Opublikowane przez Bachinstitut w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Podczas promocji wydawnictw niemieckich w księgarni Ossolineum rok temu przyprowadzono mi siwego i niezwykle pogodnego starszego pana, poszukującego zdjęć ulicy, na której mieszkał przed wojną. Chodziło o Paradeplatz (al. Niepodległości). Tak poznałem Uwego – przedwojennego mieszkańca Szczecina. Szybko nawiązała się między nami serdeczna znajomość, która zaowocowała jego licznymi wizytami w Szczecinie. (Właśnie dzięki Uwemu zostaliśmy też później zaproszeni do Lubeki na Stettiner Tage – Dni Szczecińskie w roku 2005 i na spotkanie w Haus Stettin w lutym 2006.) W trakcie rozmów szybko okazało się, że nie tylko przeżył on wojnę w Szczecinie, ale i był mimowolnym świadkiem bombardowań miasta. Uświadomiłem sobie, że choć historia, którą opowiadał, nie była w kontekście tamtych czasów niczym szczególnym, dziś jednak nabiera dla nas – Szczecinian zupełnie innego wymiaru. Oto on, będąc jako dziecko niezamierzonym świadkiem tragedii, opowiadał z detalami historie, które przed ponad sześćdziesięcioma laty rozgrywały się podczas nalotów w miejscach, po których dzisiaj chodzimy, zupełnie tego nie będąc świadomi. Od samego początku powziąłem postanowienie, by jakoś utrwalić owe niezwykłe historie. O szczegółach tamtych zdarzeń rozmawialiśmy nierzadko przez wiele godzin, oglądaliśmy wspólnie zdjęcia lotnicze i plany. Odbyliśmy kilka wizji lokalnych w samym miejscu zdarzeń. Celem weryfikacji tych detali, których Uwe nie był pewien, które pamiętał jedynie z opowiadań jego matki, lub co do których sam miałem wątpliwości. Udało mi się także zejść z nim do zachowanych piwnic Domu Towarowego Braci Horst „Warenhaus Gebrüder Horst”, w których Uwe przeżył pierwszy nalot. Podczas naszego ostatniego naszego spotkania w maju 2006 roku spisałem jego przeżycia. Walory literackie nie miały tu specjalnego znaczenia – chodziło wyłącznie o utrwalenie faktów. W nawiasach kwadratowych sam dodałem jedynie niezbędne wyjaśnienia potrzebne do zrozumienia tekstu.

Oto jego wspomnienia:

Do 1944 roku mieszkałem z rodzicami w jednym z najbardziej eleganckich, prestiżowych miejsc w Szczecinie, na Paradeplatz 18 [al. Niepodległości]. Budynek ten stał pomiędzy nowoczesnym budynkiem Domu Towarowego Braci Horst „Warenhaus Gebrüder Horst” przy Paradeplatz 19-21 [wybudowano go w roku 1926; po wojnie mieścił się tam „Odzieżowiec”, dziś „Dom Handlowy”] i zachowanym do dziś budynkiem Paradeplatz 17, zawierającym biura i sklepy. [Dziś w tym budynku mieszczą się konsulaty państw skandynawskich. Kiedy dom Uwego przy Paradeplatz 18 został zniszczony, dawny budynek „Warenhaus Horst” po wojnie przebudowano i poszerzono w obie strony tak, że prawa strona jego fasady znajduje się dziś na miejscu dawnego domu Uwego i styka się z budynkiem konsulatów. Dom Uwego znajdował się dokładnie tam, gdzie dziś mieści się McDonald].


