Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

Mieszkał przy ul. Jagiellońskiej 10 w secesyjnym domu zbudowanym na przełomie XIX i XX wieku. Miał duże mieszkanie na trzecim piętrze, z balkonem, z którego rozpościerał się widok na nie zniszczone centrum Szczecina, na plac Zamenhofa. Tu spotykaliśmy się często, by dyskutować o interesujących nas problemach historii i współczesności Pomorza Zachodniego.

Miał wielką bibliotekę złożoną z książek pisanych w wielu językach. Ale może ciekawsze były zbiory dokumentów, które gromadził, bo były mu potrzebne nie W jego pracy zawodowej, a w przygotowywaniu publikacji i prelekcji związanych z miastami i wioskami Obszaru ujścia Odry. Czytał bardzo wiele i prowadził kartotekę, w której odnotowywał to wszystko, co uważał za istotne, potrzebne „na teraz” i w przyszłości. Szczególnie interesowała go onomastyka. Znał wszystkie ważniejsze źródła, które wymieniały dawne słowiańskie nazwy osad na Pomorzu Zachodnim. Umiał je analizować i wyprowadzać genezę nazwy. Przypominam sobie dyskusję nad nazwami niektórych miejscowości położonych w okolicy Szczecina, jak to się wówczas mówiło w powiecie weleckim. Wyjaśniał zebranym, że wieś Karwowo wskazuje na to, że kiedyś znajdowały się tam książęce obory z krowami, bowiem, nazwa wywodzi się od krowy. Dialekt pomorski zaliczyć należy do języka polskiego, ale przecież były różnice w wymowie poszczególnych słów: między Słowianami mieszkającymi nad Wartą i przy ujściu Odry. Polanie mówili „wrona”, natomiast Pomorzariie tego samego ptaka nazywali „warna”. I stąd na wyspie Wolin jest wieś War nowo. Tego wszystkiego Czwójdziński nauczył się od księdza kanonika Stanisława Kozierowskiego (1874-1949), profesora Uniwersytetu Poznańskiego, onomasty, twórcy mapy nazw Słowiańszczyzny Zachodniej. Tymi mapami posługiwały się władze i nasi osadnicy, gdy w 1945 r. przybywali na Pomorze Zachodnie. Nic więc dziwnego, że gdy we wrześniu 1945 r. Czwójdziński zorganizował w Szczecinie Kongres Onomastyczny, wśród uczonych znalazł sią kanonik Stanisław Kozierowski i to on otworzył uroczyście ten pierwszy na tych ziemiach, po wojnie, zjazd naukowy. Czwójdziński z pietyzmem przechowywał wszystkie dokumenty i protokoły związane z tymi naradami. Zainteresowania Bolesława Czwójdzińskiego nie ograniczały się jedynie do historii i onomastyki. Można by powiedzieć, że żył wszystkim, co na Pomorzu Zachodnim było słowiańskie i polskie. Ale i współczesność nie była mu obojętna. Już wówczas doceniał znaczenie i piękno budownictwa secesyjnego, a przecież w latach pięćdziesiątych tego typu budynkami raczej gardzono. Dostrzegał urodę każdej wieżyczki, ozdobnych stiuków, portali, spadzistych ceramicznych dachów na wypalonych domach. Ostro protestował, gdy w Wolinie rozpoczęto rozbiórkę ruin katedry pamiętającej czasy Bolesława Krzywoustego. Wysłał wówczas telegram – niestety bezskuteczny – do ministra kultury i sztuki, żądając wstrzymania prac. Interesowała go odbudowa szczecińskiego Starego Miasta. Wiódł długie spory z architektami, domagając się zmiany planu zabudowy północnej pierzei ulicy Dworcowej.
Współpracowaliśmy z sobą ponad dwadzieścia pięć lat. Poznaliśmy się w 1945 r. Ostatni raz rozmawiałem z Czwójdzińskim w lipcu 1972 r. już w szpitalu kolejowym przy al. Wyzwolenia. Był jeszcze w pełni sił umysłowych. Dyskutowaliśmy o nazewnictwie miejscowości na wyspach Uznam i Wolin. Kilkanaście dni później żegnałem go już na cmentarzu Centralnym mową pogrzebową wygłaszaną z ramienia Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Turystyczno – Krajoznawczego.
Szczecin pamiętał o jego dorobku. Na przedmieściu Płonią jest ulica jego imienia (obok ulic: Mieczysława Orłowicza i alpinisty Stanisława Grońskiego). Oddział szczeciński PTTK ufundował w Szczecinie na placu Lotników brązową tablicę ku jego pamięci.
