Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

Prawnuk Chopina mieszkał w Szczecinie — pisała „Panorama Północy” 30 listopada 1958 r. Nie było to zupełnie zgodne z prawdą. Artysta plastyk, Feliks Ciechomski, był prawnukiem siostry Fryderyka Chopina, Ludwiki z Chopinów-Jędrzejewiczowej. I chociaż informacja ta stanowi jedynie ciekawostkę biograficzną, to spotyka się ją niemal we wszystkich wspomnieniach o Feliksie Ciechomskim. Ktoś nawet zauważył, że inicjały są takie same. A przecież z wiadomości tego rodzaju w sumie nic istotnego nie wynika. Czy zatem jej uparte powtarzanie jest oznaką skądinąd naturalnej dążności do eksponowania faktów wywołujących silne wrażenie? Czy też może świadczy o chęci przekonania nas, iż oto obcujemy z człowiekiem nietuzinkowym, którego osobowość wymyka się wszelkim próbom nazwania jej, określenia, uogólnienia…

Już jako kilkuletnie dziecko zdradzał zdolność i zamiłowanie do rysunków. Wszystkie kieszenie ubranka miał zawsze wypchane przeróżnymi ołówkami. Za ołówek wyłudzaliśmy od niego słodycze!
Potrafił całymi godzinami wpatrywać się w gwiaździste niebo i zanudzać starszych o udzielanie wyjaśnień. I to zainteresowanie łączył ze swoim talentem. Rysował jakieś powietrzne pociągi, które dotrzeć miały na Księżyc i gwiazdy, płakał, gdy śmiano się z tych fantazji. Postawny, o mocnych rysach twarzy, ze stałym marsem na czole, małomówny, w rzadkich jedynie chwilach ożywiający się, trzymał się na uboczu. Mimo to był jednak niezwykle lubiany przez wszystkich, tak przez kolegów swego rocznika, jak całą „hałastrę” internatową, a głównie przez „maluchów”, tych z pierwszej, drugiej klasy, którzy mimo szorstkiego sposobu bycia Felka, mimo stentorowego głosu, którym do nich przemawiał, a raczej ryczał, przepadali za nim.
Wiele malował, wiele miał pracy w zakresie grafiki, pracował dla Ministerstwa Spraw Wojskowych, lotnictwa, robił rysunki, plakaty, ozdobniki… Parokrotnie wystawiał w Warszawie w Zachęcie, choć niezbyt chętnie posyłał tam swe prace.
Posiadał uniwersalną wiedzę. Interesował się techniką, biologią, astronomią, wcale nie po amatorsku, ale gruntownie – jeśli coś znał, to dokładnie, jakby to był jego zawód… Miał umysł uporządkowany, nie znosił chaosu. Świat w jego pojęciu to doskonała, celowa konstrukcja, a zadaniem artysty jest zbożnym trudem chwalić to piękne dzieło… Nie doceniał tego, co nazywa się powodzeniem, nie szukał rozgłosu i to może było przyczyną, że nie zdobył ani wielkiej sławy, ani wielkich pieniędzy, że był mniej znany, niż na to zasługiwał
.
I płyną wspomnienia przyjaciół o latach i życiu Feliksa Ciechomskiego. Dzieciństwo, młodość, wiek dojrzały… Wciąż wyczuwa się w tych słowach nutę niemożności nazwania tego, co było sednem, istotą. Powtarzają się formułki o niepospolitym talencie malarskim, wielu znaczących dokonaniach w dziedzinie grafiki, o nadzwyczaj szerokiej wiedzy, o wielorakich fascynacjach, o pogodzie ducha, o serdeczności wobec otoczenia.