Paradeplatz w roku 1913 – zdjęcie wykonane przed budową „Warenhaus Gebrüder Horst”


Fasady Paradeplatz w roku 1938




Cały czas mam przed oczami piękną, zadrzewioną promenadę, widok na monumentalne gmachy Oberpostdirektion [dziś Dyrekcja Poczt], Generallandschaft [dziś Bank PKO] oraz oba nowoczesne budynki na końcach Paradeplatz – UFA-Palast [dziś „Galeria Centrum”] i Haus Ponath [nieistniejący budynek „Kaskady”]. Pamiętam także widok z okna na wylot ulicy Greifenstraße [ul. Bogurodzicy] z wieżą Katholische-Kirche [dziś kościół św. Jana Chrzciciela]. Przez lornetkę można było dostrzec u wylotu ulicy grób feldmarszałka Wrangla na terenie Alter Militärfriedhof [dziś Park gen. Andersa].

Nalot w nocy 5/6 stycznia 1944: Ocalona porcelana

Jak wiele razy wcześniej obudziły nas w nocy syreny alarmu lotniczego. [Nalot trwał od godziny 3:15 do 5:30]. Mama pomogła mi się szybko ubrać. Wszystko to należało już do rutyny, ubrania na tę okazję leżały zawsze przyszykowane. Moja babka była jak zwykle bardzo troskliwa i zapobiegliwa: łóżko musi być pościelone, by pozostało ciepłym, kiedy się wróci po odwołaniu alarmu. Skąd jednak mogłem wiedzieć, że właśnie ostatni raz spałem w tym łóżku! Do mojego pakunku zabieranego do schronu należała też niewielka torba na ramię z zestawem pierwszej pomocy i z dużym czerwonym krzyżem na wierzchu. Po wyjściu na podwórko weszliśmy do piwnicy w oficynie. Piwnica ta miała połączenie z wielkim kompleksem piwnic Warenhaus Horst, cieszących się opinią bardzo nowoczesnych i bezpiecznych. Jego piwnice liczyły sobie aż trzy kondygnacje: górną, dolną (Tiefkeller) i najniższą, zawierającą kotłownię. Schody do drugiej kondygnacji prowadziły spiralnie wokół szybu windy. Pomieszczenie, w którym się schroniliśmy, pełniło prawdopodobnie funkcję szatni personelu. Stały tam rzędy ławek pomiędzy szeregiem szafek na garderobę.
Okazało się, że tym razem nie jest to zwykły alarm lotniczy. Rozpoczął się straszliwy nalot bombowy
. [Uwe nie pamięta wrażeń i skutków wcześniejszych nalotów, w tym najbardziej tragicznego w skutkach – nalotu na południowe dzielnice miasta w nocy 20/21 kwietnia 1943.] Słychać było, jak bombardowanie przybiera na sile, złowieszcze świsty spadających bomb i głuche wybuchy bomb stawały się coraz bliższe i głośniejsze. Miało się wrażenie, że to istne trzęsienie ziemi – cała piwnica kołysała się i drgała. Mimo wszystko nie odczuwałem jednak jakiegoś specjalnie wielkiego strachu, lecz jedynie rodzaj fascynacji czy zaciekawienia taką „atrakcją”. Jako dziecko nie zdawałem sobie w pełni sprawy z tego, co się naprawdę rozgrywa na górze, gdzie pożary ogarniały już powoli całe kwartały. [Tej nocy zbombardowano górną część Starego Miasta, Śródmieście wokół al. Niepodległości i Bramy Portowej i Nowe Miasto wokół al. 3-go Maja]. Nagle zjawił się jakiś człowiek z obrony przeciwlotniczej i ostrzegał nas, że musimy natychmiast opuszczać piwnicę, gdyż budynek „Warenhaus Horst” od strony Paradeplatz stoi w płomieniach. Pozostanie może spowodować niebezpieczeństwo pojawienia się czadu. Ucieczka była możliwa już tylko jednym wyjściem – w stronę Große Wollweberstraße! [ul. Tkacka] Okazało się, że był to ostatni moment, by opuścić płonący gmach. Chwilę potem, kiedy wydostaliśmy się z piwnicy, rozległ się straszny huk, a z głębi wydobyła się chmura ognia i dymu. Ktoś nieodpowiedzialny pozostawił na górnej kondygnacji windę, która podczas pożaru maszynowni urwała się i spadła do piwnicy jak prawdziwa bomba. Droga została błyskawicznie odcięta przez szalejący ogień, zagrażając życiu tym, którzy nie zdążyli się na czas ewakuować.
