Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

W obrębie kwatery 11a-7-7b, ocienionej rozłożystymi bukami i platanami znaleźć można skromny grób artysty operowego – Michała Prawdzica-Laymana.

Urodził się 22 kwietnia 1881 r. w środkowoukraińskim mieście Elisabetgrad (obecnie: Kirowograd), jako drugi syn nauczyciela matematyki Zygmunta i jego żony Stefanii ze Stępkowskich. Dysponując już od wczesnej młodości wyjątkowo pięknym, potężniejącym coraz bardziej głosem tenorowym, Michał postanowił kształcić się najpierw w Warszawie u prof. W. Grąbczewskiego, a później u rodzeństwa Souvestre w ich szkole śpiewu we Lwowie. Pierwszy poważniejszy, niezwykle udany debiut operowy Michała, który otworzył mu drogę do wszystkich scen operowych i kariery śpiewaka, nastąpił w 1907 r. w Krakowie, gdzie zaśpiewał partię Sambora w operze „Stara Baśń” Władysława Żeleńskiego (ojca Boya).
W trakcie dalszych studiów – najpierw u światowej sławy polskiego tenora Jana Reszke w Paryżu, a później w latach 1910-1912 w Mediolanie, gdzie ostateczny szlif jego głosowi nadał słynny wówczas maestro Lombardi – Michał wystąpił kilkakrotnie w Teatrze Wielkim w Warszawie. Potwierdzeniem osiągniętego sukcesu stało się zaangażowanie go w 1912 r. do zespołu operowego Warszawskich Teatrów Rządowych. Niestety, jego rozwijającą się karierę przerwał wybuch I wojny światowej. Jako poddany byłego Królestwa Kongresowego, musiał zamienić kostium operowy na mundur rotmistrza kawalerii w armii carskiej. W 1917 r. dostał się do niewoli niemieckiej, by tam doczekać wyzwolenia w listopadzie 1918 r.
Zaczął ponownie śpiewać – odtąd wyłącznie pod nazwiskiem Prawdzic – w Teatrze Wielkim w Warszawie. a także na scenach operowych Wilna, Lwowa, Krakowa i Poznania. Wszystkie jego występy były nadzwyczaj udane i zyskały mu renomę w kraju. Obdarzony głosem o aksamitnej, rzadko spotykanej u tenora barwie miał w swym bogatym repertuarze wszystkie niemal opery Verdiego, Pucciniego, Bizeta, Leoncavalla, Wagnera, Czajkowskiego. Odkrywczy interpretator, niezapomniany zwłaszcza w „Lohengrinie”, „Pajacach”, „Trubadurze”, „Aidzie”, „Carmen” – stał się Michał Prawdzic czołowym śpiewakiem operowym, chętnie angażowanym do wielkich teatrów nie tylko w Polsce, lecz w całej Europie.
Sezon 1926/27 był ostatnim „polskim sezonem” znakomitego artysty zaangażowanego wówczas w Operze Poznańskiej. W 1927 r. ojciec mój rozpoczął podbój zagranicznych scen operowych. Śpiewał w Paryżu, Nicei, Monte Carlo, Genui, Rzymie, Mediolanie, Wenecji, Florencji, Neapolu, Palermo, Wiedniu, Berlinie i Pradze. Zamieszkał na Riwierze Francuskiej pod Niceą, gdzie jako profesor objął katedrę śpiewu w Międzynarodowym Instytucie Muzycznym, działającym wówczas pod protektoratem Ignacego Paderewskiego. Tam propagował m. in. piękno folkloru polskiego w operach Moniuszki, Żeleńskiego, Kurpińskiego. Prócz tego, w tym szczytowym okresie swej kariery, zawsze znajdował czas na wizyty w Polsce. W styczniu 1934 r. znów wystąpił w Operze Poznańskiej w swej popisowej roli Cania w „Pajacach”, a w lutym 1935 r. – w „Aidzie”. Zaśpiewał wtedy partię Radamesa, a jego partnerką była słynna śpiewaczka Wanda Wermińska. Któż mógł wówczas przypuszczać, że był to jego ostatni występ w przedwojennej Polsce?
W końcu lat trzydziestych ojciec nękany nostalgią, postanowił wrócić do kraju. Miał wówczas już 57 lat i nie chciał wiązać się na stare lata z zagranicą. Kiedy nastała II wojna światowa i ponure lata okupacji hitlerowskiej, wolał je przetrwać jako skromny urzędnik w cukrowni Częstocice (woj. kieleckie), niż śpiewać publicznie dla uciechy nienawistnych okupantów. W ostatnich miesiącach okupacji znalazł schronienie w chacie góralskiej w Poroninie, gdzie 29 stycznia 1945 r. doczekał się zakończenia wojny.
Wtedy to 64-letni Prawdzie osiadł początkowo w pobliskim Zakopanem. Po tylu latach przerwy mógł wreszcie ponownie wystąpić na scenie, jako Jontek w zaimprowizowanej „Halce” Moniuszki, u boku Marii Bojar-Przemienieckiej i Kazimierza Czekotowskiego. Niestety, sterane koszmarem okupacji wrażliwe serce artysty nie wytrzymało zbyt wielkich wysokości Zakopanego – dostał ataku serca. Z konieczności przeniósł się do niżej Położonego Torunia, gdzie oferowano mu stanowisko Profesora śpiewu w Instytucie Muzycznym. Czuł się wówczas jeszcze na siłach, by poświęcić swą wiedzę i ogromne wieloletnie doświadczenie muzyczne kształceniu licznych młodocianych adeptów sztuki śpiewaczej.
