Opublikowane przez hehenio w Szczecinianie.

Patrząc na zdjęcia Szczecina sprzed półtora wieku nie zdajemy sobie sprawy, że ciasne uliczki i podwórka Starego miasta wypełniała również wrzawa dziecięcych głosów.

Szczecińskie dzieciństwo

W starym nadodrzańskim mieście Szczecinie, 19 czerwca 1859, w samo niedzielne południe, mimo potężnych i wytrwałych sił sprzysiężonych przeciw mej egzystencji, zesłano mnie, całkiem nieświadomego, na ten padół łez.
Tak zaczyna swoje wspomnienia Carl Ludwig Schleich. Rodzina Schleichów wywodziła się z Bawarii. Przodek, protestancki pastor, przybył na Pomorze w siedemnastym wieku. Tu Schleichowie wzbogacili się na handlu zbożem. Rodzina matki – prości ludzie wzbogaceni na wydobywaniu i wypalaniu wapna, zamieszkiwała w Wapnicy na Wolinie. Tam mały Carl spędzał wakacje. Ich barwny opis to materiał na zupełnie inną opowieść…


Ojciec, również Carl Ludwig, był w Szczecinie osobą nader poważaną. Jako lekarz okulista, przez trzydzieści pięć lat był przewodniczącym Pomorskiego Związku Lekarzy i Izby Lekarskiej w Szczecinie, miał tytuł tajnego radcy sanitarnego. Uczeń Dieffenbacha, dobry znajomy takich sław jak Virchow, Graefe czy Helmholtz. Wielkim marzeniem i życiowym celem starszego Schleicha było, by jego syn również został lekarzem. W jego realizacji był bardzo konsekwentny i trzeba przyznać, gotów do licznych poświęceń.
We wspomnieniach Carla widzimy go jako człowieka łagodnego, bardzo oddanego swej licznej – cztery córki, dwóch synów – rodzinie.
Pierwszym ideałem Carla Schleicha było zostać dorożkarzem. Zestawiał zaprzęg z ośmiu koników na kółkach, powóz stanowiły odpowiednio ustawione krzesła. Nieodzownym atrybutem był paradny bat. Wzorcem, naśladowanym i ubóstwianym – woźnica ojca, Hildebrandt. Gdy pewnego razu odkrył, że w jego „zaprzęgu” brakuje „dziury na bat” (chodziło o skórzaną rurkę z boku siedzenia woźnicy), zrobił tak histeryczną scenę ze spazmatycznym wielogodzinnym szlochem, że „mój dobry ojciec objeździł całe miasto by odnaleźć gotowy „Peitschenloch”, jak nazwałem tę gorąco pożądaną wspaniałość, szukając go w sklepach z zabawkami, u siodlarzy i w sklepach z uprzężą. Daremnie! Wielogodzinne oczekiwanie na tę garść powietrza owiniętą w kawałek skóry musiałem wypełnić paroksyzmem beczenia, który rozstrajał cały dom i doprowadził do łez moja matkę. Aż w końcu znalazł się zbawca, który poświecił pół dnia swojej lekarskiej praktyki, i zapukał do drzwi z symbolem dorożkarskiej godności”.

