Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

Urodził się w Wilnie w 1914 r. Lata dzieciństwa i młodości nie były łatwe. Był półsierotą. Ojciec, który pochodził z Kołomny, gdzie mieszkał ród Bałakirewów spokrewniony z kompozytorem rosyjskim M. A. Bałakiriewem, zginął na wojnie. Paweł pomagał matce Annie. Rano roznosił gazety, a o godzinie ósmej, już zmęczony, był w szkole. Mając 16 lat zapisał się na kurs rysunku prowadzony przez prof. Smuglewicza. Teraz i wieczory miał zajęte. W szkole średniej skupiał wokół siebie kolegów zainteresowanych malarstwem, sztuką, literaturą piękną. Malował portreciki kolegów, profesorów, znajomych. Po ukończeniu gimnazjum w Wilnie marzył o studiach malarskich w Paryżu. Był uparty w tym dążeniu: aby zarobić na wyjazd pracował jako nocny stróż.

W Paryżu, w 1932 r., żeby się utrzymać mył okna w magazynach, kawiarniach, restauracjach, zmywał naczynia, froterował podłogi, malował aktorom apartamenty, sprzątał sale po zabawach. Mógł już kupić farby olejne, płótna, pędzle. Został przyjęty do Ecole Nationale Superieure des Beaux Arts. Otrzymał pierwsze zamówienie na portrety, urządzał wystawy swoich obrazów na ulicy, sprzedawał swoje prace. W Paryżu poznał Fiodora Szalapina, sławnego śpiewaka-basa rosyjskiego oraz pisarzy: Aleksandra I. Kuprina, Konstantego P. Balmonta. Statystował w Operze Paryskiej – w „Borysie Godunowie” podawał Szalapinowi koronę carską.
W 1935 r. Paweł powrócił do Polski, do Wilna, gdzie otrzymał powołanie do czynnej służby wojskowej. Po jej odbyciu miał szczęście studiować sztuki piękne w Uniwersytecie im. Stefana Batorego. Uczyli go tam profesorowie: Kwiatkowski, Morelowski, Hoppen, Narębski. Malował akty, pejzaże, piękną architekturę starego Wilna, portrety.
Jest 1939 r. – 24 sierpnia – dzień powszechnej mobilizacji. Paweł otrzymał kartę wcielenia. I w tym właśnie dniu wzięliśmy ślub, w cerkwi słabo oświetlonej, z przygodnymi, w drodze napotkanymi świadkami. Otrzymałam bukiet białych astrów. Odprowadziłam go na dworzec – odjechał do 3 ADK, do Podbrodzia. Uczestniczył w wojnie obronnej 1939 r. W grudniu 1939 r. powrócił do Wilna. I znowu prace dorywcze: malowanie mieszkań, wykonywanie szyldów oraz twórczość artystyczna dla swego ducha.
Bo całe swoje życie, na zawsze, związał Paweł Bałakirew ze sztuką.
W 1948 r., w maju, udaliśmy się jako repatrianci do Krakowa. W czasie drogi mąż zmienił decyzję: Jedziemy do Szczecina, tam będę malował morze, statki. W Szczecinie warunki mieszkaniowe i materialne były gorsze od złych, a rodzina nasza składała się z pięciu osób: Paweł, ja (Tatiana z domu Polanina), syn Igor, córka Tatiana, syn Oleg. Oleg stawiał w Szczecinie swoje pierwsze kroki.
Paweł był pionierem plastykiem na ziemi szczecińskiej, a ja jako nauczycielka mogę siebie nazwać pionierem oświaty na tej ziemi.
Dzieci rzadko widziały ojca w domu. Wiecznie z kasetą z farbami, z płótnem, wychodził rano a wracał wieczorem. Wędrował, obserwował, szkicował, rysował, malował. Najchętniej szedł nad Odrę, do stoczni, na szczecińskie Stare Miasto, błądził koło Zamku Książąt Pomorskich, krążył koło starych kościołów, wyszukiwał urzekające go zakątki i ulice. Miał przy sobie szkicownik. Obraz namalować to tak samo jak urodzić dziecko – mawiał. Kocham sztukę, ona jest pierwszą moją kochanką, za nią jesteś ty. Musiałam się z tym godzić i chętnie się godziłam. Sztuka nie zna ani granic, ani przestrzeni, ani czasu, istnieje ponad wszystko i będzie zawsze istniała. Mówił to i rozrzewniał się. Twierdził, że zdolności po nim odziedziczy najmłodszy syn, Oleg. Ja nie zdawałam sobie sprawy, że przy nas dorasta w rodzinie nowy artysta. Oleg siadywał u ojca w pracowni, był ciekaw jak rozciera się farbę, jak gruntuje płótno, myje pędzle, potem powtarzał to sam. Ojciec tylko jemu powierzał porządek w swojej pracowni. Mając siedem lat Oleg pisał do ojca, który przebywał w szpitalu: Kochany Tato, bądź zdrów, bądź zdrów, bądź zdrów, a o swoje narzędzia pracy nie martw się, wszystko w porządku, ja pilnuję.
