Opublikowane przez sedina w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

W kwietniu 1946 r. odbyła się w Szczecinie, dla upamiętnienia historycznego powrotu piastowskich Ziem Zachodnich do Polski, wielka ogólnonarodowa, patriotyczna manifestacja pod hasłem: „Trzymamy straż nad Odrą”. Brałem w niej udział w składzie delegacji wojsk lotniczych, która przybyła do Szczecina samolotem z dęblińskiej „Szkoły Orląt.” Do dziś zachowałem mapę i notatki z tego niezwykłego przelotu oraz zapiski z przebiegu i atmosfery tamtych uroczystości, postrzeganych okiem i uchem młodego oficera-lotnika. Niech te właśnie autentyczne zapiski przypomną wydarzenia sprzed 60 lat.

12 kwietnia – piątek
Zaczęło się jak na alarm. Przez oficera dyżurnego Działu Nauk zostałem niespodziewanie odwołany z wykładu, który właśnie prowadziłem z grupą podchorążych nawigatorów. Otrzymałem rozkaz natychmiastowego zameldowania się u zastępcy komendanta szkoły podpułkownika Antoniego Michalaka. Co u licha mogło się stać – medytowałem w drodze do komendy szkoły. Nic jednak nie wymyśliłem. W adiutanturze czekało już na mnie dwóch kolegów pilotów-instruktorów z 3 eskadry szkolnej: chorążowie Irena Sosnowska i Władek Rusin oraz trzech podchorążych z eskadr szkolnych. Nikt nie wiedział, po co nas tu wezwano. Jak tylko przyjdziesz, mamy się meldować – powiedział Władek.
Wszystko się wyjaśniło, gdy całą szóstką zameldowaliśmy się w gabinecie podpułkownika Michalaka. Było tu jeszcze kilku oficerów, wśród których zauważyłem nawigatora 4 eskadry szkolnej obserwatorów kapitana Danilczenkę. Ppłk Michalak od razu przystąpił do rzeczy: – Zostaliście wyznaczeni jako delegaci Oficerskiej Szkoły Lotniczej na uroczystości, związane z pierwszą rocznicą wyzwolenia Ziem Odzyskanych. Będzie to wielka ogólnonarodowa manifestacja, która odbędzie się w Szczecinie pod hasłem: „Trzymamy straż nad Odrą”. Polecicie tam jutro samolotem. Wy – zwrócił się do mnie ppłk Michalak – będziecie szefem delegacji. Nie znamy dokładnie przebiegu uroczystości. Zameldujecie się w komendzie wojskowej miasta Szczecina, gdzie zapewnią wam kwatery i zapoznają z programem uroczystości.
Wy będziecie jednocześnie nawigatorem samolotu odpowiedzialnym za wyprowadzenie samolotu na Szczecin
– uzupełnił ppłk. Michalaka nawigator eskadry kpt. Danilczenko. – Polecicie samolotem Szcze-2, z pilotem starszym lejtnantem Kremieniem. On najlepiej zna tę maszynę. Wiecie, że nikt z polskich pilotów w szkole dotąd na niej latał. Trzeba się dobrze przygotować do lotu. Nikt z was nie zna tych ziem. Nie wiemy nawet, gdzie położone jest szczecińskie lotnisko. Nie mamy też dobrych map, tylko niemieckie sztabowe „milionki”. Weźcie tę mapę i przygotujcie nawigacyjny plan lotu. Start jutro o godz. 10.00.


Dęblin, lipiec 1945 r. Grupa podchorążych nawigatorów przygotowuje się do lotu Szcze-2. Był to lekki samolot transportowy konstrukcji drewnianej, wykorzystywany również do szkolenia nawigatorów, radiotelegrafistów i skoczków spadochronowych. Miał dwa silniki M-11D o mocy 125 KM, rozwijał prędkość maksymalna 150 km/h.




