Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

Zaprzyjaźniliśmy się jesienią 1947 r. Ja pracowałem w Urzędzie Pełnomocnika do Rozbudowy i Zagospodarowania Portu Szczecina, a Feliks Jordan był naczelnym redaktorem tygodnika „Szczecin”. Wydawała ten tygodnik spółdzielnia „Polskie Pismo i Książka”, założona z inicjatywy kilku politycznych więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych.

Zbliżyły nas podobne zainteresowania. Zajmując się w urzędzie pisaniem dla władz centralnych i wojewódzkich sprawozdań oraz analiz ekonomicznych z budownictwa portowego i aktywizacji gospodarczej regionu, byłem niejako monopolistą wiadomości także o gospodarce morskiej. Taka tematyka interesowała Jordana jako redaktora pisma o ambicjach marynistycznych. Wszystko to jednak – według ówczesnych wymagań – było tajne, ściśle tajne lub co najmniej – poufne.
Na początku 1948 r. nastał klimat sprzyjający „odtajnianiu” tego rodzaju materiałów. Trzeba było tylko rzecz zainicjować i umotywować zainteresowaniami społecznymi. Na opublikowanie każdego tekstu musiała być zgoda Gabinetu Ministra Żeglugi.
W takich to okolicznościach, od marca 1948 r., na łamach redagowanego przez Jordana tygodnika zaczęły się ukazywać materiały o gospodarce morskiej, jakich po wojnie nigdy jeszcze nie publikowano. Mówiono: Rozbiła się bania z tajemnicami liczb statystycznych.
Nagle wszystko stało się jawne: budowa szczecińskiego portu węglowego i stacji rozrządowej, techniczne wyposażenie nabrzeży, ruch statków i obroty towarowe w portach Gdyni, Gdańska i Szczecina, tranzyt przez polskie porty, rywalizacja portów europejskich, a poza tym – aktywizacja gospodarcza regionu i trochę też historii o granicy na Odrze. Teksty bywały zwykle długie, pełne liczb. Większe podpisywałem pseudonimem Wojciech Ilczyński, felietonowe – Adalbertus.
Tak zwyczajnie i nieoczekiwanie zostaliśmy pionierami. Trzeba przyznać z satysfakcją – pisał dyrektor Gospodarczego Archiwum Morskiego w Gdańsku, Benedykt Krzywiec – że podjęcie takiej pionierskiej tematyki stanowi bardzo pozytywną stronę działalności na niwie publicystyki gospodarczo-morskiej nie tylko w ośrodku szczecińskim, ale też w skali szerszej, ogólnopolskiej, gdyż tygodnik „Szczecin” jest czytany z równym zainteresowaniem na Wybrzeżu Nadwiślańskim, jak w Poznaniu, Wrocławiu, Katowicach czy Warszawie. Prawda, że był chętnie czytany i było to już osobistą zasługą Jordana, doświadczonego dziennikarza i redaktora. Tygodnik „Szczecin” pod jego redakcją przestał być „organem publikacyjnym Związku Zrzeszeń Kupieckich Województwa Szczecińskiego”, jak za poprzedniej redakcji, stał się pismem o zainteresowaniach raczej wszechstronnych – kulturalnych i ekonomicznych, popularyzującym wiedzę o gospodarce morskiej i dziejach Pomorza, a co istotne – pismem bez kompleksów prowincjonalnych.
W „Szczecinie” zamieszczali swoje teksty poeci i prozaicy znani już przed wojną i debiutujący po wojnie: Jerzy Andrzejewski, Lech Bądkowski, Marian Brandys, Franciszek Fenikowski, Zbigniew Herbert, Tymoteusz Karpowicz, Gerard Labuda, Jan Papuga, Jan Parandowski, Eugeniusz Paukszta, Jerzy Pertek, Marian Piechal, Leszek Prorok, Witold Wirpsza. Z taką „kolekcją” nazwisk można było redagować pismo o znaczeniu nie tylko lokalnym.