Bolesław Czwójdziński był synem Wojciecha i Klementyny z domu Żarnowskiej. Urodził się 27 maja 1901 r. w Gostyniu koło Poznania, w patriotycznej rodzinie, w której pielęgnowano polskie tradycje powstań, ale i pracy organicznej. Do szkoły podstawowej, jeszcze niemieckiej, chodził w Lesznie, w zaborze pruskim, a języka polskiego i historii uczył się m. in. na tajnych kompletach. Następnie uczęszczał do szkoły budowlanej, gdzie świetnie opanował rysunek techniczny oraz do Państwowej Szkoły Sztuki Zdobniczej w Poznaniu. Od 1927 r. związał się z kolejnictwem. Przed II wojną światową pracował w Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w Poznaniu, w wydziale ruchu jako starszy asesor, potem referendarz. Gdy w 1945 r. wojna przeniosła się na Pomorze Zachodnie, a Polski Związek Zachodni rozpoczął organizowanie ekip osadniczych dla poszczególnych powiatów ziem nadodrzańskich, Czwójdziński wysunął jako sprawę pilną zagadnienie ustalenia polskich nazw stacji kolejowych na wyzwalanych terenach.
7 kwietnia 1945 r. odbyło się w Poznaniu pierwsze posiedzenie Komisji dla spraw Przywrócenia Nazw Słowiańskich na Przyodrzu. W zebraniu tym wzięli udział wybitni polscy historycy i onomaści, między innymi prof. Zygmunt Wojciechowski – dyrektor Instytutu Zachodniego, prof. Stanisław Kozierowski, prof. Mikołaj Rudnicki i inni.
Zgodnie z podjętymi wówczas uchwałami Czwójdziński objechał wszystkie czynne linie kolejowe i przystąpił do rysowania mapy połączeń kolejowych oraz do opracowania katalogu polskich nazw stacji na obszarze działania Dyrekcji Kolei Państwowych w Szczecinie (katalog ten, niestety, nigdy się nie ukazał drukiem). By być bliżej interesujących go zagadnień, przeniósł się do Szczecina, gdzie w dniach 11 – 13 września 1945 r. zorganizował Kongres Polskich Onomastów.
W Szczecinie rozwinął wszechstronną działalność, wiążąc się z licznymi organizacjami naukowymi i społecznymi. Był członkiem Polskiego Towarzystwa Archeologicznego i Polskiego Towarzystwa Historycznego, w którym przez pewien czas pełnił funkcję sekretarza. Ale najsilniejsze więzy łączyły go z Polskim Towarzystwem Krajoznawczym i późniejszym Polskim Towarzystwem Turystyczno – Krajoznawczym. Zwracał uwagę na turystów, szczególnie młodzież, zwiedzających Szczecin i jego okolice. Brakowało przewodników i bazy noclegowej. I wówczas z jego inicjatywy zorganizowany został w Szczecinie pierwszy kurs przewodników po mieście. Czwójdziński postanowił też zagospodarować na potrzeby młodzieżowego ruchu turystycznego i wędrujących krajoznawców, zdewastowany gmach dawnego hotelu „Victoria” przy placu Batorego 2. Pomysł był dobry, ale trudny w realizacji ze względu na brak pieniędzy, materiałów budowlanych itp. Gdy wreszcie zaczęto prace remontowe okazało się, że np. roboty szklarskie wykonane w dzień są niszczone w nocy. Wówczas pan Bolesław (wraz z żoną zmarłą w 1985 r. i pochowaną w tym samym grobie), przeniósł się do remontowanego budynku, by osobiście pilnować dzień i noc realizowanej inwestycji. Dzięki temu posunięciu dziesiątki tysięcy młodych krajoznawców z całej Polski mogło nie tylko zwiedzić miasto, ale odpocząć (na słomie, bo takie było pierwsze wyposażenie) i wypić szklankę herbaty w uruchomionej kuchni.
W następnych latach powstały schroniska w Świnoujściu, Międzyzdrojach i Dziwnowie – także dzięki operatywności Czwójdzińskiego, który w tych osadach powoływał równocześnie koła i oddziały PTTK, ustalał trasy objazdowe, dbał o ich zagospodarowanie.
Pisał i publikował swoje przyczynki do dziejów Pomorza Zachodniego, ciekawych obiektów dawnej architektury itp. Materiały opracowane popularnie – czasem z rysunkami lub mapkami – zamieszczał w „Kurierze Szczecińskim” i „Głosie Szczecińskim”, a także w kolejowym czasopiśmie „Nowe Tory”. W ten sposób upowszechniał wiadomości o przeszłości Nadodrza wśród szerokich rzesz społeczeństwa. Było tych większych i mniejszych publikacji około stu.