Z gabinetu wyszliśmy podnieceni atrakcyjną wyprawą do starego piastowskiego Szczecina. Byliśmy dumni, że nas spotkało to zaszczytne wyróżnienie wzięcia udziału w tych doniosłych uroczystościach.
Coś nie wierzę w ten jutrzejszy lot – powątpiewał Władek, kiedy opuściliśmy budynek komendy szkoły. Nad Dęblinem wisiały nisko ciemne chmury i siąpił zimny kwietniowy deszcz. Nie powstrzymało to mnie od przygotowania nawigacyjnego planu lotu. Lotniskowa stacja meteorologiczna zapowiadała rozpogodzenie i silny wiatr zachodni, co może znacznie wydłużyć lot powolnej szczuki. Mapa, którą otrzymałem od kapitana, okazała się ściśle tajną sztabową mapą do planowania operacyjnego Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych Wehrmachtu. Jest to wielkich rozmiarów milionka (1 cm = 10 km terenu) obejmująca całą Europę Środkową od Sztokholmu na północy po Rzym na południu, od linii Mińsk Białoruski – Bukareszt na wschodzie do linii Hamburg – Florencja na zachodzie. Służyła niewątpliwie do planowania wielkich operacji podboju Europy przez Wehrmacht, jest natomiast mało przydatna w nawigacji lotniczej. Posłużyła mi jedynie do wykreślenia trasy i kursów z Dęblina przez Bydgoszcz (Bromberg) – Piłę (Schneidemühl) do Szczecina (Stettin). Na pewno żaden hitlerowski sztabowiec nigdy nie przypuszczał, że jego mapa będzie kiedykolwiek wykorzystana przez polskiego lotnika do wytyczenia kursu na polski Szczecin.


Fragmenty niemieckiej mapy sztabowej Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych Wehrmachtu (wydrukowanej wiosną 1945 r.) z wykreśloną przez autora trasą przelotu z Dęblina do Szczecina w kwietniu 1946 r. na uroczystości pod hasłem „Trzymamy straż nad Odrą”.




13 kwietnia – sobota
Sobotni ranek był pogodny i słoneczny. Lotna pogoda. Prognoza stacji meteo sprawdziła się. Tak ma być na całej trasie, z tym, że przeciwny zachodni wiatr ma się nasilać. Na długo przed startem byliśmy już przy samolocie. Mechanicy, jak to jest w ich zwyczaju, jeszcze coś przy nim dłubali, sprawdzali, regulowali, by lecący z nami mechanik pokładowy mógł z całą odpowiedzialnością zameldować – samolot gotowy do lotu na Szczecin.
Przed odlotem żegnali nas na lotnisku podpułkownik Michalak, szef sztabu szkoły ppłk Skrypnikow oraz liczna grupa oficerów i podchorążych. Przekażcie polskiemu Szczecinowi pozdrowienia i zapewnijcie, że odtąd, po wsze czasy, osłaniać go będą skrzydła polskich lotników – z nieukrywanym wzruszeniem żegnał się z nami zastępca Komendanta Oficerskiej Szkoły Lotniczej ppłk Michalak.
Wystartowaliśmy kilkanaście minut po godzinie dziesiątej. Samolot Szcze-2, przypominający jakiegoś latającego gada, czy też olbrzymią ważkę (rozpiętość skrzydeł 22 m, przy długości kadłuba tylko 15 m) obciążony maksymalnym ładunkiem paliwa, z dodatkowymi zbiornikami i ośmioma ludźmi na pokładzie ociężale toczył się po rozmokłym lotnisku. St. lejtnant Kremień, doświadczony pilot Aerofłotu, powołany w czasie wojny do wojskowego lotnictwa transportowego zakołował na skraj lotniska, by stąd nabrać niejako rozpędu niezbędnego do oderwania samolotu od ziemi. Szczuka, mocą swych skromnych kukuruźnikowskich silników bardzo powoli nabierała prędkości, zdawała się grzęznąć w rozmiękłym gruncie, by wreszcie w ostatniej chwili poderwać się tuż nad dachami Ireny.
