Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

Słońce. Żar leje się z nieba i bucha z rozprażonego bruku. Nawet tutaj, w półmroku antykwariatu, nie da się skryć przed lipcowym upałem, przed promieniami słońca buszującego po regałach. Ręce leniwie przesuwają się po grzbietach książek, wzrok obojętnie rejestruje tytuły. Polskie… francuskie… niemieckie… Może by się temu przyjrzeć? Mała, cienka książeczka w brunatnej oprawie: „Opernführer” z 1928 r. Taki sobie rarytasik sprzed pół wieku. Może i warto kupić? Te postacie upozowane na fotografiach z przesadną charakteryzacją i sztuczną, śmieszną ekspresją, ci dawno zmarli śpiewacy o oczach odbijających blask magnezji… Kupić? Tylko że już nie ma gdzie tych książek pomieścić… Więc nie kupować? Już tomik wędruje z powrotem na półkę, gdy nagle sztywna okładka jakby sama się odchyla, a ostry promień słońca pada na pierwszą stronę. Widnieje na niej trochę przybladły, ale jeszcze czytelny odcisk pieczątki: Władysław Górzyński – Więc to on był poprzednim posiadaczem tego antykwarycznego egzemplarza. Gorąca fala serdecznego wzruszenia podpływa do serca.

Władek. Poznaliśmy się pewnego styczniowego poranka. Był 1954 r. Miałem jeszcze wówczas dość czasu, by prócz funkcji dyrygenta filharmonii szczecińskiej wziąć na siebie obowiązki kierownika redakcji muzycznej tutejszej Rozgłośni. I właśnie podczas poniedziałkowego kolegium usiedliśmy obok siebie. Przedstawiłem się sympatycznemu sąsiadowi nie mogącemu wprawdzie imponować wzrostem, ale który emanował życzliwością i czarującymi manierami jak gdyby wzorowanymi na podręcznikach bontonu sprzed pierwszej wojny. Nie – nie przełamujemy ani pierwszych lodów, ani drugich, ani w ogóle żadnych, bo jak tu łamać coś, czego nie ma? Wiedziałem o panu Władysławie to i owo, choć prawdę mówiąc, w świecie muzycznym o wiele bardziej znany był jego brat, o osiem lat młodszy Zdzisław. Mówiło się nawet, że Władysław z pełną świadomością usunął się w cień brata, gdy po śmierci ojca wypadło mu przejąć opiekę nad młodziutkim podówczas Zdzisławem. Obu w tajniki gry skrzypcowej wprowadzał wpierw ojciec, a później prof. Wierzuchowski, z teorią muzyki obaj zapoznali się w rodzinnym Krakowie w konserwatorium prowadzonym przez samego Władysława Żeleńskiego i – rozeszły się ich drogi. Starszy z braci pobierał lekcje kompozycji i dyrygentury u Feliksa Nowowiejskiego, a że to wywijanie pałeczką szło mu wybornie, przeto nic nie stało na przeszkodzie, by nie nabrać ostatecznego szlifu za granicą. W Lipsku i Berlinie. W Niemczech też założył Górzyński własne orkiestry, z którymi koncertował również w Wiedniu i Paryżu. W tym samym czasie skrystalizował się kierunek jego zainteresowań, nic więc dziwnego, że po powrocie do kraju – ściśle rzecz biorąc do Krakowa – prowadził orkiestrę o wyraźnie rozrywkowym charakterze, grającą dla milionów słuchaczy. Tak – właśnie dla milionów, bo była to orkiestra radiowa, a rzecz działa się w 1927 r. Osiem lat później Górzyński przeniósł się do Warszawy, gdzie jego brat założył znaną i ogromnie popularną Małą Orkiestrę Polskiego Radia. Pan Władysław zasiadł w grupie skrzypiec, z czasem zamienił smyczek na batutę, a mając do dyspozycji zespół złożony ze świetnych instrumentalistów, rozwinął działalność kompozytorską. Jego muzyka oparta jest na najlepszych wzorach, na tradycjach Wielkiej Trójcy: dwóch Johannów i jednego Josefa. Czy trzeba wymieniać ich nazwiska? Więc proszę – wiedeńscy Straussowie są wzorami dla Władysława Górzyńskiego. Skąd? Stąd, że ojciec obu braci Górzyńskich grał w orkiestrze Johanna Straussa – juniora i pod jego batutą. A więc pana Władysława można nazwać czymś w rodzaju „muzycznego wnuka” króla walca. On zaś sam uważał się również za spadkobiercę muzycznej tradycji Adama Wrońskiego, którego znał i z którym współpracował.
