Opublikowane przez hehenio w Szczecinianie.

Lata wędrówki. Sukces

Autobiografie są bardzo ciekawym źródłem wiedzy o epoce. Nie należy im jednak zbyt bezkrytycznie wierzyć, jeśli chodzi o informacje, jakie autor podaje o sobie i swej rodzinie.
Carl Ludwig Schleich nie pisze, dlaczego gimnazjum kończył nie w Szczecinie, a w Stralsundzie (jesień 1874 – wiosna 1879 r.). Nie piszą też o tym jego późniejsi przyjaciele z Berlina. Niektórzy autorzy wiążą to z nieporozumieniami między matką a ojcem. Tu jednak można się opierać tylko na przypuszczeniach. Faktem jest, że pani Schleichowa wyprowadziła się wraz ze starszą córką do Berlina, zaś doktor Schleich pozostał w Szczecinie. W Stralsundzie mieszkał na stancji najpierw w domu „nadnauczyciela” Reisshausa, potem u dyrektora gimnazjum Wintera w Rektorhausie.
Co za okropny los dla ucznia!


Po maturze wrócił niezdecydowany jeszcze, czy zamierza zostać poetą, śpiewakiem czy lekarzem.
Przeskoczmy w czasie kilkanaście lat. Oddajmy głos pisarzowi Jurgenowi Thorwaldowi (Triumf chirurgów, rozdział VII, fragment):

Obok pań Bergmann siedziała jakaś młoda kobieta o nieprzeciętnej urodzie. Bergmann przywitał się z nią ze swoistą galanterią, będącą mieszaniną elementów bałtyckich, rosyjskich i pruskich, i przedstawił mi ją jako panią Hedwig Schleich, żonę chirurga o tym nazwisku. Okazało się, że jest nie tylko piękna, ale także mądra i wykształcona. Dowiedziałem się, że jej mąż pracował jako asystent u Virchowa, von Langenbecka i von Bergmanna, a od dwóch lat prowadzi prywatną klinikę przy Belle-Alliance-Platz w Berlinie. Z pewnością to przypadkowe spotkanie nie miałoby dla mnie żadnych dalszych następstw, gdyby pani Schleich, po godzinie daremnego czekania na męża, nie próbowała mi usprawiedliwić jego nieobecności. Najpierw powiedziała mi, że jej mąż jest artystą, który zupełnie nie liczy się z czasem. Później wyjaśniła, że od roku zaangażował się w pracę, która go wprost pochłania. Z pewnością słyszałem o próbach znieczuleń miejscowych i o ciężkich zatruciach, jakie przy tym występują. Jej mąż znalazł sposób wykluczający wszelkie niebezpieczeństwo zatrucia. Od wielu miesięcy operuje tylko według swej nowej metody, którą nazywa znieczuleniem nasiękowym. Jest oblegany przez pacjentów, którzy boją się narkozy i pragną być operowani tylko przez niego.
– Metoda nasiękowa – powtórzyła i wyjaśniła mi dalej, że nie mogę jeszcze nic wiedzieć o tym sposobie, ponieważ jej mąż nie opublikował jeszcze nic na ten temat. Ale ona wie, że wystarczają mu roztwory o nieprawdopodobnie małej, od 0,1-do 0,01-procentowej zawartości kokainy. Jeżeli mnie ta sprawa interesuje, to powinienem porozmawiać ze Schleichem osobiście. Jest to jego odkrycie i tylko on może mnie o nim obszernie poinformować.
Myśl, że najsłabszy roztwór kokainy, jaki stosował Reclus, był procentowo o wiele wyższy niż ten, o którym z takim przekonaniem mówiła pani Schleich, wzbudziła we mnie pragnienie poznania jej męża. Ponieważ Schleich nie pojawił się także w ciągu następnej godziny, chętnie przyjąłem zaproszenie jego żony na dzień następny, na popołudniową kawę.
Carl Ludwig Schleich miał w chwili, gdy go poznałem, 31 lat i był jednym z najbardziej niezwykłych ludzi, jakich można sobie wyobrazić. Młody człowiek, średniego wzrostu, z kokieteryjnym wąsikiem, krótko przystrzyżoną czupryną „na jeża” oraz o trochę miękkiej, ale miłej twarzy, której zaczerwienienie pozwalało przypuszczać, że człowiek ten lubi wino. Oczy miał płomienne, marzycielskie, a jego ubiór zdradzał cygańską swobodę.
Schleich był synem szanowanego w gruncie rzeczy, choć nieco kontrowersyjnego lekarza ze Szczecina, który studiował jeszcze u Dieffenbacha, znanego w pierwszej połowie XIX wieku chirurga berlińskiego, którego ze względu na jego odwagę nazywano „diabłem”.