Wzięliśmy kurs na Szczecin. Najpierw Bydgoszcz – kurs geograficzny 303°, potem Piła – KG 271°, wreszcie Szczecin – KG 282°. Przed nami ponad 500 km. Wiatr z kierunku północno-zachodniego, zmniejsza naszą prędkość podróżną względem ziemi do ok. 100 km/godz. A więc prawie pięć godzin walki z przestrzenią. Nie mamy radia w samolocie. Typowy lot według czasu, busoli i ogólnej nawigacji wzrokowej na podstawie niemieckiej „milionki”.
Po trzech godzinach lotu osiągnęliśmy rzekę Noteć, która niedawno jeszcze w tym miejscu stanowiła granicę Polski z Niemcami. Spoglądając na te nadnoteckie ziemie z kabiny samolotu z wysokości 800 metrów nie mogę oprzeć się wzruszeniu i osobistym refleksjom. Przecież tu kilka kilometrów od nieistniejącej już granicy urodziłem się. Tutaj, do wybuchu wojny, w Nakle nad Notecią chodziłem do gimnazjum noszącego imię Bolesława Krzywoustego, piastowskiego króla, który w XII wieku przywrócił Nakło Polsce, ustanawiając na straży granic Kasztelanię Nakielską. Gdy dzisiaj, zaledwie 11 miesięcy po zakończeniu tej najstraszniejszej wojny XX wieku, jako nawigator prowadzę tędy samolot nieodparcie nasuwają mi się skojarzenia. Podobnie, jak przed ośmiuset laty podążał tym szlakiem Bolesław Krzywousty, by przywrócić więź państwową i zwierzchnictwo Polski nad Pomorzem Zachodnim, tak my dzisiaj lecimy do Szczecina, by swoim udziałem w narodowej manifestacji przypieczętować raz na zawsze powrót starych piastowskich ziem do Polski. Pod nami wolno przesuwają się pola i lasy, jeziora i rzeki, wsie i miasta. Dostrzegamy ruiny, zwały gruzów, zgliszcza, powyginane konstrukcje i ogólną dewastację pozostawioną w spadku wojennym. Zniszczeniu uległo dzieło rąk i mózgów niemieckich – pozostała polska ziemia.
Po czterech godzinach lotu na horyzoncie ukazuje się wielkie rozlewisko wodne. Wkrótce rozpoznajemy kontury Szczecina. Miasto staje się coraz wyraźniejsze. Przelatujemy nad szeroką deltą Odry. Lecimy nad portem, robimy duży krąg nad miastem, sięgając daleko poza jego zachodnie i północne granice. Gdzie jest lotnisko? Wypatrujemy daremnie. Na zachodnim brzegu Odry, nad którym rozłożył się Szczecin lotniska nie ma. Wracamy w kierunku jeziora Dąbskiego. Tu na niemieckiej mapie zaznaczona jest mała sylwetka samolotu. Przekonuję Kremienia, że tu powinno być lotnisko. Nad olbrzymim rozlewiskiem jeziora zniżamy lot do wysokości 200 m, wypatrując jakiegoś lądowiska. Jest, krzyknąłem uradowany.
Rzeczywiście na skraju rozlewiska dostrzegliśmy ruiny hangarów i jakiś budynek, co mogło być portem lotniczym. Obok stały dwa samoloty, transportowy Li-2 i jakiś łącznikowy górnopłat. Przy budynkach tłumy ludzi i sznur samochodów. W południowym słońcu połyskiwały instrumenty orkiestry wojskowej. Oczekują nas – żartował Kremień – ale gdzie tu lądować, wszędzie woda, kałuże, mokradło. Robimy drugi krąg nad rozlewiskiem szukając suchego kawałka ziemi. Tam na ziemi domyśleli się zapewne, jakie mamy kłopoty, gdyż ktoś biegł od portu i machał białymi chorągiewkami. Kremień zorientował się w sytuacji i rozpoczął podejście do lądowania. Z ziemi wystrzelono zieloną rakietę i wyraźnie wśród kałuż zalanego lotniska można było dostrzec znak lądowania – białe „T”. Wystrzelono drugą zieloną rakietę, co oddaliło nasze obawy przed skapotowaniem w rozmokłym gruncie. Zetknięcie z ziemią przypominało w pewnych momentach wodowanie hydroplanu. Woda bryzgała spod kół. Za samolotem unosił się warkocz pyłu wodnego. Nawierzchnia lotniska okazała się jednak na tyle twarda, że samolot szczęśliwie zakończył skrócony dobieg i bez obawy zakołował przed port lotniczy. Dochodziła piąta godzina lotu. Była 14.55.