I oto los dał mu jeszcze jedną szansę urzeczywistnienia pragnień, a zawdzięczał ją swemu dawnemu przyjacielowi, byłemu dyrektorowi Opery Lwowskiej, Stanisławowi Czapelskiemu, który jako jeden z członków pionierskiej ekipy władz wojewódzkich, delegowanej do Szczecina w kwietniu 1945 r., objął stanowisko pierwszego naczelnika Wydziału Kultury i Sztuki, a później pełnił funkcję prezesa Robotniczego Towarzystwa Muzycznego w Szczecinie. I właśnie ów działacz szczeciński, późniejszy przewodniczący stowarzyszenia „ZAiKS”, potrafił do tego stopnia zainteresować Prawdzica perspektywami atrakcyjnej pracy pedagogiczno-muzycznej w Szczecinie, że ojciec mój bez dłuższych namysłów zdecydował się w 1946 r. przyjechać do miasta, w którym mieszkał aż do śmierci.
Michał Prawdzic zdawał sobie dobrze sprawę, że pomimo zaawansowanego wieku, działalność w mieście tak pozbawionym polskich tradycji kultury muzycznej, jakim był Szczecin, powinna być szczególnie intensywna zwłaszcza na polu pedagogiki śpiewaczej. Objął więc stanowisko profesora śpiewu w nowo powstałej Szkole Muzycznej im. Fryderyka Chopina, której dyrektorem był Wacław Piotrowski. Profesor-artysta pracował tam do 1955 r., ciesząc się opinią świetnego pedagoga i znawcy sztuki śpiewaczej oraz wielką sympatią i uznaniem wśród uczniów.
W 1949 r. Robotnicze Towarzystwo Muzyczne w uznaniu dotychczasowych zasług Michała Prawdzica, postanowiło zorganizować wielki koncert z okazji 45-lecia jego pracy artystycznej. Koncert ten, pod protektoratem wiceministra kultury i sztuki, odbył się 24 stycznia 1949 r. w sali dzisiejszej filharmonii szczecińskiej. Artysta, przy akompaniamencie orkiestry symfonicznej RTM pod batutą Felicjana Lasoty, śpiewał wiele arii i pieśni Berlioza, Czajkowskiego, Moniuszki, Musorgskiego, Rimskiego-Korsakowa, Noskowskiego i Pucciniego. Śpiewał tak porywająco, jak za swych najlepszych lat! Któż mógł wówczas przypuszczać, że był to jego ostatni publiczny występ – łabędzi śpiew?
Od tego czasu Prawdzic poświęcił się już wyłącznie działalności pedagogicznej. A pracy miał mnóstwo, W Szczecinie – mieście, które pokochał – znalazł tyle pragnącej uczyć się śpiewu młodzieży, że nieraz – jak sam stwierdzał – dzień wydawał mu się zbyt krótki. Na emeryturę przeszedł dopiero w 74 roku życia, ale aż do śmierci, nie bacząc na potęgujące się bóle serca, udzielał lekcji prywatnych. Jedna z jego uczennic, Aleksandra Małyszówna z powodzeniem zadebiutowała w VI koncercie symfonicznym RTM, który odbył się 22 stycznia 1950 r. w Szczecinie. Najsławniejszym jednak z jego uczniów okazał się tenor Paulos Raptis, Grek z pochodzenia. W udzielanych wywiadach zawsze podkreśla, że główną podstawą jego sukcesów była wspaniała szkoła śpiewu mistrza Prawdzica.
Tragiczny los zrządził, że ojciec mój zakończył życie jak gdyby na posterunku scenicznym. 29 kwietnia 1959 r. padł nagle bez ducha na ul. Brodzińskiego podczas swego codziennego spaceru… Padł, jak tylekroć na deski sceniczne padali grani przez niego bohaterowie operowi – jak Leński w „Eugeniuszu Onieginie”, jak Cavaradossi w „Tosce”, jak hrabia Ryszard w „Balu Maskowym”… Śmierć godna wielkiego artysty, ale jakże brutalna i bolesna dla rodziny, dla uwielbiających go uczniów, dla rozwijającej się szczecińskiej kultury muzycznej…
Redaktor Janusz Cegiełła w swym artykule „Wspominając Michała Prawdzica w 25-lecie śmierci”, opublikowanym w miesięczniku „Teatr” (październik 1984 r.), napisał: Prawdzic zachował się w pamięci ludzi go znających jako artysta niezwykle skromny. Nie lubił się reklamować i zabiegać o czyjeś względy. Niestety, rezultatem takiej postawy było m. in. to, że nie pozostawił po sobie ani jednej płyty, która uwieczniłaby jego wspaniały głos i mistrzostwo jego sztuki wokalnej. Zostały po nim afisze, nieliczne recenzje z dawnych lat i odznaczenie wojewódzkie „Gryf Pomorski”, jakże skromne wobec ogromnych jego zasług…
A teraz już tylko nieliczni odwiedzają od czasu do czasu skromny grób mego ojca, choć dojść doń łatwo przez II bramę cmentarną (naprzeciw ul. Karola Miarki), a potem prosto alejką ku południowi, aż do rozpościerającej się po jej lewej stronie kwatery 11a w centralnej części cmentarza, w pobliżu Pomnika Braterstwa Broni. Zmarły artysta, uwolniony od bólów i trosk ziemskiego bytowania, spoczywa tam już od wielu lat w ciszy i spokoju… Sic transit gloria mundi…

Krzysztof Prawdzic, Michał Prawdzic-Layman 1881 – 1959. Sic transit gloria, [w:] Ku Słońcu 125. Księga z miasta umarłych, pod red. M. Czarnieckiego, Szczecin 1987.