Stigmella lediella odkryta przez Schleicha-ojca

Carl Ludwig Schleich nie ułatwiał życia swojemu ojcu. Chciał być poetą, aktorem albo muzykiem. Ojciec wręcz zmusił go do rozpoczęcia studiów medycznych w Zurychu. Tam mieszkał prawie przez dwa lata, wcale się poważnie do studiów nie zabierając. Prowadził życie hulaszcze w stylu cyganerii, trwonił przesyłane przez ojca pieniądze, bezsensownie się zadłużał. Znajdującego się na krawędzi załamania fizycznego. Wyczerpanego ciągłą pijatyką i wesołymi zabawami – w takim stanie ojciec zabrał go do Szczecina. Z wielką cierpliwością doprowadził do tego, że syn skończył pierwsze dwa lata medycyny na uniwersytecie w Greifswaldzie.
Niezwykłe zdolności młodego Schleicha spowodowały, że rzeczywiście w ciągu paru dni potrafił przyswoić sobie to, na co inni potrzebowali tygodni. Może uskrzydlał go fakt, że w ciągu tych miesięcy poznał bliżej swą późniejszą żonę, którą znał już z lat szkolnych. Wywarła wtedy na nim głębokie wrażenie. Pewnego dnia ojciec wprowadził go do domu Rudolfa Oelschlaegera, prezesa północnoniemieckiego towarzystwa kolejowego, gdzie odnalazł dawną koleżankę szkolną, która okazała się córką Oelschlaegera. Odtąd dom ten stał się dla niego swego rodzaju oparciem i oazą spokoju. Po zdaniu egzaminu w Greifswaldzie Schleich kontynuował studia medyczne, tym razem w Berlinie. Pomogły mu dawne znajomości ojca. Został asystentem Langenbecka, Bergmanna i Virchowa. Świat anatomii, powolne wnikanie w tajemnice ludzkiego życia i życia w ogóle pogodziły go po raz pierwszy z medycyną. Pociągały go niewyjaśnione jeszcze wtedy funkcje systemu nerwowego. Miesiącami zajmował się teraz bardzo subtelną budową nerwów, a zwłaszcza komórkami zwojowymi w mózgu. Wyobraźnia podsuwała mu pierwsze fantastyczne teorie o przewodnictwie nerwów, co później wywarło tak ogromny wpływ na jego życie.

Świeżo upieczony chirurg

Po pewnym czasie wciągnął go jednak po raz drugi dziki nurt życia artystycznego owych lat. Upijał się, występował w podrzędnych teatrzykach i jako śpiewak uliczny przyłączał się do podwórkowych kapel za parę groszy i jedzenie – wszystko po to, by udowodnić ojcu, że sam potrafi zdobyć jakąś niezależną pozycję. Ale wszystko to na próżno…
Przerwijmy na moment panu Thorwaldowi.
W Berlinie, na rogu Unter den Linden i Neue Wilhelmstraße była knajpa, „Wein- und Probierstube von Gustav Türke”, ze względu na zawieszony u wejścia skórzany bukłak zwana „Czarnym Prosiakiem“. Była to jedna z jaskiń berlińskiej bohemy i dekadencji. Tu, w bocznej salce, w kłębach cygarowego dymu pili na umór i dyskutowali do rana Munch, Strindberg, Ola Hanson, Laura Marholm, Hamsun, Dehmel, Przybyszewski, Scheerbart, Asch, Elias, Hartleben. I Carl Ludwig Schleich. To towarzystwo musiało wciągnąć każdego człowieka o niebanalnej osobowości. A że nie służyło mieszczańskiej karierze?…