Zmęczeni, lecz szczęśliwi, trochę na zwiotczałych od długiego siedzenia nogach wychodzimy z samolotu. Jesteśmy na szczecińskiej ziemi. Tu niespodzianka. Podchodzi do nas jakiś kapitan i prosi, aby dowódca samolotu zameldował się natychmiast u Naczelnego Dowódcy marszałka Michała Roli-Żymierskiego. Kremień uznał, że nie on, a szef delegacji powinien złożyć meldunek marszałkowi. Poszedłem.
Marszałka Żymierskiego zobaczyłem po raz drugi. Pierwszy raz na początku stycznia 1945 r., jeszcze w stopniu generała broni, gdy wizytował formującą się w Zamościu Zjednoczoną Wojskową Szkołę Lotniczą i przedstawiał nam pierwszego komendanta szkoły gen. bryg. pil. Józefa Smagę. Wówczas byłem podchorążym i meldowałem się mu, jako dyżurny kompanii szkolnej, zajmujący się rozpalaniem w sali żołnierskiej stale dymiących pieców, w starych, pamiętających jeszcze carskie czasy zamojskich koszarach. Teraz, na lotnisku pod Szczecinem, staję przed nim już jako oficer lotnictwa. Czuję jakąś większą tremę niż wówczas w Zamościu.
Gdy regulaminowo się zameldowałem i składałem meldunek o przybyciu delegacji Oficerskiej Szkoły Lotniczej z Dęblina czułem, jak krew spływa mi do nóg i blednę, Marszałek widocznie dostrzegł, co się ze mną dzieje i zapytał, co, źle się czujecie po locie? Poczułem, jak w tej chwili krew zmieniła kierunek obiegu i ze wstydu cholernie się zaczerwieniłem. Marszałek interesował się naszym przylotem. Dziwił się, że lecieliśmy bez łączności, pytał o szkołę, o skład delegacji itp. Kiedy dowiedział się, że pięć godzin huśtaliśmy się w powietrzu, polecił kapitanowi podać nam piwo – niech się nasi lotnicy orzeźwią. Niestety, nigdy tego piwa nie wypiliśmy. Kapitan wyjaśnił, że trzeba je najpierw przywieźć ze Szczecina.
Wyjaśniło się, że marsz. Żymierski przyleciał tu krótko przed nami i teraz wraz z wojewodą, prezydentem Szczecina, członkami komitetu organizacyjnego obchodów i przedstawicielami różnych organizacji oczekiwali przybycia prezydenta i członków Krajowej Rady Narodowej i członków Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Była też kompania honorowa z 41 Pułku Piechoty, orkiestra wojskowa i grupa oficerów, do której dołączono naszą delegację.
Lotnisko w Dąbiu położone jest na prawym brzegu rzeki Regalicy, wschodniej odnogi Odry ok. 20 km od Szczecina. Teren bardzo podmokły, częściowo jeszcze zalany przez wiosenne wody rzeki i jeziora Dąbskiego okazał się jednak na skraju lotniska na tyle utwardzony, że tu mogły lądować samoloty transportowe. Od kilku dni urządził się tu już LOT otwierając stałe połączenie lotnicze Warszawa-Poznań-Szczecin. Jest radiostacja i małe zaplecze techniczne. Wylatując z Dęblina tych informacji jeszcze nie mieliśmy.