Wspomnijmy jeszcze, w jakich to odbywało się warunkach. Prawie połowa wielokrotnie bombardowanego miasta leżała w gruzach. Miasto rozległe terytorialnie jak Warszawa, w 1948 r. miało zaledwie 145 tysięcy mieszkańców. Wszystko, co usiłowali robić w Szczecinie pracownicy instytucji artystycznych, literaci i dziennikarze, kojarzyło się z „kulturą wśród ruin”. Ale pracowało się z pasją, z wiarą w przyszłość i z powodzeniem – tak właśnie jak Jordan w tygodniku „Szczecin”.
Co więcej wiem o Feliksie Jordanie? Urodził się 31 lipca 1903 r. w rodzinie ziemiańskiej, w Pustowójtach, w pobliżu Kaniowa nad Dnieprem. Gimnazjum ukończył w Charkowie.
W 1924 r. zaczął pracować w toruńskim „Słowie Pomorskim”, następnie w Polskiej Agencji Telegraficznej i „Gazecie Warszawskiej”. W 1930 r. po ukończeniu studiów uniwersyteckich (historia), został sekretarzem redakcji „Warszawskiego Dziennika Narodowego”. Pracował tam do wybuchu wojny.
W dniach kampanii wrześniowej walczył w Batalionach Robotniczych Obrony Warszawy. Organizatorem ich był naczelny redaktor „Robotnika”, Mieczysław Niedziałkowski, na którego wezwanie zgłosiło się także wielu warszawskich dziennikarzy. O losach tych batalionów i losach wielu ich żołnierzy – także o Jordanie – pisał Czesław Ostańkowicz: w tygodniku „Odra” (nr 35, 1958), w książce „Ziemia parująca cyklonem” i w polemicznej rozprawie „Brygada żołnierzy zapomnianych” („Polityka” nr 37, 1975). W każdym z tych tekstów są wzmianki o Feliksie Jordanie z 5 kompanii. której dowódcą był Ostańkowicz.
W relacji z ataku kompanii na gniazdo nieprzyjacielskie w rejonie Wola-Ochota Ostańkowicz pisze: Zapamiętałem plutonowego Mariana Żurawskiego, starszego strzelca Stanisława Bendowskiego, starszego strzelca Feliksa Jordana (…). Ale sam Jordan nigdy się nie „chwalił” udziałem w walkach, nawet gdy pisał o BROW.
Potem – konspiracja. Został współredaktorem „Biuletynu BROW”. Prześladowania zaczęły się w lipcu 1940 r. Jordan ukrywał się, pracował jako kelner w kawiarni „Artystyczna”. W centrali gestapo w al. Szucha
i na Pawiaku przebywał razem z grupą żołnierzy BROW i z Ostańkowiczem, który po wojnie pisał o wdzięczności więźniów, gdy poznali zdobyty przez jednego z nich pełny tekst z przesłuchania red. Jordana.
O tym „pełnym tekście z przesłuchania” rozmawiałem z Ostańkowiczem wiele lat później, gdy obaj byliśmy współpracownikami redakcji wrocławskiego tygodnika „Odra”. Jordanowi zawdzięczamy dużo – powiedział mi Ostańkowicz. – Wielu ludzi zawdzięcza mu życie. Wiedzieliśmy, że był katowany w gestapo w al. Szucha. Ale nie załamał się, nie wydał nikogo, wytrwał. Wiedziałem też skądinąd, że z gestapo wyszedł okrutnie zmasakrowany, z powybijanymi zębami, lecz nie skończył z konspiracją.
Rozmawiając z nim kiedyś o tych dramatycznych przeżyciach w czasach konspiracyjnej pracy dziennikarskiej myślałem, że miał strasznego pecha: tyle razy był aresztowany, a raz – w czasie ucieczki z transportu więźniów – ciężko ranny. Ale miał też fenomenalne szczęście – uratował życie.