Przyszły dorożkarz

Przemyślane i kosztowne zabawki, jakie dostawali obaj synowie świadczą, że ojciec troszczył się o rozwijanie ich zainteresowań. Carl wspomina, że były to: czarodziejskie szkatułki, teatrzyki dziecięce z nieprzeliczonymi dekoracjami i figurkami na dla wszelkich wystawień, grające bąki, statki parowe, aparaty do elektryzowania i całe armie ołowianych żołnierzy. A ojciec, któremu pozostało szczęśliwie coś z dziecięcego pociągu do zabawy, często kucał z nami, przy czym jego długie czarne włosy opadały mu na twarz, i majsterkował, robiąc żrącymi kwasami zakazane przez mamę plamy na dywanach i podłodze”. Gdy kiedyś nakręcany (biegający i ryczący!) lew z papiermache zakończył życie w wyniku polowania z zasadzki, ugodzony bohatersko pałką, nożem i widelcem przez „abisyńskich myśliwych, ojciec skwitował to tragicznym stwierdzeniem: To biedne zwierzę kosztowało trzydzieści talarów. Po czym po paru kuksańcach przystąpili we trzech do „sekcji”, by wyjaśnić fizjologię ruchu bestii i jej lwiego ryku. Puszczając wykonane wspólnie latawce, biegaliśmy tam i z powrotem po wielkim placu ćwiczeń wojskowych przed Bramą Berlińską, póki jak ogromne motyle nie wzniosły się w powietrze na odwijanym z ogromnego kłębka szpagacie.
Jeśli w pogodną niedzielę nie popłynęli statkiem do dziadków do Wapnicy na Wolinie, cała szóstka ładowała się wraz z mamą do wielkiego doktorskiego powozu by pojechać w któreś z bogatych w motyle miejsc w okolicy Szczecina. Często celem był rodzinny majątek ojca, Zabelsdorf (dziś Niebuszewo, okolice ul. Przyjaciół Żołnierza, rozebrany ostatecznie w latach osiemdziesiątych; w resztkach parku stoi kościół). Celem wyprawy było polowanie na ćmy. Bo doktor Schleich był zawołanym entomologiem! Specjalizował się w małych motylach i ćmach. Było to wówczas hobby dość popularne, połączone ze współzawodnictwem w bogactwie i różnorodności kolekcji i handlem wymiennym. Podkradanie sobie nawzajem ciekawszych egzemplarzy było w środowisku entomologów traktowane jako rodzaj sportu. Ojciec wykształcił synów na małych detektywów czuwających nad jego zbiorami. Kiedyś udało im się chwalebnie „odkraść” zwędzone przez starego rosyjskiego generała parę kasetek z motylami. Zbiory swoje, liczące ponad dziesięć tysięcy drobnych motyli, w tym wiele przez siebie odkrytych i opisanych Schleich przekazał szczecińskiemu muzeum. Po złapaniu nieznanego dotąd okazu głośno triumfująca kompania wracała transportując połów do domu. A jazda trwała dobre trzy godziny. Doktor Schleich robił też doświadczenia nad zachowaniem godowym ciem: umieszczał samiczkę w wypełnionej liśćmi puszce między skrzydłami podwójnego okna – następnego ranka okno było obsiadłe przez tuziny śnieżnobiałych motyli.
Pierwszym zapamiętanym obrazem szczecińskim był przemarsz wojska austriackiego, w białych płaszczach i niebieskich czapkach, zdążającego w 1864 na wojnę w Szlezwiku-Holsztynie. Jeden z żołnierzy wziął małego Carla za rękę i ten maszerował dumnie wraz z kompanią ulicami.
We wspomnieniach zostało też podwórko rodzinnego domu przy Wollweberstraße 22 (dziś Tkacka), gdzie Schleichowie odnajmowali mieszkanie u kupca winnego, starego grubego pana Scheiberta. (Potem na parceli tej i sąsiednich stanął dom towarowy braci Horst, dziś zwany „Odzieżowcem”). Dom był niczym arsenał, pełen winiarskich aparatów, ogromnych beczek, stojaków na butelki, lejów filtracyjnych, lewarów, dźwigów i rolek z głębokimi bruzdami wyrobionymi od lin spuszczających do piwnic ciężkie beczki. To podwórko, ze swymi spichrzami, stajniami, zmywalniami, kręconymi schodami było rajem dla naszych zabaw dziecięcych. Małe wózki do przewozu paczek były naszymi powozami. Głębokie, sklepione piwnice przyciągały z niebywałą, średniowieczną, ponurą siłą. Tu zbierała się kompania (…) by wyczyniać wszelkie hokus-pokus. Tu fabrykowało się proch, majstrowało fajerwerki i przeprowadzało eksplozje, odlewało się ołów topiąc różne przedmioty, podrabiało pieniądze, robiło doświadczenia chemiczne – tak, że cudem jest, żeśmy całej kamienicy nie wysadzili w powietrze. A poczciwy pan Scheibert pozwalał nam rządzić według naszej woli, traktując nas jak coś w rodzaju królików, pętających się pod nogami, ale niezdolnych zakłócić biegu jego licznych obowiązków. Ciągle mam przed oczyma każde miejsce tego rajskiego ogrodu zabaw dziecięcych – i widzę także siebie, rozłupującego dwoma kamieniami zegarek kieszonkowy, który mnie, pięciolatkowi nieodpowiedzialnie podarował mój Papa. Popychała mnie do tego czysta żądzą poznania, która naciskała, by ptaszkowi czasu podskubać skrzydełka. Potem jednak, becząc przed zagniewanym ojcem, wywodziłem: „Przecież chłopcy muszą wiedzieć, co jest tam w środku!”