Wkrótce ukazały się na horyzoncie dwa oczekiwane Douglasy. Załogi, mając stałą łączność z kierownikiem portu lotniczego, orientowały się doskonale w sytuacji lotniskowej i lądowały pewnie bezpośrednio z trasy. Pierwszym samolotem przyleciał prezydent Krajowej Rady Narodowej Bolesław Bierut, wiceprezydent KRN Stanisław Grabski, były przewodniczący Rady Narodowej w Londynie, zastępca Naczelnego Dowódcy WP ds. polityczno-wychowawczych gen. brygady Marian Spychalski, Szef Sztabu Generalnego WP gen. broni Władysław Korczyc, wiceminister spraw zagranicznych Zygmunt Modzelewski i inni członkowie rządu. Drugim samolotem przylecieli: premier rządu Edward Osóbka-Morawski, wicepremier i jednocześnie minister Ziem Odzyskanych Władysław Gomółka, wicepremier Stanisław Mikołajczyk, niedawny premier rządu na emigracji i inni członkowie rządu.
Dostojnych gości witali gospodarze Ziemi Szczecińskiej: wojewoda Leonard Borkowicz i prezydent Szczecina Piotr Zaremba. Po odebraniu raportu od dowódcy kompani honorowej 41 Pułku Piechoty Prezydent KRN, w towarzystwie marszałka Żymierskiego, przy dźwiękach hymnu narodowego przeszedł przed frontem kompanii, pozdrowił sztandar i przywitał się z żołnierzami. Po ceremonii powitania wszyscy zajęli miejsca w samochodach i cała kawalkada poprzedzana eskortą na motocyklach ruszyła w kierunku Szczecina.
Nasza delegacja dostąpiła zaszczytu uczestniczenia w tej kolumnie samochodowej do samego miasta. Przez Odrę przejeżdżaliśmy prowizorycznym mostem kolejowo-drogowym zbudowanym przez saperów. Droga udekorowana jest bramami triumfalnymi i licznymi transparentami z hasłami: Trzymamy straż nad Odrą, Szczecin na wieki nasz itp. Na całej trasie spotykaliśmy ludzi manifestujących na cześć przejeżdżających gości. Docierały okrzyki niech żyje Bierut, niech żyje Mikotajczyk, niech żyje Wojsko Polskie itp. Byli to nowi gospodarze tej ziemi. Przybyli tu niedawno przed kilkoma miesiącami, czy też tygodniami, a może nawet wczoraj, aby wskrzesić to miasto, te ziemie do nowego życia. Już na ulicach Szczecina mijamy sztafetę młodzieży, niosącą urnę z ziemią z grobów na Westerplatte. Młodzi harcerze nieśli ten symbol więzi łączącej polski Szczecin z miejscem uświęconym bohaterska krwią Żołnierzy Września walczących o Polskę. Jak się dowiedzieliśmy przybyła tu także sztafeta Warszawskiej Brygady Kawalerii przynosząc bursztyn – dar ludności miasta Gdańska dla Szczecina, a sztafeta 17 Pułku Piechoty 5 Saskiej Dywizji Piechoty przyniosła z Wałbrzycha węgiel – dar polskich górników. Wszystkie te symboliczne urny zostały złożone pod płytą pamiątkową na placu Niepodległości w Szczecinie, odsłoniętą jeszcze tego samego dnia wieczorem (braliśmy w tym udział) ku czci poległych bohaterów walk o ziemie zachodnie.
Miasto witało nas powodzią biało-czerwonych flag, zielonych girland i kolorowych kwiatów. Ozdabiały one zarówno domy już zamieszkałe, jak i wypalone szkielety murów i rumowiska kamienic. W takiej scenerii dojechaliśmy do Komendy Wojskowej m. Szczecina. Okazuje się, że spóźniliśmy się nieco, gdyż uroczystości trwają już od wczoraj, ale najważniejsze odbędą się jutro. Zakwaterowano nas w koszarach 41 PP w przyzwoitych hotelowych warunkach z całodobowym wyżywieniem. Były tu już delegacje z różnych jednostek wojskowych. Niestety nie spotkaliśmy lotników.