Są też i inne sposoby określenia go: przyjaciel świata, człowiek wielkiego serca. I mitotwórcze relacje o tym, jak kiedyś podzielił się z krążącym od mieszkania do mieszkania żebrakiem własnym szalikiem. Po prostu, zdjął z szyi, przeciął na pół i wręczył zdumionemu gościowi. I o tym, jak godzinami całymi przesiadywał na dworcach, patrząc na parowozy stanowiące ulubiony temat twórczy. Nikt nigdy nie policzył i już nigdy nikt tego nie zrobi – ile obrazów, rysunków, portretujących taką czy inną lokomotywę, wykonał Feliks Ciechomski. Bo po prostu nie dbał o swe prace. Po podpisaniu obdarowywał nimi każdego chętnego, z którym łączyły go przyjazne stosunki. Chyba pół środowiska artystycznego Szczecina lat pięćdziesiątych bywało mile widzianymi gośćmi w skromnym mieszkaniu przy ul. Kozierowskiego.
Epigon cyganerii… Ale nie była to żadna poza, ani udawanie, lecz głęboka potrzeba. Taki był jego styl życia. Kiedy czasami spieniężył jakąś partię dzieł, urządzał wystawne przyjęcie dla, zawsze jakże licznego, grona przyjaciół. Niektórzy przybywali na pyszną „wyżerkę”, inni odwzajemniali jego serdeczność i otwarte serce.
Do Szczecina trafił przypadkowo. Przed wojną mieszkał i pracował w Warszawie. Lata okupacji spędził w Busku. W 1948 r. na wiosnę, a miał już wtedy 57 lat, wyjechał na Śląsk, aby uzyskać jakąś intratną i odpowiadającą jego charakterowi posadę. Ale tak się jakoś złożyło, że „zniosło” go do Szczecina. I został. Spodobało mu się to miasto i związał się z nim na ostatnie dziesięć lat swego życia. Wkrótce przyjął posadę grafika w Muzeum Morskim, zajmował się również udzielaniem lekcji astronomii w miejscowym gimnazjum żeńskim, uczył rysunku, grafiki, fizyki i matematyki w Liceum Sztuk Plastycznych, objął funkcję starszego asystenta katedry rysunku odręcznego na Wydziale Architektury Wyższej Szkoły Inżynierskiej. Był również wybitnym znawcą liternictwa. Ale, jak większość artystów, nie cieszyły go etatowe posady, nad stałe zarobki bardziej cenił możliwość swobodnego dysponowania własnym czasem. Toteż stopniowo rezygnował z rozmaitych pełnych czy półetatów, nadając tym zajęciom charakter dorywczy, a poświęcając się pracy twórczej.
W ostatnich latach życia już rzadziej portretował swe ukochane parowozy, a uważny obserwator jego twórczości łatwo dostrzeże, że właśnie z tego okresu pochodzi kilkanaście obrazków wykonywanych rozmaitymi technikami, o wspólnym mniej więcej tytule „Miasteczko”. Przedstawiały one pejzaż z klocków, z których, pod prawdziwym niebem, zbudowane były domy: jeden za drugim, jeden za drugim… Domy o bajkowych kolorach, o bajkowej perspektywie, jakże nierzeczywistej i jakże bliskiej jakiejś harmonii widzenia świata, harmonii nadziei i optymizmu. Miasteczka, przez które jak w bajce przebiega czas, przemija, a ludzkie dokonania przeobrażają się w dobro i piękno. Czy w takim nastroju kończył swe życie? „Miasteczka” pochodzą z 1956 r., co uzasadniałoby ich optymistyczną konwencję. Feliks Ciechomski zmarł dwa lata później.
Ci, którzy towarzyszyli mu w ostatniej drodze, do dziś pamiętają ten pogrzeb i jego niemal metafizyczną oprawę. Bo oto tragiczną ciszę na cmentarzu rozdarł daleki przenikliwy gwizd pociągu. Sygnał ten trwał nieprawdopodobnie długo. Jakby coś oznaczał, jakby był przeznaczony właśnie dla tego, który tak uwielbiał parowozy, jakby go żegnał…

Kazimierz Jordan, Feliks Ciechomski 1893 – 1958. Epigon cyganerii, [w:] Ku Słońcu 125. Księga z miasta umarłych, pod red. M. Czarnieckiego, Szczecin 1987.