Szczególnie interesowały go ocalałe na klifowym brzegu morskim ruiny kościoła w Trzęsaczu. Przypominam sobie, jak wspólnie gdzieś koło 1946 r., dotarliśmy do tej miejscowości. Ja zbierałem wówczas materiały do przewodnika po Pomorzu Zachodnim. Czwójdziński natomiast, postanowił opracować broszurę o Trzęsaczu. Patrząc na zachowane resztki murów byliśmy przekonani, że w ciągu najbliższych pięciu, najdalej dziesięciu lat Bałtyk je pochłonie i pozostanie jedynie legenda o dawnej świątyni. Myliliśmy się… Pan Bolesław w 1959 r. opublikował dzięki pomocy PTTK swoją broszurę „Ginący Trzęsacz”. Jest to dotychczas jedyna większa polska praca na ten ciekawy temat.
Opracował mapę województwa szczecińskiego zawierającą wszystko, co powinno interesować turystę wędrującego po obszarach ujścia Odry. Mapa w formie plakatu ukazała się w 1966 r. W Polskim Towarzystwie Turystyczno – Krajoznawczym działał w wielu komisjach specjalistycznych. Pomagał w różnej formie wielu placówkom krajoznawczym. Był przewodnikiem. W ciągu swego życia oprowadził około 1500 wycieczek po Szczecinie i Pomorzu Zachodnim. Ponieważ znał język niemiecki, oprowadzał liczne wycieczki zagraniczne. Czasem w czasie takich spotkań dochodziło do spięć i polemik, szczególnie gdy udowadniał słowiańską przeszłość ziem nadodrzańskich, z czym nie zawsze godzili się słuchacze. Pan Bolesław doskonale znający literaturę z tego zakresu przytaczał wypowiedzi uczonych, również niemieckich, potwierdzających pobyt słowiańskich plemion na Pomorzu Szczecińskim. Pomocna była mu w tej dziedzinie również onomastyka. Przytaczał przykład nazwy miasta Kamienia, która brzmiała po niemiecku Cammin, ale nie była przez Niemców zrozumiana, trzeba ją było przetłumaczyć im na Steinburg. I to samo dotyczy – dodawał – około 90 procent niemieckich nazw miejscowości Pomorza Zachodniego.
Wiele wędrował, chcąc dokładnie poznać wsie i miasta zachodniopomorskie i znajdujące się w nich zabytki architektury, budownictwa ludowego i przyrody, Często jeździliśmy razem. Pamiętam wyprawy rowerowe do Buku i Dobieszczyna prowadzące szosą wzdłuż granicy przez rozległe obszary Puszczy Wkrzańskiej, z Chojny w okolice Siekierek i Czelina i dalej, aż do prawie całkowicie zniszczonego Kostrzyna przy ujściu Warty do Odry.
Zatrzymywaliśmy się w każdej osadzie, a pan Bolesław wszędzie robił notatki, które następnie w domu nanosił do swej kartoteki. Takie wyprawy dawały materiał do interpelacji na posiedzeniach komisji WRN dotyczących stanu np. dworów wiejskich i przylegających do nich parków. Wiele wartościowych, zabytkowych budowli chyliło się ku upadkowi, a różnego rodzaju interwencje na ogół niewiele pomagały, bo brak było zupełnie zrozumienia dla tych zagadnień. Czwójdziński nie tylko czynił notatki, ale również wykonywał szkice tak zwanego stanu istniejącego, niekiedy – gdy czas na to pozwalał i zabytek był szczególnie ważny np. w Trzęsaczu – dokonywał szczegółowych pomiarów położenia, wysokości ścian itp.
Gdy przeszedł na emeryturę pełnił funkcję przewodniczącego komitetu blokowego i opiekuna społecznego. Żadna sprawa związana z ludzką niedolą nie była mu obojętna. Nic więc dziwnego, że jego pogrzeb zgromadził na cmentarzu Centralnym nie tylko przewodników i działaczy krajoznawczych, ale także tłumy kolegów – kolejarzy i wielu innych ludzi, którzy go znali i szanowali za jego wszechstronną działalność.
Często mówi się o pionierach, którzy zagospodarowywali w trudnych powojennych latach nasze Ziemie Zachodnie. To określenie niewątpliwie przysługuje również Bolesławowi Czwójdzińskiemu, ale pamiętać trzeba, że zakres jego pionierskiej działalności był szczególnie szeroki. Z Wielkopolski do Szczecina przybył człowiek, który to osadnictwo wybrał z własnej woli. Uważał za swój obowiązek upowszechnianie wiedzy o krainie, której dzieje znał i kochał.

Cz. Piskorski, Bolesław Czwójdziński 1901 – 1972. Krajoznawca wszechstronny, [w:] Ku Słońcu 125. Księga z miasta umarłych, pod red. M. Czarnieckiego, Szczecin 1987.