Wieczorem, po uroczystości odsłonięcia wspomnianej już płyty pamiątkowej na Placu Niepodległości wędrowaliśmy ulicami Szczecina. Trudno uwierzyć, że jeszcze przed rokiem i wcześniej przez wiele lat przelewały się tędy kohorty nadludzi w brązowych i czarnych koszulach z trupimi czaszkami na czapkach, a na domach powiewały flagi ze swastyką. Dziś, wiosną 1946 r., powiewają tu biało-czerwone flagi, słyszy się polską mowę, a na ulicach miasta spotyka się ludzi, którzy przybyli ze wszystkich stron Polski (mówi się, że około 30 tys.), by właśnie tu, w Szczecinie zamanifestować jedność piastowskich Ziem Odzyskanych z macierzą. Szczecin pulsuje już nowym polskim życiem.


14 kwietnia – niedziela
Dziś kulminacyjny dzień manifestacji Trzymamy straż nad Odrą. Już od wczesnego rana zbierały się na Placu Grunwaldzkim oddziały wojskowe wszystkich rodzajów broni, poczty sztandarowe jednostek frontowych i delegacje wszystkich szkół oficerskich, wśród nich nasza delegacja. Okazało się, że jesteśmy właściwie jedyną reprezentacją wojsk lotniczych, gdyż lotnictwo nie jest tu obecne ani na ziemi, ani w powietrzu. Prócz wojska zebrały się tu delegacje organizacji społecznych i politycznych, liczne rzesze młodzieży, reprezentacje wszystkich województw. Zebrała się cała Polska.
Około godziny 9.00 przybył marszałek Żymierski i dokonał przeglądu wojsk i pocztów sztandarowych, salutując buławą każdy sztandar z osobna. Oddzielnie też witał się z delegacjami szkół oficerskich. Nas powitał Czołem lotnicy! Trochę zaskoczeni i nie przygotowani, jakoś słabo odpowiedzieliśmy Czołem Obywatelu Marszałku. Następnie Marszałek dokonuje przeglądu wszystkich organizacji społecznych i delegacji ludności z całego kraju. Bardzo gorąco witany jest przez młodzież, która wznosi okrzyki na cześć marszałka i Wojska Polskiego.
Wkrótce przybywa Prezydent KRN Bolesław Bierut i cała świta rządowa. Marszałek Żymierski składa Prezydentowi meldunek i Prezydent, w towarzystwie marszałka i wojewody szczecińskiego, przechodzi przed frontem oddziałów wojskowych i ugrupowań cywilnych. Gdy witał się z nimi rozlegały się okrzyki: Niech żyje Prezydent, Prezydent Bierut – trzykrotnie – Niech żyje Rząd Jedności Narodu Niech żyje itp. Słychać też było okrzyki: Niech żyje Premier Mikołajczyk i skandowanie: Mikołajczyk, Mikołajczyk… Te spontaniczne okrzyki ucichły, gdy rozległy się fanfary – sygnał na rozpoczęcie mszy świętej.
Polową mszę św., z asystą wojska, odprawiał Dziekan Polowy Wojska Polskiego ksiądz płk Stanisław Warchałowski. Po mszy św. przemawiał do zebranych Prezydent KRN Bolesław Bierut. Po prezydencie przemawiał Naczelny Dowódca WP marszałek Michał Żymierski. Były to twarde żołnierskie słowa wypowiedziane w imieniu całego wojska o zdecydowanym i jednoznacznym stanowisku nienaruszalności granic Polski na Odrze, Nysie i Bałtyku, o gotowości obrony tych granic przed każdym agresorem i utrzymania raz na zawsze tego, co „krwią żołnierską na polach bitew wywalczone zostało”.