Czarny prosiak

…Nosił się nawet z myślą o samobójstwie, gdy wreszcie ojciec przyjechał do Berlina i po raz drugi wyciągnął go z nizin przegranego życia. Na pół roku zamknął prywatną praktykę lekarską tylko po to, by po raz drugi pracować wspólnie ze swoim synem i umożliwić mu tym razem zdanie egzaminu dyplomowego z medycyny. Jedyną skuteczną bronią, jaką dysponował, był wzgląd na Hedwig, która czekała na młodego Schleicha i, podobnie jak jego ojciec, gotowa była wybaczyć mu wszystkie wybryki. Siedział odtąd dzień w dzień z synem i uczył go, sam się przy tym ucząc. Z niewypowiedzianą cierpliwością i wielkim talentem pedagogicznym zmuszał go do pracy. Nie zapominał nawet o winie i dokonał w końcu rzeczy nieprawdopodobnej. Syn zdał egzamin dyplomowy i przez dłuższy czas pracował jako asystent na oddziale wewnętrznym, ginekologicznym i chirurgicznym. Po pewnym czasie ojciec znów wyciągnął do syna pomocną dłoń. Pożyczył mu konieczną sumę na założenie prywatnej kliniki chirurgicznej. Była to właśnie klinika przy Belle-Alliance-Platz.
W roku 1889 Carl Schleich ożenił się z Hedwig Oelschlaeger, a więc mniej więcej na dwa lata przed tym jak ich oboje poznałem. Tutaj też rozpoczął swoją karierę jako chirurg. Wprawdzie nigdy nie zapomniał swoich poetyckich i muzycznych tęsknot, ale odkrył też, że prawdziwie wielkie osiągnięcia chirurgiczne przekraczają możliwości ręki rzemieślnika i wymagają ręki artysty. Ponieważ miał tę artystyczną rękę, na sukcesy nie trzeba było długo czekać.
Zasadniczo nie był człowiekiem, który sumiennie czyta publikacje naukowe. Jego siłą napędową była intuicja i wyobraźnia. Mimo to przynajmniej część licznych publikacji na temat prób znieczulenia kokainą nie uszła jego uwagi. Dotyczyło to także relacji o objawach zatruć, które się przy tym zdarzały. O Reclusie nic nie słyszał. Nie znał nawet jego nazwiska. W gruncie rzeczy w dziedzinę znieczulenia miejscowego wprowadził go genialny przypadek. Po egzaminie dyplomowym nigdy nie zerwał zupełnie swoich stosunków z berlińskim światem artystycznym. Pewnego wieczoru latem 1890 r., zaledwie pół roku przed naszym pierwszym spotkaniem, poznał w pewnym towarzystwie literatów młodego polskiego poetę, muzyka i studenta medycyny, pracującego w Berlinie u anatoma Waldeyera. Nazywał się Stanisław Przybyszewski. (Stanisław Przybyszewski wspominał: „Doktor Schleich posiada bardzo piękną prywatną klinikę chirurgiczną i przyległe do niej bardzo miłe mieszkanie. Obdarzony jest ponadto pięknym barytonem i nade wszystko kocha śpiew. Byłoby trudno w całym Berlinie znaleźć równie piękny instrument jak schleichowy Steinway”). W czasie wesołej libacji, gdy Polak z żarliwym oddaniem grał Chopina, Schleich oglądał jego zeszyty z wykładów. Podczas gdy w jego uszach dalej brzmiała muzyka, on przyglądał się cudownym rysunkom subtelnych rozgałęzień komórek nerwowych przedstawionych w tych zeszytach z taką dokładnością i precyzją, jakiej nigdy przedtem nie widział. Nagle muzyka i rysunek jakby zlały się w jedno odczucie.