Na zewnątrz wokół wyjścia szalały pożary. Domy w obu kierunkach Große Wollweberstraße były opanowane przez ogień. Pozostała nam jedyna droga ucieczki – przez Kleine Wollweberstraße
[ul. Łaziebna]. Ponieważ jednak i na tej ulicy część domów stała w ogniu, a wiatr rozwiewał całe snopy iskier, owinięto mnie w wilgotny wełniany koc. Kiedy dotarliśmy na Roßmarkt [pl. Orła Białego], okazało się, że i tu nie jest bezpiecznie. Skręciliśmy więc w Luisenstraße [ul. Staromłyńska] i doszliśmy do schronu urządzonego prawdopodobnie w podziemiach Hotelu Preußenhof [obecnie siedziba Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego]. Przed wejściem leżała na chodniku poparzona przez palący się fosfor kobieta i rozdzierająco krzyczała. Ten przejmujący krzyk mam do dziś w uszach. Ktoś zauważył moją torbę z czerwonym krzyżem i poproszono nas o pomoc. Nie wiem, co się stało później z tą kobietą.
Także i w tej piwnicy nie mogliśmy pozostać dłużej, gdyż niespodziewanie woda zaczęła podtapiać wszystkie pomieszczenia. Moja matka, wychodząc, zapomniała zabrać jedną z podręcznych toreb. Kilka dni później otrzymaliśmy wiadomość, że torbę tę można odebrać w jednym z punktów rzeczy ocalałych. Na torbie był nasz adres. Mimo całego chaosu wszystko było precyzyjnie opakowane. I tu niespodzianka – cała zawartość torby była zabarwiona w kolorze liliowo-niebieskim. Woda rozpuściła znajdujący się w środku ołówek, co pofarbowało wszystko naokoło. Wyglądało to po prostu komicznie.
Naszym następnym miejscem schronienia był budynek Städtische Sparkasse przy Königsplatz
[obecnie Bank PKO SA przy placu Żołnierza]. Tam urządzony był punkt zbiórki dla ofiar nalotu. Po tej całej makabrycznej ucieczce byliśmy silnie odurzeni dymem i trującymi wyziewami. W schronie udzielano pierwszej pomocy rannym i oferowano posiłek. Pamiętam, że rozdawano wodę mineralną w butelkach zamykanych kapslem. Ich otwieranie za pomocą zwykłych otwieraczy było dla mnie wówczas dość zajmujące, mam zresztą dziś całą kolekcję takich otwieraczy.
Dopiero koło południa opuściliśmy schron. Poszliśmy środkiem Königsplatz i obok Kaiser-Wilhelm-Denkmal
[nieistniejący pomnik Cesarza Wilhelma] skręciliśmy na Paradeplatz, by zobaczyć, w jakim stanie jest nasz dom. W styczniu drzewa nie mają liści – szybko więc ogarnęliśmy całą grozę okolicy. Z wyjątkiem kilku pojedynczych budynków cała wschodnia strona Paradeplatz była zniszczona. Kiedy dotarliśmy do wylotu Greifenstraße [ul. Bogurodzicy] i stanęliśmy przy pompie [stoi podniszczona do dziś przy przejściu dla pieszych] ujrzeliśmy, że z naszego domu pozostała jedynie hałda gruzów. Straciliśmy wszystko. Stojący obok „Warenhaus Horst“ był wypalony. Dowiedzieliśmy się później, że nasz dom nie został nawet bezpośrednio trafiony bombą, lecz po tym, jak wybuch wybił szyby wystawowe, zapalił się od iskier wystrój wystaw. Cały bowiem parter wynajęty był przez „Warenhaus Horst“. Poszliśmy potem do domu moich dziadków. Bardzo się ucieszyli. Myśleli, że po prostu nie przeżyliśmy tego nalotu.