Na zakończenie tej doniosłej, historycznej manifestacji odbyła się wielka defilada wojska i wszystkich organizacji, uczestniczących w uroczystościach Trzymamy straż nad Odrą. Defiladę odbierali: prezydent, premier, marszałek, ministrowie i inni wysocy przedstawiciele władz państwowych, wojewódzkich i terenowych z całej Polski. Na czele kolumny wojskowej szły poczty sztandarowe oddziałów frontowych, których szlak bojowy zakończył się w Berlinie, nad Odrą, Nysą i Bałtykiem. Za nimi maszerowały delegacje szkół oficerskich – młodzi oficerowie i podchorążowie. Gdy zbliżaliśmy się do trybuny ktoś z tłumu krzyknął: A gdzie wasze samoloty? Rzeczywiście samolotów nie było. Byliśmy jedyną delegacją spieszonych lotników. Za to wojska lądowe były reprezentowane w całej swej sile i różnorodności.
Po wspólnym żołnierskim obiedzie wydanym przez gospodarzy – 41 Pułk Piechoty, dla wszystkich delegacji szkół oficerskich ruszyliśmy w miasto – każdy według swoich planów. Z naszej delegacji trzech kolegów poszło do swoich krewnych, których tu odnaleźli. Pozostała trójka: Irka Sosnowska, podchorąży Czekaj i ja, włóczyliśmy się po Szczecinie. Na ulicach, w tramwajach w kawiarenkach niebywały tłok. Więcej jest chyba przyjezdnych niż miejscowych. Z trudem dostaliśmy się do kina Bałtyk na amerykański film lotniczy pt. Mściwy Jastrząb. Fascynująca historia z działań lotnictwa amerykańskiego przeciwko Japończykom. Pierwszy raz mamy możność obejrzenia filmu amerykańskiego z polskimi napisami (słabe). Gdzieś w połowie seansu ktoś nagle krzyknął Niech żyje Mikołajczyk! Zrobiło się zamieszanie. Kilku widzów powtórzyło Niech żyje!, inni wołali cicho!, spokój! Nie było wiadomo, czy Mikołajczyk jest na sali, więc wyświetlanie filmu przerwano i zapalono światło. Okazało się, że go nie ma i wkrótce film wznowiono. Do końca seansu nie było już jednak spokoju. Niektórzy widzowie wychodzili, inni wracali, co zakłócało oglądanie tego ciekawego filmu. W ogóle premier Mikołajczyk jest tu bardzo popularny. Niektórzy wracali do koszar bardzo rozweseleni. Szczecin okazał swoją staropolską gościnność.

15 kwietnia – poniedziałek
Dzień przeznaczony na zwiedzanie Szczecina. Zwiedzamy razem z pilotem naszej szczuki st. lejtnantem Kremieniem i jego mechanikiem oraz fotoreporterem Marynarki Wojennej, który na filmie utrwala naszą obecność w różnych ciekawych miejscach. Jest ich w Szczecinie dużo z różnych okresów historycznych i różnych stylów. Niestety wiele zabytkowych obiektów jest całkowicie zrujnowanych, na wszystkich widać ślady zniszczeń wojennych i bezmyślnej dewastacji już po wyzwoleniu miasta, o czym świadczą nienaruszone szkielety wypalonych domów, kościołów i różnych budowli. Szczególnie widać to w porcie i centrum miasta. Nie ominęło to historycznego Zamku Książąt Pomorskich i pięknej nadodrzańskiej promenady nazwanej Wałami Chrobrego.


Podczas zwiedzania Szczecina fotoreporter Marynarki Wojennej J. Uklejewski wykonał lotnikom zdjęcia. Powyżej: na tle Wałów Chrobrego, od lewej: st. leit. Kremień, chor. pil. Irena Sosnowska, chor. nawig. Czesław Gagajek i mechanik pokł. Poniżej: ci sami na nabrzeżu portowym, z widocznymi w głębi szkieletami murów zabudowy portowej.