Tkacka, róg Łaziebnej – widok sprzed rodzinnego domu Carla

Początki nauki Schleich pamiętał słabo: posłano go do czegoś w rodzaju przedszkola – Spielschule – do którego odprowadzała go „nasza Berta”.
Naukę kontynuował w Gimnazjum Fundacji Mariackiej. Tu sprawy przedstawiały się poważniej – zaczynała sie prawdziwa tresura. Wrył się w pamięć „stary Stahr”, zrzędliwy, mały czarny człowiek, otoczony obłokiem tabacznego pyłu. Nagle rozbrzmiewał jego wrzask: Richtung!, a towarzyszył mu świst przedłużonego przezeń o wąską trzcinkę, wskaźnika do map. Jeśli któryś z uczniów wychylił się z idealnie równego, ramię w ramię, od pierwszej do ostatniej ławki, rzędu siedzących – spadał na jego głowę lub kark nieomylny cios. Stahrowie byli poza tym zacną szczecińska familią, z nich pochodził znawca Goethego Alfred i dwie pisujące romantyczne powieści siostry. Kiedy niekiedy przychodził do nas bardzo miły i dobroduszny człowieczek ze skrzypcami i smyczkiem, w jedwabnej czapeczce na głowie, by uczyć nas kwilić małe dwugłosowe piosneczki. To był Carl Löwe, geniusz. Z dziecięcym niewzruszonym obiektywizmem przyjmowaliśmy te historyczne momenty chłodno, jako oczywistość. Pamiętam, że wielki mistrz stukał mnie czasem do taktu smyczkiem po głowie (…). I pamiętam, ze godziny te sprawiały nam wiele radości i że owe piosenki brzmiały głośno między Katedrą a Placem Parad, gdy wracaliśmy do domu.
Z wczesnych lat zachowały się też wspomnienia wymarszu żołnierzy garnizonu szczecińskiego na wojny w 1866 i 1871: Wciąż jeszcze widzę tych królewskich grenadierów, niemal zataczających się od naporu kobiet i dzieci, wtykających im bukiety kwiatów za pasy oporządzenia, sunących w górę Sołtysiej, ogień w spojrzeniu, policzki zaczerwienione z dumy i szczęścia. I za każdym razem przed orkiestrą pułkową gruby „Olin”, kapelmistrz, ulubieniec całego miasta, formalnie cały obwity girlandami, z wielkim wieńcem, tak, że tylko maczuga dyrygencka jak igła kompasu drgała nad całością. Obcy ludzie z płaczem wpadali sobie w ramiona. 1866! 1871!
A radość roku 1866 była tym większą, że krótko przedtem miasto nawiedziła epidemia cholery.
Wielu ludzi zmarło straszną śmiercią w Szczecinie, wielu krewnych padło jej ofiarą. Niebywałym było dla nas, dzieci, przysłuchiwanie się zebraniom lekarzy w dużym gabinecie ojca. Tym przygnębionym szeptom dzielnych wojowników przeciw rozwścieczonej śmierci! Tylko wuj Wißmann, ojca szczególny przyjaciel, nie dawał się wyprowadzić z nastroju. Ten uduchowiony, na wskroś muzykalny człowiek, znany tłumacz Arystofanesa, siadał przy fortepianie i akompaniował sobie artystycznym gwizdaniem bądź śpiewał arie, jak zawsze przy szczególnych okazjach. Nie wyłączał się jednak całkowicie i gdy koledzy pytali, co słychać z tym czy tamtym, przerywał na chwilę grę by miedzy arpeggiami rzucić krótkie: „wyjdzie z tego” albo „już po nim”.
Jednego dnia ojciec wrócił szczególnie przygnębiony: zmarli właśnie jego siostra Lotta, nasz stolarz i domowy totumfacki Wrentsch i ojca kolega Schultze. Wszyscy troje jednego ranka. Do dziś mogę wyliczyć całą obrzydliwą symptomatologię cholery według drastycznych obrazów opisywanych matce przez ojca. Jako kuriozum mogę podać, że ojciec do dziś wierzy, że oznaką wychodzenia z choroby jest nagły, histeryczny głód pacjenta na konfitury. „Stary Grischow znów zażądał smażonych borówek i pożarł trzy litry. Wyzdrowieje! Kantzow spałaszował beczułkę jagód. Wyzdrowieje!”