Paweł uprawiał różne rodzaje malarstwa. Malował morski krajobraz, portrety, był wnikliwym obserwatorem przyrody. Jego malarstwo i rysunek oddawały wiernie otaczającą go rzeczywistość. Nieraz wyrażał tę prawdę w tonacji smutno-lirycznej. Malował to, co go urzekało, nie dawało mu spokoju. W rysunku posługiwał się swoistą kreską. Oprócz farb olejnych tworzył ołówkiem, tuszem, węglem, sangwiną, akwarelą. Malował namiętnie: jeśli nie malował stawał się ponury, trudny nawet dla swojej rodziny. Okres najbogatszy w twórczości Pawła to lata 1947-1963. Uwielbiał pejzaże marynistyczne. Odra, Bałtyk, kolorowe statki, przystań, port, łodzie rybackie, ludzie morza, stocznia – to jego tematy. I także – ulice zburzonego Szczecina, uliczki wielu miasteczek na ziemi szczecińskiej.
Malował moc portretów. Pamiętam aktorkę Teatru „Pleciuga” trzymająca lalkę, a obok niej – stojak z kolorowymi marionetkami. Portrety naszych dzieci. Oto córka Tatiana… stoi koło drzewa na tle murów kamienicy, w zielonym płaszczu, z teczką, oczy szeroko otwarte, zamyślone, na głowie czapeczka, jest zima – obraz ciekawy kompozycyjnie i kolorystycznie. Syn Oleg… siedzi przy radiu, w szaroniebieskim ubraniu, twarz pogodna, jest w niej radość życia, patrzy przed siebie, ręce złożone na kolanach, draperia w czerwieni, a na jej tle prześwity białych plamek – mam ten portret w domu. I drugi portret syna Olega… ujęta jest tylko jego głowa na tle niebieskim, a naokoło jakby fruwają piłeczki, którymi tak chętnie grał w tym czasie – to też pozostało w domu… Mam i swój portret sprzed 42 lat, „typowo słowiański” jak o nim powiedziano, siedzę przy oknie z twarzą ledwie oświeconą słońcem, długie włosy opadają mi na szyję, mam na sobie różowy sweterek i bezrękawnik ze skóry cielęcej w białe i czarne łaty…
W latach sześćdziesiątych miał zwyczaj chodzić na każdą sztukę teatralną. Pozowali mu aktorzy w strojach teatralnych. Co wieczór przynosił kilka portrecików rysowanych ołówkiem. W domu pociągał je tuszem. W „Głosie Szczecińskim” ukazywała się rubryka „Z teki Pawła Bałakirewa”, gdzie publikowano te właśnie sylwetki aktorów.
Pracownia Pawła była zawieszona od góry do dołu obrazami olejnymi i rysunkami. Była dla niego świątynią, częścią jego samego. Stara sztaluga, podium, kolorowy parawan, draperie, biurko, krzesło „królewskie”, prawdopodobnie z XVIII w., książki na półce i tapczan. Tu przyjmował swoich gości. Przyjaźnił się z kolegami malarzami: Adamem Pohoreckim, Zenonem Kononowiczem, Janem Powickim, Łukaszem Niewisiewiczem, Tadeuszem Powidzkim, Henrykiem Karniejem, z pisarzem Franciszkiem Gilem, poetą Józefem Bursewiczem. Dyskutowali o wiecznej sztuce. Ulubionym mistrzem Pawła był Vincent van Gogh.
Tak było w latach 1948-1963. Był częstym gościem w Klubie „13 Muz”, gdzie poznał Juliana Tuwima.
Najbardziej mąż mój kochał syna Olega. Mówił: Twoją drogą będzie sztuka. Patrz na wszystko, szukaj piękna naokoło. Nie każdemu jest dane widzieć piękno.
Prace Pawła Bałakirewa znajdują się we Francji, w Związku Radzieckim, w Bułgarii, Holandii, NRD, a w kraju – w muzeach Warszawy, Krakowa, Szczecina i w wielu innych miastach, w domach kultury, szkołach, zakładach pracy, w zbiorach prywatnych wielu osób, w zbiorach rodzinnych.
Szybko podupadał na zdrowiu. Lubił powtarzać słowa: Kiedy umrę, połóżcie mi do trumny farby i pędzle, abym mógł na tamtym świecie Pana Boga malować. Szczecin nie docenił jego twórczości. Żadnych nagród, żadnych wyróżnień, żadnych bodźców ułatwiających twórczą pracę. A przecież jego twórczość związana jest głównie z ludźmi Szczecina, z Odrą, z Morzem Bałtyckim.
Zmarł w czerwcu 1968 r.

Tatiana Bałakirew, Paweł Bałakirew 1914 – 1968. Połóżcie mi do trumny farby i pędzle…, [w:] Ku Słońcu 125. Księga z miasta umarłych, pod red. M. Czarnieckiego, Szczecin 1987.


Pogodno




Pomorzany




Ilustracje: Stettin in der deutschen und polnischen Malerei des 19. und 20. Jahrhunderts, Stettin 1998.