Patrząc na te zgliszcza i rumowiska nasuwają się mimo woli pytania, czy było to potrzebne, dlaczego to zrobiono, kiedy zostanie to wszystko odbudowane? Można mieć tylko nadzieję, że zapał i upór nowych prawowitych mieszkańców i gospodarzy tego miasta przywróci je szybko do dawnej świetności. Przecież dowiedli już tego w ciągu ostatnich kilku miesięcy przywracając Szczecin do życia (polska administracja przejęła Szczecin od radzieckich władz wojskowych dopiero w lipcu 1945 r.). Wędrówka po Szczecinie była dla nas znakomitą lekcją historii dawnej i tej najnowszej, współczesnej.

16 kwietnia – wtorek
Żegnamy gościnny Szczecin przy pięknej wiosennej pogodzie. Większość delegacji opuściła Szczecin już wczoraj. Podano, że odjechało 11 specjalnych pociągów, którymi rozwieziono przybyłych gości do najdalszych miast Polski: Lublina, Przemyśla, Krakowa, Wrocławia i innych. My wracamy naszą szczuką. Po śniadaniu, gościnni gospodarze z 41 Pułku Piechoty odwieźli nas mocno przeładowanym łazikiem na lotnisko w Dąbiu. Przez tych kilka dni rozlewisko znacznie ustąpiło i lotnisko podeschło. Szczuką, pilnowana cały czas przez wartownika, czekała na nas w pobliżu baraku, nazywanego portem lotniczym. Nie udało się niestety uzupełnić paliwa. Nie mamy zapasów – powiedział lotowski kierownik portu dając zgodę na start na własną odpowiedzialność. Ze startem nie było problemów. Paliwa wystarczy do Bydgoszczy. Wystartowaliśmy o 10.55 z kursem na zachód, by jeszcze raz spojrzeć na miasto, zniszczony port, rozlewiska Odry i z powietrza pożegnać polski Szczecin. Lecimy tą samą trasą z kursem okręconym o 180°. Po minięciu Piły znaleźliśmy się nad moją rodzinną ziemię zwaną Krajną. Na moją prośbę Kremień zniżył lot do wysokości ok. 300 m i nad rodzinnym domem zrobiliśmy dwa kręgi. Przez uchylone okno z kabiny pilota wyrzuciłem wcześniej przygotowany list do sióstr w specjalnym woreczku obciążonym kawałkiem muru z ruin Szczecina. Wraz z kawałkiem starego piastowskiego grodu przekazałem pozdrowienia ze Szczecina, który odtąd znowu trzyma straż nad Odrą. O godzinie 13.15 lądowaliśmy w Bydgoszczy, aby uzupełnić paliwo. Było trochę kłopotów, gdyż w nawigacyjnym planie lotu nie było zaznaczone międzylądowanie w Bydgoszczy. W końcu potraktowano nas jako lądowanie awaryjne i samolot zatankowano. Nie spodziewaliśmy się takich formalistów w pułku szturmowym. Do Dęblina wylecieliśmy o 14.25. Wylądowaliśmy na szkolnym lotnisku o godzinie 17.25.
Powitał nas oficer dyżurny garnizonu i polecił, abyśmy po wylądowaniu niezwłocznie zameldowali się u podpułkownika Michalaka. Po złożeniu meldunku przeze mnie ppłk Michalak podziękował wszystkim za dobre wykonanie zadania i prosił o przygotowanie sprawozdania z udziału delegacji szkoły, a właściwie wojsk lotniczych w narodowej manifestacji w Szczecinie celem zapoznania z jej przebiegiem całej kadry i podchorążych szkoły na specjalnej, uroczystej akademii.
Od tego czasu minęło już równo 60 lat. Polski Szczecin wiernie trzyma straż nad Odrą.

Czesław Gagajek, Kurs na Szczecin. Z dziennika nawigatora, [w:] „Lotnictwo” 2006, nr 4.

Lotnictwo 2006.