Stanisław Przybyszewski w litografii Edwarda Muncha

Myśl, która nim w tym momencie owładnęła, można było z grubsza sprowadzić do prostych pytań: Czy nie można by postąpić z nerwami ludzkimi tak jak ze strunami fortepianu? Czy nie można by przyhamować zdolności przewodzenia bólu cienkich rozgałęzień komórek nerwowych, jeśliby przez wstrzyknięcie roztworu soli kuchennej do sąsiednich tkanek doprowadzić – przez obrzęk – do ucisku włókien nerwowych? Schleich był człowiekiem czynu, więc podążył natychmiast do swojej kliniki i zaalarmował swego asystenta Dawida Wittkowskiego. W ciągu następnej półgodziny, po licznych zastrzykach roztworu soli kuchennej w swoje lewe ramię, przekonał się, że obrzęk tkanek jest istotnie idealnym środkiem tłumiącym przewodzenie bólu. Z nieubłaganą konsekwencją nasunęła mu się myśl, że nerwom, których zdolność przewodnictwa w ten sposób już i tak jest osłabiona, wystarczyłaby teraz minimalna dawka kokainy, by wyłączyć całkowicie ich przewodnictwo bólu. Schleich spróbował z 0,2-procentowym roztworem kokainy. Naciął swe własne ramię, Nie odczuł bólu.
Tego tak pobudliwego Schleicha ogarnął teraz entuzjazm wynalazcy. Wkrótce rozpoczął pierwsze próby na pacjentach, początkowo przy małych powierzchownych operacjach dłoni i rąk. Zasadniczo jego metoda nie różniła się zbytnio od metody Reclusa. Schleich nie uznawał właściwego znieczulenia przewodowego. Przed każdym cięciem wstrzykiwał kokainę w daną warstwę tkanek, docierając w ten sposób do tkanek położonych coraz głębiej. Wcale nie musiał teraz dokładnie kontrolować ilości zastrzyków. Mógł wstrzykiwać nawet duże ilości roztworu, tym bardziej, że zmniejszył później stężenie roztworu z 0.1 na 0,01 procent. Jedno w każdym razie szczególnie różniło go od Reclusa. Otóż dla wyeliminowania bólu, odczuwanego przy każdym nakłuciu robionym w miejscu jeszcze nie znieczulonym, Schleich posługiwał się metodą zamrażania chlorkiem etylu opracowaną przez Benjamina Richardsona. W trakcie operacji stałe powtarzał użycie sprayu i stwierdził przy tym, że stosowanie tego sposobu pogłębia jeszcze działania minimalnych dawek kokainy. Nie przeczuwał jeszcze, że ów spray – pomyślany jako dodatek – miał decydujące znaczenie dla powodzenia jego metody.
Przeprowadził już bardzo dużą ilość operacji swoim sposobem, gdy po południu 31 stycznia 1891 r. zademonstrował mi trzy zabiegi, jeden na kobiecie chorej na serce oraz dwa na starszych mężczyznach z ciężkimi schorzeniami oskrzeli. Chorzy ci z pewnością nie znieśliby skutków narkozy. W pierwszym przypadku chodziło o usunięcie sutka, w następnych o odjęcie zgorzelinowej stopy i operację przepukliny. Sam sposób przeprowadzenia znieczulenia wydawał się nieco bardziej skomplikowany niż u Reclusa, gdyż dochodziło stosowanie sprayu chloroetanowego, a ponadto nastrzykiwanie tkanek upośledzało orientację anatomiczną. Ale Schleich pokonywał wszelkie trudności z podziwu godną zręcznością.
Pozostałem jeszcze w Berlinie przez trzy tygodnie i przyglądałem się kilku operacjom w małej klinice Schleicha. Ostatniego dnia mego pobytu byłem świadkiem operacji torbieli podbrzusza w znieczuleniu miejscowym. Bez wątpienia był to wyczyn mistrzowski, który znakomicie potwierdzał skuteczność jego metody. Przy pożegnaniu namawiałem go, podobnie jak Reclusa, do publikacji jego pracy. Opowiedział, iż chce to uczynić na Kongresie Chirurgów Niemieckich w Berlinie za rok albo dwa.

