Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

Ojciec mój, Stefan Gościniak, urodzony 5 stycznia 1911 r. wywodził się z poznańskiej rodziny o żywych tradycjach muzycznych, które w praktyce kultywował zwłaszcza mój dziadek Bronisław. Było naturalne, że Stefan podjął studia muzyczne w Poznaniu i w latach trzydziestych jako bardzo młody człowiek prowadził własną orkiestrę rozrywkową. W czasie okupacji niemieckiej pracował u szewca oraz jako robotnik w fabryce mączki ziemniaczanej. W 1946 r. wraz z rodziną: żoną Aleksandrą i pięciorgiem dzieci – ze mną, najstarszym z tej licznej gromadki, oraz czterema córkami – przyjechał do Szczecina.

Życie muzyczne było tu wówczas w powijakach. Wiadomo, że w końcu 1945 r. ogłoszono w zrujnowanym i dopiero zasiedlanym mieście, rejestrację muzyków. W restauracjach pojawiły się zespoły przygrywające do tańca. Na początku 1946 r. rozpoczęły działalność dwie szkoły muzyczne. Ojciec z całą wrodzoną mu energią nawiązywał kontakty z muzykami gdziekolwiek byli zatrudnieni, z zawodowcami, amatorami i po prostu miłośnikami muzyki. Pod koniec 1946 r. wraz z kolegami założył Związek Zawodowy Muzyków, który w pierwszych miesiącach 1947 r. liczył już ponad 130 członków. Stefan Gościniak był kierownikiem i dyrygentem robotniczej orkiestry owego Związku Zawodowego Muzyków, a także drugim dyrygentem w orkiestrze szczecińskiej Rozgłośni Polskiego Radia.
Coraz częściej na łamach miejscowej prasy domagano się utworzenia w Szczecinie stałej orkiestry symfonicznej. Konkretny wyraz tym dążeniom dało powołanie, wiosną 1948 r., Robotniczego Towarzystwa Muzycznego, którego mój ojciec był współinicjatorem i współorganizatorem, a które, jak wiemy, doprowadziło do utworzenia filharmonii szczecińskiej.
Pamiętam próby blisko 40-osobowej orkiestry działającej przy RTM, które odbywały się na pierwszym piętrze w budynku przy ulicy Armii Czerwonej 6. Orkiestra otrzymywała niewielką subwencję z Ministerstwa Kultury i Sztuki, musiała więc zarabiać na siebie sama, koncertując często, przy czym trzeba wiedzieć, że każdy z muzyków gdzieś pracował i nie mógł poświęcić całego swojego czasu działalności artystycznej. Początkowo repertuar orkiestry był wyłącznie rozrywkowy, stopniowo jednak stawał się coraz ambitniejszy. W tej samej sali u zbiegu ulic Mariana Buczka i Armii Czerwonej ojciec dyrygował porankami symfonicznymi dla młodzieży, cieszącymi się dużą popularnością. Sposób prowadzenia tych koncertów porównuję ze stylem poglądowym, twórczym i popularyzatorskim Leonarda Bernsteina. Ojciec nie tylko dyrygował, ale również komentował utwór, omawiał epokę w jakiej ów utwór powstał, demonstrował instrumenty.
Współorganizował wiele koncertów dla załóg robotniczych, dla mieszkańców Szczecina – w parku Kasprowicza, na Jasnych Błoniach, koncertów, z których dochód przeznaczony był na odbudowę Warszawy. Do udziału w nich zapraszał m. in. Irenę Dubiską, Barbarę Kostrzewską, Halinę Mickiewiczównę.
Twórczość ojca… Był przede wszystkim świetnym aranżerem i uprawiał głównie muzykę o charakterze, jak powiadamy, rozrywkowym. Z rzeczy poważniejszych skomponował suitę ludową na orkiestrę symfoniczną, pozostawił też nie dokończony poemat „świt, dzień i noc w porcie”. Pisał również utwory dla działających w Szczecinie chórów.
We wspomnieniach moich, a także wielu jego znajomych i przyjaciół, pozostał uśmiechnięty i życzliwy ludziom. Zawsze miał czas dla rodziny, dla innych, na pracę zawodową i społeczną. Bardzo kochał żonę i dzieci, dom i Szczecin. Był człowiekiem ciągle aktywnym: podziwiano jego umiejętność godzenia dwóch swoich natur – domatora i niezwykle czynnego społecznika. Umiał te miłości i wymagania łączyć oraz… dzielić. W mieszkaniu naszym przy al. Piastów mieliśmy dwa bojlery, natomiast w pomieszczeniu, gdzie odbywały się próby orkiestry nie było ani jednego. Zabrał więc jeden z nich i zamontował w sali Robotniczego Towarzystwa Muzycznego, żeby muzykom nie grabiały ręce od mycia w zimnej wodzie.
Nie przypominam sobie ojca w nastroju przygnębienia. Swoim dynamizmem, dowcipem potrafił innych odciągnąć od zmartwień i złego samopoczucia, tak, że zaczynali spoglądać raźniej na przeszkody i kłopoty.
Córki swoje uwielbiał: mając tyle zajęć na głowie, także i u nas w domu założył… żeński kwartet wokalny złożony ze swych cór – Danuty, Krystyny, Mirosławy i Hanny.
Oto garść wspomnień o moim ojcu – pionierskim organizatorze życia muzycznego w Szczecinie, popularyzatorze muzyki, a także dyrygencie i kompozytorze. Ze strony czynników oficjalnych nie spotkały go wyróżnienia, ale ludzie go szanowali i do dziś pamiętają. To chyba sprawia, że nazwisko Stefana Gościniaka wywołuje jak gdyby muzyczną legendę tamtych pierwszych szczecińskich lat. Umarł młodo, w wieku 44 lat, 18 marca 1955 r. Na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie spoczywa wraz z moją matką, która zmarła w kilka lat po jego śmierci.

Brunon Gościniak, Stefan Gościniak 1911 – 1955. Pionier życia muzycznego, [w:] Ku Słońcu 125. Księga z miasta umarłych, pod red. M. Czarnieckiego, Szczecin 1987.