Paradeplatz po nalocie 5/6 stycznia 1944 (stan na wiosnę 1944)

Trasa ucieczki Uwego na zdjęciu lotniczym z lata 1944
1. Schron pod „Warenhaus Horst“
2. Schron pod Hotelem Preußenhof
3. Schron pod Städtische Sparkasse



Mój ojciec był w tym czasie w drodze na front. Został jednak natychmiast zawrócony i urlopowany, by pomóc nam przy adaptacji w nowych warunkach. Zajął się także sprawami związanymi z naszym zniszczonym budynkiem. Przy odgruzowaniu zatrudnieni byli francuscy jeńcy wojenni. Mój ociec nie zmuszał ich jednak do zejścia do piwnicy, lecz zszedł tam sam, aby, sprawdzić, czy coś przypadkiem ocalało. Lecz pod ziemią wszystko było zwęglone i stopione. Jedyną rzeczą, jaka ocalała, był komplet francuskiej porcelany „Sevres”, która wytrzymała tak wysoką temperaturę.

Nalot w nocy 16/17 sierpnia 1944: Kotka „Nixi” ocala nam życie

Wszyscy poszkodowani musieli się zgłosić do Wirtschaftsamtu, by otrzymać zaświadczenia o zbombardowaniu oraz specjalne talony na kupno produktów i żywności. Przekazywano też pewną kwotę pieniędzy, w istocie śmiesznie niską. W koszu urzędniczki, która nas obsługiwała, siedziały młode kociaki. Były one ofiarowywane bezpłatnie dzieciom wszystkich wnioskodawców. I moja matka zgodziła się, bym zabrał jednego ze sobą, gdyż wszystkie moje zabawki uległy zniszczeniu podczas nalotu. Czarno-białą kotkę nazwałem „Nixi“.
Z urzędu zostaliśmy skierowani do mieszkania przy Moltkestraße 10, róg Schillerstraße
[al. Wyzwolenia, róg Mazowieckiej]. Mieszkanie na drugim piętrze było uprzednio zamieszkane przez lekarza Rudolfa Cauera i zostało opuszczone w obliczu zagrożenia bombardowaniem. Miało wspaniałą loggię na wschód, z widokiem na Schillerstraße, Schiller-Realgymnasium [Gimnazjum realne im. Schillera, dziś nie istnieje] i tereny ogrodowe znajdujące się na zapleczu Konzerthausu i Grabower-Anlagen [Park Żeromskiego]. Widok całej Schillerstraße, obsadzonej z północnej strony pięknymi drzewami z czerwonymi liśćmi i grą refleksów wschodzącego słońca pamiętam szczególnie dobrze. Idylla trwa jednak zaledwie pół roku.