Odkrywca

Jeśli Schleich nie chciał stracić jednego roku, to jego nazwisko powinno się znaleźć już teraz na liście referujących. Wreszcie, na krótko przed Kongresem, zobaczyłem tę listę. Przejrzałem ją i rzeczywiście znalazłem jego nazwisko: dr Carl Ludwig Schleich i temat zapowiedzianego referatu – „Bezbolesne operacje przy miejscowym znieczuleniu nasiękowym”.
Kongres odbywał się w nowo wybudowanym Domu Langenbecka przy Ziegelstraße. Gdy w kwietniu 1892 r. nieco spóźniony przyjechałem do Berlina, Kongres już się rozpoczął. Zdążyłem jednak jeszcze na posiedzenie, na którym miał referować Schleich, ale nie miałem już okazji, żeby z nim przedtem porozmawiać. Zobaczyłem go dopiero w chwili, gdy wchodził na ogromną, białą i pełną złoceń salę wykładową w towarzystwie około 70-letniego mężczyzny z iście lwią czupryną. W ciemnym, odświętnym garniturze Schleich prezentował się zupełnie niezwykle. Jego twarz była mocno zaczerwieniona ze zdenerwowania, a oczy błyszczały, jakby już widział triumf, który dziś miał się stać jego udziałem. Ale jeszcze bardziej błyszczały okolone głębokimi zmarszczkami oczy starszego pana, który kroczył obok niego. Dowiedziałem się, że był to ojciec Schleicha. Przyjechał specjalnie ze Szczecina do Berlina, by być świadkiem owego triumfu. A więc to był ten niezwykły człowiek, który wprowadził swego marnotrawnego syna na wyżyny sławy.
Sala była nabita do ostatniego miejsca, gdy Schleich wstąpił na podium. Zebrało się około 700 lekarzy pod przewodnictwem dyrektora Szpitala Charite, profesora von Bardelebena.
Zdenerwowanie Schleicha wzrosło jeszcze w chwili, gdy zaczął mówić. Później twierdzono, że przed swoim występem podpił sobie dla odwagi. Ale ja w to nie wierzę. Zaczął nieco drżącym głosem. Potem jednak przedstawił wyniki swoich badań, wprawdzie z ożywieniem i bardzo obrazowym językiem, ale tak rzeczowo i przede wszystkim tak przekonywająco, że nie miałem żadnej wątpliwości, iż po wykładzie nastąpi burzliwa owacja, mimo że rozglądając się po sali zauważyłem na twarzach Bardelebena, Esmarcha i innych niemieckich sław brak zrozumienia.
Pod koniec wykładu głos Schleicha stawał się coraz żywszy, a dla mnie coraz bardziej porywający. Najwidoczniej historia własnego odkrycia, którą tu referował, dodawała mu polotu. Zakończył triumfalnym stwierdzeniem, popartym tysiąckrotnie własnymi sukcesami: – Po tym, co powiedziano tutaj o stanie znieczulenia, uważam stosowanie przy operacjach narkozy chloroformowej lub innej metody inhalacyjnej za mocno niewskazane, jeśli nie wzięto wcześniej pod uwagę zastosowania znieczulenia nasiękowego. Wobec tego przeprowadzenie pod narkozą operacji, którą można by z pewnością przeprowadzić w tej czy innej formie znieczulenia miejscowego. Muszę określić – przy obecnym stanie wiedzy o znieczuleniu nasiękowym – jako zbrodnię!
Słowo „zbrodnia”, które tak nagle wybuchło z ust Schleicha, wzbudziło nawet we mnie pewien niesmak. Ale dalej oczekiwałem, że lada chwila rozlegną się oklaski wyrażające wielkie uznanie dla Schleicha.
Lecz właśnie w tym momencie usłyszałem wokół siebie słaby pomruk. który wcale nie zwiastował uznania, a raczej wyrażał oburzenie.
Nagle zobaczyłem, że Bardeleben wstał. Jego oblicze płonęło wręcz gniewem i oburzeniem. Potrząsnął swoim dzwonkiem i podniesionym głosem zawołał na całą salę: – Panowie! Jeśli zarzuca się nam tutaj takie rzeczy, jakie usłyszeliśmy w ostatnim zdaniu przedmówcy, to możemy także wyrazić własne zdanie, gdyż jest to zebranie otwarte. Proszę tych panów, którzy są przekonani o prawdziwości tego, co nam tu zarzucono, o podniesienie ręki…