Wojna. Górzyński stracił w niej trzech synów, a że żona zmarła mu już wcześniej, został sam. Nieprawda. Nie był sam, bo została mu przecież muzyka. Tak rozpoczął się nowy okres w życiu Władysława Górzyńskiego. Krótkie etapy w Łodzi i Wrocławiu, a później już Szczecin. Ostatnie dwadzieścia lat życia, podzielone na dwa równe dziesięciolecia. Dziesięć lat pracy, dziesięć lat odpoczynku. I odejście. Czas pobytu w Szczecinie był – jak sądzę – czasem szczęśliwym dla Górzyńskiego i na pewno pomyślnym dla miasta. Zorganizowana przez pana Władysława w 1946 r. orkiestra, doczekawszy się w dwa lata później stabilizacji, stała się ważnym elementem szczecińskiego życia kulturalnego, a co najważniejsze, jako zespół firmowany przez Polskie Radio, dała świadectwo prawdzie o polskości Szczecina, o jego odradzaniu się również w dziedzinie sztuki, o coraz liczniejszym napływie zawodowych muzyków do miasta nad Odrą. Przyjeżdżali z całej Polski, najwięcej zaś z Poznania, w dużej mierze dzięki przedsiębiorczości i umiejętności przekonywania Władysława Górzyńskiego.
Orkiestra Rozgłośni szczecińskiej pod jego dyrekcją często – coraz częściej – pojawiała się na antenie ogólnopolskiej, co nie przeszkadzało, że nie było poważniejszej imprezy w Szczecinie czy bliższym lub dalszym sąsiedztwie, która mogłaby obejść się bez występu ulubionego przez wszystkich zespołu. Znakomicie układała się współpraca obu panów zjednoczonych w jednym ciele: Górzyńskiego – dyrygenta z Górzyńskim – kompozytorem. Zajrzyjmy do taśmoteki szczecińskiej Rozgłośni. Oto kilka zaledwie z wielu przykładów twórczości emanującego energią artysty, świadczących o jego związaniu się z wybranym miastem: „Na Jasnych Błoniach”, „W naszym Szczecinie”. „Na szczecińskiej fali”, „Szczecinianka”, „Na Wałach Chrobrego”, to tytuły mazurów, polek, marszów, tak łatwo wpadających w ucho i – co tu ukrywać – tak potrzebnych przeciętnemu słuchaczowi nie obeznanemu z „wielkim repertuarem”, ale przecież spragnionemu dobrej muzyki rozrywkowej. Górzyński nie ograniczał się do szukania źródeł inspiracji w samym tylko Szczecinie. Spod jego pióra (długopisu raczej nie uznawał), płynęły drobne nutki układające się w całość zatytułowaną „Na wyścigach”, opatrzoną wiele mówiącym podtytułem „Galop łobeski”.
Słońce.
Jesteśmy w Sorrento. Nie jest to wprawdzie owo idylliczne miasteczko z piosenki „Wróć do Sorrento”, jeno „Sorrento” szczecińskie, swojskie, popularna wówczas kawiarnia usytuowana u zbiegu ulic: Mickiewicza i Bolesława Śmiałego, dwa kroki od Rozgłośni. Nam w zupełności wystarczyła. Bo mieliśmy słońce w sercach. My – to znaczy Władek i ja. W kieliszkach wypełnionych białym, wytrawnym rieslingiem załamywały się słoneczne promienie wpadające przez szerokie okna werandy. Przed kilkoma dniami, dokładnie 1 lutego 1957 r. odbył się potrójny jubileusz: siedemdziesiątej rocznicy urodzin Górzyńskiego, sześć dziesięciolecia jego pracy artystycznej i trzydziestolecia działalności radiowej. Gala w filharmonii, uroczysty koncert z udziałem potrójnego jubilata i jego znanego brata, gratulacje, odznaczenia, kwiaty, prasa, radio i – ogromny ładunek serdeczności. Górzyński musiał „odreagować” to wszystko. Rozmawialiśmy o tym, co nas interesowało i co było nam tak drogie, przy czym w miarę ubywania złotawego płynu w kieliszkach, przybywało tematów i przybywało wspomnień. Gawędziliśmy sobie o interpretacji straussowskich walców, o tym gdzie w czwartym ogniwie „Cesarskiego walca” wprowadzać rallentanda, a gdzie zawieszenia linii melodycznej, rozrzewnialiśmy się wędrując w marzeniach ulicami Wiednia, aż nagle przyszło mi do głowy osobliwe pytanie:
– Władziu… a jakie było twoje opus pierwsze numer jeden?
Sekunda zastanowienia i już oblicze Górzyńskiego rozjaśnił szeroki, jowialny uśmiech.