Schillerstraße, róg Moltkestraße




Atak w nocy 16/17 sierpnia nastąpił zupełnie niespodziewanie. [Nalot trwał od godziny 00:15 do 1:50]. Swoją ukochaną kotkę chciałem bezwarunkowo zabrać ze sobą do schronu, ale z powodu huku dział przeciwlotniczych, które już ostrzeliwały niebo, Nixi zaczęła panicznie biegać po mieszkaniu, nie dając się zupełnie złapać. W końcu jednak udało się ją pochwycić i wsadzić do plecaka, jedynie główka wystawała na zewnątrz. Przez to wszystko po prostu spóźniliśmy się do schronu. Był on urządzony w podziemiach Schiller-Realgymnasium. Wejście znajdowało się od strony Moltkestraße. Na niebie zabłysły już „Weihnachtsbäume“ – flary świetlne znaczące cele bombardowania. Wpuszczono nas już jedynie do przedsionka, rodzaju śluzy gazowej; jednak do głównego pomieszczenia nie wolno już było wejść. Jak się okazało, spóźnienie to okazało się dla nas wymiar zbawienia. Rozpętał się straszliwy nalot, a bomby eksplodowały tuż nad naszymi głowami. [W nalocie tym zniszczona została między innymi dolna część Starego Miasta i spora część śródmieścia.] Jak się później okazało, główne pomieszczenie schronu zostało zniszczone przez bombę. Znalezienie się tam oznaczało koniec.
Kiedy syreny odwołały alarm, wyszliśmy na ulicę. Budynki przy Moltkestraße w stronę Friedrich-Karlstraße
[ul. Piłsudskiego] płonęły (na parterze jednego z nich znajdował się sklep z artykułami papierniczymi i zabawkami, do którego chętnie wstępowałem), ale nasz budynek ocalał. Stanęliśmy z matką po przeciwnej stronie Schillerstraße i obserwowaliśmy, jak mój ojciec wraz innymi mieszkańcami próbują na dachu ocalić nasz dom, by ogień nie przedostał się z sąsiednich budynków. Z ocalałych mieszkań całe mienie wyrzucane było na chodnik, najpierw miękkie rzeczy – ubrania i pościel, które miały posłużyć jako amortyzator, potem całą resztę. Moja matka przerażeniem z zauważyła jednak, że drewnianą klatkę schodową naszego budynku zaczynają ogarniać płomienie. Widząc niebezpieczeństwo, zwróciła się do jakiegoś umundurowanego mężczyzny, by ostrzegł znajdujących się na dachu mężczyzn. „Oczywiście, łaskawa pani!” – odparł ów człowiek i poszedł ich ostrzec przed zbliżającym niebezpieczeństwem. Gdy już ojciec cały i zdrowy zszedł na dół, skarcił moją mamę – „Z najwyższego rangą oficera w Szczecinie zrobiłaś sobie chłopca na posyłki!” Moja matka pochodziła z Hamburga. Mieszkańcy tego wolnego hanzeatyckiego miasta nie mieli tam szczególnego zainteresowania i szacunku dla mundurów i regulaminów. Byli typowymi pacyfistami. Toteż i moja matka kompletnie ignorowała dystynkcje i rangi. Jakaś obca rodzina mieszkająca na parterze po przeciwnej stronie Schillerstraße zaprosiła nas na poczęstunek i odpoczynek. A my przez okno patrzyliśmy bezradnie, jak zaczyna płonąć nasz dom. Gdy już było po wszystkim, udaliśmy się ponownie do moich dziadków na König-Albert-Straße 11 [ul. Śląska].