Wszystko to odbyło się tak szybko, że z zaskoczenia siedziałem jak sparaliżowany. Wokoło rozległy się odgłosy uznania, ale nie dla Schleicha, tylko dla Bardelebena. Ani jedna ręka nie podniosła się. Zobaczyłem, że płomienna czerwień twarzy Schleicha zmieniła się w szarą bladość. Wytrącony z równowagi, drżącymi ustami poprosił o głos. – Panowie – zawołał. Prosił, aby wysłuchano, co ma jeszcze do powiedzenia. Może udowodnić, że wszystko, o czym mówił, jest prawdą.
Ale Bardeleben przerwał mu: – Nie. Stwierdzam, że żadna ręka nie podniosła się. Poparły go nowe oklaski. – Czy ktoś życzy sobie dyskusji? – zapytał nie patrząc na Schleicha. – Proszę, by ci, którzy życzą sobie dyskusji, podnieśli ręce. – I natychmiast dodał: – Nie podnosi się żadna ręka. Dyskusji nie będzie.
Ciągle jeszcze niezdolny do jakiegokolwiek ruchu, widziałem, jak Schleich opuszcza podium i idzie przez salę ku wyjściu, zmieszany, bezradny, upokorzony, strącony nagle z wyżyn swych radosnych oczekiwań. Prawdopodobnie nie rozumiał wcale, że to ogromne wzburzenie na sali spowodowało jedno słowo: „zbrodnia”.
Podniosłem się ze swojego miejsca i wśród ogólnego poruszenia szukałem drogi do wyjścia, by dogonić Schleicha i powiedzieć mu parę pocieszających słów. Gdy jednak w końcu dotarłem do wyjścia, Schleich wraz ze swoim ojcem już zniknął. Zobaczyłem go dopiero następnego dnia, mocno rozgoryczonego i przepełnionego nienawistną pogardą dla wszystkich prominentów świata chirurgicznego, która go już zresztą nie opuszczała do końca życia. Przy tej okazji dowiedziałem się, że także teraz, w godzinie największego upadku; jego ojciec był tą osobą, która potrafiła go skutecznie podtrzymać na duchu. Do historii przeszły jego słowa: Karolu! Ci ludzie zupełnie zwariowali. Chodź, pójdziemy do Hillera i wypijemy butelkę szampana. I tak będą musieli przyznać ci rację!” Swoją drogą, do dziś nie pojawiła się w druku żadna relacja przedstawiająca bezstronnie istotę tego zajścia na owym posiedzeniu Kongresu.
Odtrącenie Schleicha na Kongresie Chirurgów w roku 1892 stało się później w Niemczech wręcz legendarnym zdarzeniem i kanwą licznych utworów literackich na temat niedocenienia młodego geniusza przez akademicką medycynę. Rozpalona wyobraźnia Schleicha zacierała obraz faktycznych zajść na Kongresie, na którym, prawdę mówiąc, również on sam nie był bez winy, a jego uzdolnienia literackie przedstawiały go niemieckiej publiczności w roli męczennika nauki dużo szybciej i z większym powodzeniem, niż miało to miejsce w przypadku takich ludzi, jak Semmelweis i Lister. Pomogły mu w tym jego osobiste kontakty z artystami i dziennikarzami, którzy uznali jego sprawę za swoją. Tym samym otrzymał satysfakcję, której tak bardzo domagała się jego pobudliwa i wrażliwa dusza, ale i znalazł się na pozycji autsajdera i – przy całym uznaniu, jakiego mu później nie odmawiano – nigdy już nie został zaliczony do właściwego kręgu niemieckich chirurgów.
Początkowo rozgoryczony Schleich pracował – dalej nad swoją metodą, a jako pierwszy poparł go Bergmann. W czasie berlińskiego Kongresu Chirurgów w roku 1894 Bergmann zaprosił Schleicha do swojej kliniki na Ziegelstraße, by ten zademonstrował swoją metodę. Pokazowi mieli się przyglądać zaproszeni goście uczestnicy Kongresu. Bergmann zażądał przedstawienia między innymi operacji żylaków odbytu. Ale jakże znamienny dla powstałego głębokiego rozłamu był fakt, że na pokaz stawiło się niespełna trzydzieści osób na około siedmiuset gości reszta zignorowała demonstrację Schleicha. Następnego dnia Bergmann oświadczył przed Kongresem: – Referent może zatem polecać metodę znieczulenia nasiękowego sposobem Schleicha do niezbyt dużych operacji w obszarze zdrowej skóry i musi przyznać, że pan Schleich ma nieocenione zasługi dla rozwoju i udoskonalenia tej