I naturalnie od razu wszystkim chorym aplikowano smażone borówki czy jagody.
Cholera była także przyczyną pierwszego i jedynego prawdziwego lania, jakie dostałem. Miałem kolegę z podwórza, Wilhelma Dinse, syna praczki z naprzeciwka, jedynego, który doceniał moje literackie ambicje. Jemu i jego matce czytywałem moje wiersze. Razem stworzyliśmy swego rodzaju tragedię poświęconą tej zacnej kapłance mydła i proszku i zamierzaliśmy jej ją przeczytać. Z tego egzaminu zwolniła nasza protektorkę śmierć. Nagle zmarła na cholerę. Po naradzie stwierdziliśmy, ze zmarła też może wysłuchać tego, czego odmówiło jej życie. Odegraliśmy naszą tragedię nad jej marami. Zasiedliśmy przed wystrojonym na biało ciałem i z zeszytów odczytywaliśmy swoje role, gdy nagle otwarły się drzwi i z rozwianym włosem, cicho, wpadł mój tato. Gwałtownie chwycił mnie za kołnierz i zawlókł do naszego mieszkania i zawołał matkę. Obnażyli mnie, matka trzymała a ojciec smagał (…)
.
Szczecin swej młodości wspomina jako miasto z odciśniętym piętnem handlu i rybactwa. Dane mu potem było obserwować rozwijający się przemysł stoczniowy. Schleichowie byli ściśle związani z Vulcanem – już przez to, że ojciec był okulistą w tej zatrudniającej tysiące robotników przy wytopie, kuciu i nitowaniu, już przez to, ze był zaprzyjaźnionym czy choćby znajomym wielu osób z kierownictwa. Carl wspomina, że ulubieniec cesarza Wilhelma II, Albert Schlutow, zwany był Wujkiem Schllutow zarówno na zamku jak i u nich w domu. Wspomina także podsłuchaną rozmowę jednego z wujów z ojcem: Toć to zaś głupota jest, z tymi żelaznymi statkami! Toć dziecko wie, że drewno pływa, żelazo tonie. To niemożliwe jest, by się żelazny statek na wodzie trzymał! Bo i niestety, prawdą było, że pierwsze żelazne statki ze Szczecina nie miały szczęścia. Założona w młodości Carla szczecińska linia żeglugowa „Baltischer Lloyd” straciła trzy wspaniałe transatlantyki od Vulcana: dwa zatonęły bez ofiar, zaś trzeci, u wybrzeży Norwegii, ze wszystkimi pasażerami i całą załogą. Późniejszy wspaniały rozwój floty wodowanej w Vulcanie napawał Carla – dziecko portu dumą i radością, jej upadek po I wojnie kładł się bolesnym cieniem na wspomnienia.
Naturalnie, my młodzi stale przebywaliśmy nad wodą, w porcie albo na bulwarze, w nie zawsze najstaranniejszej odzieży, kręcąc się wraz z tubylczą dziatwą bulwarową. Tam zawsze było coś do podziwiania, obserwowania, zwędzenia czy złasowania z zamorskich towarów. Udawało się buchnąć czasem chleb świętojański, migdały, pomarańcze, cukier surowy lub lodowy, lukrecję czy wszelakie przyprawy. Tak upływała dość wojowniczo moja pierwsza młodość, w towarzystwie łazików i małych rabusiów, bo o ile pamiętam, rodzice moi aż do dość późnych lat nie czynili nic by dać mi ogładę stosowna do naszego stanu. Jestem im za to serdecznie wdzięczny, bo z tych czasów kontaktów z opryszkami, Bowkies, i obdartusami, których futurystyczo – kubistycznie połatane portki posiadały osobliwą cechę stałego opadania, wyniosłem prawdziwą wolność od uprzedzeń stanowych i predylekcję do wyrzutków społeczeństwa oraz humorystyczno – fatalistyczną skłonność do traktowania nadchodzącego cicho losu jak bulwarowego strażnika.
Z licznych bulwarowych i ulicznych bojów na kije od mioteł i husarskie szable z obręczy po beczkach, wielu odwetów (w których raczej szło o ząb za ząb niż o oko za oko) wyniosłem wyraźną skłonność do traktowania z respektem moich przeciwników, z którymi żeśmy się czubili, ale i lubili