Nalot w nocy 29/30 sierpnia 1944: Pianino w ogródku przed domem

Po nalocie w nocy 16/17 sierpnia Wohnungsamt [urząd mieszkaniowy] przydzielił nam mieszkanie przy Lamprechtstraße 42 [ul. Jacka Soplicy] – była to połowa bliźniaka z ogrodem. Nasz nowy dom nie miał własnego schronu, w razie czego szliśmy więc do prowizorycznego okopu w ogrodzie sąsiada. Także i nalot w nocy 29/30 sierpnia zachowałem w pamięci [trwał od 1:30 do 2:30]. Nim jeszcze dotarliśmy do schronu, znów można było podziwiać kolorowe flary, o ile jednak pamiętam, w naszym najbliższym otoczeniu nie wybuchło zbyt wiele bomb.
Po zakończeniu nalotu ze zgrozą zobaczyliśmy gigantyczne dymy nad dużą częścią miasta
. [Zostało wtedy zbombardowane śródmieście i północne dzielnice miasta]. Zadecydowaliśmy, że trzeba niezwłocznie upewnić się, czy dziadkom na König-Albertstraße nic się nie stało. Doszliśmy do Falkenwalderstraße [al. Wojska Polskiego] i tą ulicą pełni coraz większego niepokoju kierowaliśmy się do śródmieścia. Już w całej okolicy widać było ślady bombardowania. Musieliśmy iść bardzo ostrożnie, gdyż w niektórych miejscach pozrywana była tramwajowa trakcja elektryczna, a zwarcia leżących na jezdni przewodów powodowały iskrzenie. Od Arndtplatz [pl. Sprzymierzonych ] skierowaliśmy się przez Friedrich-Karlstraße do Kaiser-Wilhelm-Platz [pl. Grunwaldzki]. Na rogu Kronprinzenstraße [ul. Rayskiego] miało się wrażenie, że okolica między Kaiser-Wilhelm-Platz a Hohenzollernplatz [pl. Zwycięstwa] pozostała nietknięta. Jednak kiedy już stanęliśmy przed domem dziadków przy König-Albert-Straße 11, zobaczyliśmy jego puste otwory okienne. Moja matka po prostu zemdlała, uświadamiając sobie, że jej rodzice i teściowie musieli zginąć. Kiedy już oprzytomniała, sąsiedzi przekazali jej, że wszyscy przeżyli dzięki „wyłomowi” („Durchbruch“) w piwnicy. Było to prowizoryczne przejście między piwnicami, zamurowane lekkim materiałem, które w razie konieczności można było bez trudu przebić łokciem. Tymczasem u góry podmuch wywołany wybuchem miny powietrznej spowodował bezwzględną dewastację całego budynku; ocalały jedynie mury obwodowe i ściany nośne. [Zwykła bomba burząca eksploduje przy uderzeniu z ziemią, mina powietrzna – w powietrzu nad budynkami i powoduje mocą swej eksplozji powstanie wielkiego ciśnienia, które „wydmuchuje” wszystkie lekkie przedmioty i konstrukcje na zewnątrz]. Także i pianino wyrzucone zostało siłą eksplozji do ogródka przed domem. Dzieci miały potem niezłą zabawę z „demontażem” instrumentu. Zapamiętałem też jeszcze jeden makabryczny szczegół. Klatka dla ptaków była pusta – kanarki zniknęły bez żadnego śladu mimo tego, że nikt nie otwierał drzwiczek. Czytelnikom pozostawić należy wyobrażenie, w jaki sposób kanarki znalazły się na zewnątrz…

Ostatnie miesiące: Cmentarz Żydowski

Szczęśliwym trafem moi dziadkowie otrzymali nowe mieszkanie w pobliżu naszego domu. Była to także połowa bliźniaka przy Treitschkestraße 38 [ul. Leszczyńskiego] usytuowanego dokładnie naprzeciwko nas. Jako sześcioletnie dziecko okres ten wspominam wyjątkowo pogodnie. Ogród za domem krył nowe doznania i doświadczenia. W pobliżu znajdował się też cmentarz żydowski. Był on otoczony żywopłotem z tui. Choć było to zabronione, przeciskaliśmy się przez ubytki w nim (być może także i w ogrodzeniu, którego nie pamiętam). Zakazane zabawy i gry były na tym terenie bardziej fascynujące. Nie zdarzyło się, byśmy byli przez kogokolwiek napominani lub przeganiani – zachowywaliśmy się tam mimo wszystko bardzo cicho, by nie dać ku temu okazji. Nie byliśmy też w ogóle świadomi powagi tego miejsca, toteż jego spokój zakłócaliśmy całkowicie nieumyślnie. Nie zauważyłem też, by cmentarz ten był w jakikolwiek sposób sprofanowany. Urządzenie na jego terenie schronów miało jedynie znaczenie z praktycznego punktu widzenia. W ostateczności mógłbym powiedzieć, że nie był w jakiś specjalny sposób pielęgnowany i że był on zwyczajnie zaniedbany. Nie było to oczywiście niczym dziwnym w obliczu tamtejszych warunków politycznych. Był to po prostu fantastyczny plac zabaw, który dawał wiele możliwości ukrycia się.
Dom przy Lamprechtstraße 42 opuściliśmy uciekając do Lubeki zwykłym pociągiem osobowym, który był podstawiony prawdopodobnie na dworcu kolejowym Torney
[Turzyn]. Było to 15 marca 1945 roku.

© Johann-Sebastian-Bachinstitut • Stettin, 14 – 18 maja 2006 r.

Wszelkie formy przedruku całości jak i fragmentów bez uzgodnienia z autorem zabronione.