metody. – Takie były pierwsze oficjalne słowa uznania, ale na tłumie słuchaczy zrobiły one niewielkie wrażenie. Kilkakrotnie odwiedzałem w tych dniach klinikę Schleicha i za każdym razem ogarniało mnie wielkie oburzenie, gdy widziałem, ilu ludzi się tutaj ratuje, ludzi, którzy gdzie indziej musieliby umrzeć, ponieważ nie wytrzymaliby narkozy. W rozmowach z przyjaciółmi i znajomymi, od Esmarcha począwszy, a skończywszy na Mikuliczu i Bergmannie, nie ukrywałem swego zdania. Lecz o ile wszyscy prywatnie żałowali przykrych zajść na Kongresie, to oficjalnie większość z nich nie wyjawiała swego poglądu na ów drażliwy temat.
Tymczasem liczba niemieckich i zagranicznych chirurgów, którzy odwiedzali Schleicha w celach naukowych, wzrosła niepomiernie. Znieczulenie nasiękowe stosowano w coraz szerszym zakresie także w Ameryce, w salach operacyjnych takich sław, jak Würdemann, Parvin, Bloch czy Tennies. Mimo to i mimo konieczności zastąpienia narkozy innym sposobem znieczulenia – czego domagali się sumienni lekarze – metoda Schleicha rozprzestrzeniała się tylko w pewnych, ściśle wyznaczonych granicach. Centralną postacią zapewniającą powodzenie metody pozostawał Schleich. Wytłumaczenie tego faktu znajdowałem w wypowiedziach licznych lekarzy odwiedzających Schleicha. Podawali oni argument, który pojawił się już wcześniej, że metoda ta jest zbyt skomplikowana dla przeciętnego chirurga, niedysponującego tak niebywałą zręcznością i wprawą jak Schleich. Naturalnie broniłem jej przed tym zarzutem, choć – gdy przyglądałem się z bliska i dokładnie artystycznemu mistrzostwu Schleicha w posługiwaniu się na przemian sprayem, strzykawką i narzędziami chirurgicznymi – jakiś głos wewnętrzny podpowiadał mi, że argument ten w gruncie rzeczy jest słuszny, a z czasem może się stać przeszkodą nie do pokonania przy próbie upowszechnienia tej metody w praktyce.
Na wiosnę 1894 r. Schleich ukończył rękopis obszernej książki, w której szczegółowo wyjaśnił powstanie i użyteczność swojej metody dla najrozmaitszych typów operacji. Tytuł tego dzieła brzmiał: „Bezbolesne operacje, znieczulenie miejscowe płynami obojętnymi”. Bez wątpienia rękopis ten zawierał pewną ilość przekornie entuzjastycznych spostrzeżeń, które nawet w moich oczach wydawały się mocno przesadzone. Ale poza tym było to arcydzieło. Przez wiele miesięcy Schleich szukał daremnie wydawcy. Klątwa z roku 1892 nie została zapomniana przez wydawców literatury fachowej. Wreszcie profesor Langgard z Instytutu Farmakologicznego w Berlinie, autsajder w gronie chirurgów, przekonał wydawcę Juliusa Springera o wielkiej wartości dzieła i jesienią 1894 r. książka ukazała się w druku. Odniosła wielki sukces i Schleich po raz pierwszy zdobył międzynarodową sławę.
Z chwilą ukazania się dzieła Schleicha skończył się okres prawie zupełnej rezygnacji z kokainy, mimo że wkrótce okazało się, iż techniczna zawiłość tego sposobu jest rzeczywiście przeszkodą nie do pokonania dla przeciętnego chirurga, a tym samym dla upowszechnienia tej metody znieczuleniowej. Jednak samo przezwyciężenie tej wielkiej rezygnacji jest niezaprzeczalną zasługą Schleicha. Pozostała nawet wówczas, gdy Schleicha spotkała druga porażka, która dotknęła go jeszcze głębiej. Niemiecki chirurg Heinrich Braun – nowa postać na polu walki o znieczulenie miejscowe, a zarazem ten, który dokończył dzieła – udowodnił, że wprawdzie postępowanie Schleicha jest skuteczne i daje dobre wyniki, ale teoretyczne wytłumaczenie, którym uzasadnił swoje znieczulenie nasiękowe jest błędne. Zwłaszcza owa błyskotliwa myśl o „tłumiku strun fortepianowych”, która olśniła go w roku 1890 i dała początek całej jego pracy – opiera się na fałszywych przesłankach
.