Po wojnie został najpierw urzędnikiem w PCK w Warszawie, potem pracownikiem Państwowych Nieruchomości Ziemskich w Poznaniu, a następnie, jako że był religijny, współredagował wydaną w Gnieźnie hagiograficzną monografię: „Święty Wojciech 997-1947” (950. rocznica męczeńskiej śmierci). Kolejnym etapem był Szczecin i redagowanie wspomnianego już tygodnika „Szczecin”, przemianowanego po jakimś czasie na „Tygodnik Wybrzeża”.
Obradujący w Szczecinie w dniach 20 i 21 stycznia 1949 r. walny zjazd Związku Literatów miał zapoczątkować aktywizację życia umysłowego, lecz zapoczątkował walkę o tzw. realizm socjalistyczny. Jednym z przejawów tej „walki” była likwidacja „Tygodnika Wybrzeża”. Feliks Jordan przeszedł do pracy w „Kurierze Szczecińskim” jako kierownik działu kulturalnego.
Pisząc to wspomnienie przejrzałem teczki wycinków gazetowych z jego tekstami. Nie ma wśród nich ani jednego z czasów przedwojennych i wojennych. Przepadły w zburzonym warszawskim domu. Zachowało się tylko to, co pisał w „Kurierze”, w innych gazetach i czasopismach. Lektura tych dziennikarskich „dzieł zebranych” zadziwia – jakże rozległe były jego zainteresowania.
Publicysta i felietonista wypowiadał się na temat aktualnych spraw kultury, ale przede wszystkim był recenzentem teatralnym. Szesnaście lat pisał recenzje chyba z wszystkich sztuk, które „za jego czasów” były wystawiane w Szczecinie. Czyta się dziś te recenzje z ogromnym zainteresowaniem. Stanowią niezwykle ciekawe materiały dotyczące historii szczecińskich teatrów. Dużo w nich oryginalnych myśli o przemijających tendencjach w polskiej dramaturgii, dużo też o problemach naszych scen, ich reżyserach i aktorach. Nie brak ironicznych spostrzeżeń na temat teatru ogromnego i… rentownego.
W recenzjach, tak samo jak w całej swojej działalności redaktora i dziennikarza, jak w opiniach o ludziach i zdarzeniach, był krytyczny, ale zawsze rzetelny, nigdy złośliwy, chociaż potrafił być szyderczy. Recenzję z wystawy socrealistycznego malarstwa zatytułował gromkim ostrzeżeniem: „Nie wychylać się!”.
Z wykształcenia historyk i autor szkiców historycznych z cyklu „Mówią wieki” (pisanych pod pseudonimem Wiesława Odrzyńskiego), sporo swoich tekstów adresował do młodzieży, pragnąc utrwalić w jej świadomości potrzebę wiedzy o dziejach Polski. Staranny stylista zwalczał „pęta sloganu” nie tylko w szkolnej polonistyce, lecz także w dziennikarstwie i w utworach literackich. No i z powodzeniem unikał „drętwej mowy” w swoich tekstach.
Trzeba też przyznać, że w okresach, gdy było to możliwe, umiał inicjować autentyczny „ruch w kulturze”. Bardzo się tym pasjonował. Wspierał publicystycznie rozwój amatorskiego ruchu artystycznego i twórczości amatorskiej, zapisywał w swoich notatnikach reporterskich prawie każde zdarzenie z życia kulturalnego i często sam w owych zdarzeniach uczestniczył. Dziś już mało kto pamięta, że to Feliks Jordan zainicjował powstanie Towarzystwa Przyjaciół Szczecina i także z tego powodu miał w tym mieście wielu przyjaciół.
Wspominam go najserdeczniej.
Zmarł 20 czerwca 1965 r.

Wojciech Myślenicki, Feliks Jordan 1903 – 1965. Krytyczny i rzetelny, [w:] Ku Słońcu 125. Księga z miasta umarłych, pod red. M. Czarnieckiego, Szczecin 1987.