– Wyobraź sobie, że byłem jeszcze podrostkiem i chodziłem do jednego z krakowskich gimnazjów. Kochałem się. Głęboko i oczywiście beznadziejnie. Zamiast pisać wiersze, pisałem muzykę. Dla niej. Miała prześliczne oczy. Nic więc dziwnego, że mój pierwszy utwór – a był to walc – nosił tytuł „Czar oczu”.
Władek zaniósł się śmiechem.
– Zgadnij jaką formę miało moje drugie opus!
– Czy ja wiem… pewnie był to poemat symfoniczny. Nie? No więc gawot albo kankan! – wpadam z jednej skrajności w drugą i zaczynam pleść co mi fantazja, a raczej potężna dawka rieslinga, na język przynosi.
– Jaki tam kankan! – moje vis-a-vis ociera załzawione ze śmiechu oczy. – Aleś bracie trafił! Przecież ci mówiłem, że się kochałem nieszczęśliwie, a więc przychodziły mi do głowy różne ponure myśli, no więc po „Czarze oczu” nastąpił natychmiast – trzymaj się chłopie! – nastąpił marsz żałobny!
Opuściliśmy „Sorrento”. Trzymając się pod ręce, wędrowaliśmy ogromnie rozradowani i szczęśliwi al. Wojska Polskiego. Twarzami prosto w słońce.
Pod koniec 1955 r. orkiestra Górzyńskiego przestała istnieć. Dlaczego? Przyczyn było kilka, najistotniejszą wszakże było stałe powiększanie orkiestry filharmonii szczecińskiej. Co ambitniejszym muzykom bardziej odpowiadała praca w instytucji uprawiającej wielkie formy, poza tym pojęcie kaperownictwa istnieje nie tylko w sporcie. Władysław Górzyński przeszedł na emeryturę. Lata pracy zrobiły swoje, szczególnie wzrok począł odmawiać posłuszeństwa. Władysław coraz rzadziej opuszczał mieszkanie. Zwróciłem się do ówczesnego dyrektora filharmonii z prośbą o wydanie stałego zaproszenia na koncerty temu, dzięki któremu filharmoniczna orkiestra wzbogaciła się o naprawdę dobrych instrumentalistów. Dyrektor… nie widział powodu ani podstaw do takiego gestu, więc Górzyńskiego ominęła niespodzianka, która sprawiłaby mu tyle radości, mimo że i tak nie mógłby już z niej korzystać…
Słońce.
Wiosenne, majowe, triumfalnie przebija się przez warstwę chmur. Jego promień padł na kwiaty zdobiące trumnę. Na wieńcach wstęgi z uświęconymi tradycją, stereotypowymi napisami. Orszak postępował w milczeniu. Nie graliśmy Górzyńskiemu jego marsza żałobnego. Opus drugie. Nie było w ogóle żadnej muzyki. Nie miał kto grać. Bo dyrektor filharmonii nie wyraził zgody na zwolnienie kilkunastu muzyków na godzinę przed zakończeniem próby. Więc…
Dwadzieścia lat po śmierci Władka, w pogodny kwietniowy ranek wybrałem się na jego grób. Łatwo go odnaleźć. Wystarczy przekroczyć główne wejście, skierować się w prawo, minąć imponujący pomnik i skręcić w pierwszą alejkę. Miejsce jego ostatniego spoczynku jest widoczne z daleka. Adres: kwatera 37b-20-l. Szeroka, szara płyta nagrobkowa, nad nią na białym tle napis Władysław Górzyński, dyrygent i kompozytor, 20 V 1887 – 3 V 1966. I to już wszystko. Jeśli nie liczyć wygodnej ławeczki – Władek był zawsze niezwykle gościnny – na której siedziałem bardzo długo. Mieliśmy sobie wiele do powiedzenia. Jak wówczas w „Sorrento”. O czym rozmawialiśmy? Przepraszam – ale to wyłącznie nasza sprawa. Oprawa muzyczna tego spotkania była wymarzona. Chóry. Ptasie chóry sposobiły się do wiosennych występów, a górą, w czubach drzew niósł się szum wiatru. Odchodząc, odwróciłem się w ostatnim pożegnaniu. Na szarej płycie zarysowała się z niezwykłą wyrazistością wyryta na niej pięciostrunna lira. Oświetlała ją złota plama wiosennego słońca.

Walerian Pawłowski, Władysław Górzyński 1887 – 1966. Pięciostrunna lira, [w:] Ku Słońcu 125. Księga z miasta umarłych, pod red. M. Czarnieckiego, Szczecin 1987.