Potem

Świat fachowców poczuł się urażony ostrymi sformułowaniami Schleicha, ale tak naprawdę znienawidził go, gdy okazało się, że trzeba mu przyznać rację.
Nieźle profitująca własna klinika pozwoliła mu coraz częściej uciekać w świat sztuki i filozofii.
W 1900 r. Carl Ludwig Schleich został kierownikiem oddziału chirurgicznego w szpitalu powiatowym w Groß Lichterfelde. Była to funkcja związana z profesurą. Nie wytrzymał długo – w 1901 r. odszedł na tle stałych konfliktów z pedantycznym szefem. W szpitalu za jego czasów ograniczono aseptykę do stosowania gorącej wody i wynalezionego przez Schleicha mydła marmurowego, rezygnując z jodoformu i karbolu.
Mydło marmurowe (zawierające zmielony proszek marmurowy i wysoko ceniony przez wynalazcę wosk), w zamierzeniu mające złuszczać wierzchnią warstwę naskórka wraz z bakteriami, było wymyślone i produkowane przez Schleicha we własnej wytwórni. Według twórcy miało także oddziaływać w chorobach serca przez pobudzanie „elektromolekularnych prądów w skórze” i dzięki „mikroćwiczeniom gimnastycznym” pobudzać ukrwienie. W leczeniu ran był pionierem stosowania środków „homogenicznych”, opartych na związkach białka i metali oraz ich soli (pasta peptonowo-rtęciowa, gluton, chromożelatyna). Wytwarzaniem i rozprowadzaniem Glutolu – maści zawierającej formalinę – zajęła się firma Schering z Berlina. Zwracał uwagę na to, że stosowanie mydła pozbawia skórę naturalnej błony ochronnego wosku. Stąd zawartość wosku w jego maściach i mydłach. Postulował, by zamiast aseptyką zająć się „atoksyką”, czyli usuwaniem nie tyle baterii, co ich toksycznych produktów: alkaloidów, fermentów, toksyn gnilnych. Wiele jego teorii trąciło wówczas herezją.
Podczas wojny postulował wyposażanie żołnierzy w małe zestawy do znieczulenia na wypadek odniesienia ran. Miało to oszczędzić im cierpień podczas transportu i od chłodu. Pomysł odrzucono – żołnierze mogliby owe zestawy wypić…
Wynalezioną przez siebie pastę woskową stosował także w… malarstwie. Twierdził, że wosk daje dużo szersze możliwości od oleju. Malował całkiem niezłe pejzaże.

Widok Zalewu Szczecińskiego C. L. Schleich; technika własna

Poza „Bezbolesnymi operacjami” napisał także, jeśli chodzi o literaturę fachową, „Leczenie ran”(1899 r.) i „Dwa lata doświadczeń chirurgii wojennej” (1916 r.).
W literaturze pięknej trudno przecenić jego wspomnienia dotyczące wielkich ludzi, z którymi przyszło mu się zetknąć. Były to zarówno czołowe postacie świata medycznego, jak Rudolf Virchow, ale także przyjaciele z „Czarnego Prosiaka”: August Strindberg, Knut Hamsun czy Richard Demmel.
Zostawił parę rozpraw z pogranicza filozofii i psychologii, w których znawcy dopatrują się nieuniknionych wpływów Strindberga. Najważniejsza z nich to „Es lautet die Glocken. Phantasien über den Sinn des Lebens – Niech zabrzmią dzwony. Fantazje o sensie życia”. Pisał także o podświadomości, histerii, eutanazji, transplantacjach.
Dla szczecinian fundamentalna jest jego ostatnia książka, autobiografia „Besonnte Vergangenheit. Lebenserinnerungen – Nasłoneczniona przeszłość. Wspomnienia”. Zawiera barwny opis spędzonego w Szczecinie i na Wolinie dzieciństwa i młodości, obyczajów szczecińskiego mieszczaństwa i ciekawego życia.

U kresu

Carl Ludwig Schleich zmarł 7 marca 1922 r. w sanatorium Bad Saarow pod Berlinem. Pochowany jest na Cmentarzu Leśnym w Stahnsdorf.

Korzystałem m.in. z:

Carl Ludwig Schleich, Besonnte Vergangenheit. Lebenserinnerungen.
Jurgen Thorwald, Triumf chirurgów.
Bernhard Meyer, Von der Fachwelt ignoriert. Der Arzt Carl Ludwig Schleich (1859-1922).
http://www.carl-ludwig-schleich.de – stronę opracował pan Jürgen Pohl.

Konsultacja terminologii medycznej: Sławek (sedina.pl).

Ilustracje dzięki uprzejmości pana Jürgena Pohla.