Opublikowane przez sedina w Publicystyka.

Co roku ten sam dylemat: co właściwie obchodzimy 26 kwietnia? Bo przecież nie „wyzwolenie Szczecina”, jak z uporem w oficjalnych komunikatach zapowiada rok po roku magistrat.

Z pewnością wyzwalani nie czuli się 61 lat temu niemieccy mieszkańcy, skoro musieli formalnie poddać miasto czerwonoarmistom. Polaków nikt nie wyzwalał, bo ich tu nie było, a decyzja aliantów, że miasto przypadnie Polsce, zapadła dopiero trzy miesiące później w Poczdamie. Może więc Sowieci nieśli wolność uciemiężonym proletariuszom? Chyba nie, skoro traktowali miasto jako wojenny łup i jeszcze długo po kapitulacji Niemiec zachowywali się tu jak zdobywcy. A może chodziło o „wyzwolenie spod jarzma faszyzmu”? Wątpliwe. Jakoś nikt nie mówi o rocznicy „wyzwolenia Berlina”, choć to była przecież stolica hitlerowskiej Rzeszy.

Jeśli 61 lat temu nikt nikogo w Szczecinie nie wyzwolił, to organizatorzy rocznicowych obchodów muszą skończyć z bezrefleksyjnym powtarzaniem zużytego frazesu. Co w zamian? Lepiej mówić o rocznicy „zdobycia niemieckiego Szczecina przez wojska sowieckie” – chociaż, przyznaję, z takiej okazji trudniej składać wiązanki.

Jeśli chcemy uczcić poległych w walkach o Szczecin, lepszym terminem byłby 20 marca – rocznica zakończenia krwawej bitwy o Dąbie. Lewobrzeże zajęto praktycznie już bez walki.

A może 26 kwietnia wcale nie obchodzić? Dla Polaków dużo ważniejszą datą był 5 lipca 1945 r., kiedy administracja prezydenta Piotra Zaremby faktycznie przejęła miasto. Ale przecież wkroczenie Rosjan do Szczecina było pierwszym z ciągu wydarzeń, które do tego doprowadziły (chociaż w kwietniu 1945 r. pewnie sam Stalin nie wiedział jeszcze, że Szczecin będzie polski).

Moja propozycja jest taka: kolejne rocznice polskiego Szczecina organizujmy w lipcu, a o 26 kwietnia uczmy na lekcjach historii.

Jerzy Połowniak, Gazeta Wyborcza, 26 IV 2006 r.

Rys. H. Sawka