. Cenionym terenem zabaw były, mimo zakazu wstępu, stare wały forteczne i kazamaty garnizonu.
Tam także miewały miejsce pierwsze doświadczenia erotyczne z siostrzyczkami naszych wrogów…
Chociaż oboje rodzice byli muzykalni, Carl Ludwig Schleich wspomina, że otrzymał wcześnie standardowe wówczas wykształcenie muzyczne na lekcjach u poczciwego ”ojca Rowe” pozwalające mu biegle czytać nuty i grać na fortepianie. Schleich sam sugeruje, że bardziej osobisty, ciepły stosunek do muzyki wyniósł z kontaktów z cyganami, z którymi bawił się podczas wakacji u dziadków na Wolinie. Potem, by „stał się muzykalnie gotowy” załatwiono mu lekcje wiolonczeli u pana Rhode, który co drugi dzień poddawał go „tresurze wiolonczelowej”. Tresurze skutecznej i nie tak bardzo przykrej, skoro pozwalała mu ona później grywać w orkiestrach w Stransuldzie, Greifswaldzie, Berlinie i Zurychu. Dawało mu to również, bardzo wówczas cenioną towarzysko, umiejętność grywania muzyki kameralnej. W czasach, gdy muzyka istniała tylko „na żywo” popularnym było wzajemne odwiedzanie się znajomych, by razem pograć w duecie, tercecie, kwartecie specjalnie na takie wieczory komponowane, niezbyt trudne, utwory kameralne. Tworzyli wraz z kolegami szkolnymi Otto Vorpahlem i Gustawem Heinrichem trio. Razem uczęszczali na zajęcia z harmonii i kompozycji do konserwatorium Kurzego, grywali też w orkiestrze Gimnazjum Miejskiego. Na repertuar składały się sonaty wiolonczelowe Beethovena, Rubinsteina, Mendelssohna, sonata e-mol Brahmsa. Wcześnie też Carl Ludwig Schleich zaczął komponować. Matka z trudem skrywała śmiech, pokazując Krauzemu „Marsz żałobny na wypadek niezdania do następnej klasy” oraz „Radosną pieśń krawców dla rozweselenia mamy”, ten jednak po przejrzeniu tych drobiazgów stwierdził: „Zaprawdy, ten chłopak ma talent!”. Ogarnęła mnie prawdziwa gorączka komponowania (…). W twórczym szale zapisywałem tuziny zeszytów nutowych. Żadna kuzynka nie była bezpieczna od dedykowanych jej pieśni: o księżycu, o miłości, o śmierci…. Z polecenia następcy Löwego, Lorentza został przyjęty do chóru u świętego Jakuba. Tam zdarzało mu się wraz z kolega Vopahlem akompaniować do liturgii, przy ślubach i śpiewać w chórze Towarzystwa Muzycznego. Dyrygent dopuszczał ich nawet do śpiewania partii solowych w kantatach Bacha i Händla. Chwalił go przed ojcem i przekonywał, by pozwolił mu zostać muzykiem. To jednak tylko irytowało radcę Schleicha – Carl miał przecież zostać doktorem!

Lata gimnazjalne

Ważne w życiu Carla okazało się odwiedzanie wraz z tatą, w celach wspólnego muzykowania, mieszkania wuja Rudolfa Oelschlaegera, dyrektora i prezydenta Kolei Berlińsko – Szczecińskiej. W córce Oelschlaegera Carl podkochiwał się od dzieciństwa. Śpiewaliśmy w duecie, akompaniowała mi wspaniale na wiolonczeli, jej zachwycający głos całkowicie mnie pokonał. A gdy potem wyszliśmy na szeroki balkon budynku Dyrekcji Kolei, z rozległym widokiem na Odrę, łąki, lasy Puszczy Bukowej, gdy nagle księżyc zalał nasz rodzinny krajobraz srebrnym światłem, i gdy porwany pięknem chwili bezwiednie zacząłem mówić jej czule niezrównany wiersz Goethego „Füllest wieder Busch und Tal”, wiedziałem, że na zawsze cos dzieje się z mym sercem.

Heldwig Oelschlaeger

Zdjęcia dzięki uprzejmości pana Jürgena Pohla.