Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Praca konkursowa

W dniu 12 lipca 1945r. otrzymałem polecenie wyjazdu samochodem do Szczecina. Szczecin powitał nas ulewnym deszczem i burzą. Po przejechaniu drewnianych mostów udaliśmy się bezpośrednio pod gmach dyrekcji, a następnie do Sali konferencyjnej – pierwszej naszej sypialni.
W gmachu, przed przybyciem ekipy polskiej, zagospodarowali się już niemieccy kolejarze. Nie chcieli opuścić budynku bez wyraźnego nakazu władz radzieckich. Trzeba więc było użyć przemocy. Delegacja nasza, z Piotrem Chełmońskim na czele, działała z komendantem wojennym miasta i nie mogło tu być mowy o jakiejś samowoli.
Nie upłynęło wiele czasu, jak przez dwa drewniane, chwiejące się mosty na Odrze i Regalicy ruszyły pierwsze pociągi, a stacja Gumieńce stała się „Szczecińskim oknem na świat”.

Przed ostatecznym rozgromieniem armii hitlerowskiej na terytorium Polski przebywałem razem z kolejarzami w Podkanowie koło Radomia. Oprócz normalnych zajęć zawodowych pełniłem tam funkcję opiekuna rejonowego nad wysiedlonymi oraz nauczciela szkoły podstawowej tzw. Polskiego Komitetu Opiekuńczego. Sytuacja materialna mieszkańców baraków kolejowych była bardzo ciężka. Dość liczne rodziny wysiedlone przymusowo z okolic Stanisławowa usiłowały różnymi sposobami zdobywać środki do życia. Miejscowa ludność pomagała im czym mogła i jak mogła.

Wyzwolenie przyszło w styczniu 1945 roku, podczas mroźnej zimy. Już w pierwszych dniach lutego zgłosiłem się do pracy na stacji kolejowej w Radomiu. Otrzymałem tam zaświadczenie nr 1015 z dnia 15.II.45. stwierdzające, że zostałem zarejestrowany w Ekspozyturze Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w Lublinie pod nr 21/c. Do samego Lublina udałem się z początkiem kwietnia po skierowanie do DOKP W Szczecinie. Lewa część otrzymanego skierowania była oznaczona numerem 17 i datą 7 kwietnia 1945 r. Zamieszczona na niej treść brzmiała: „ Dyrekcja Okręgowa Kolei Państwowych w Lublinie przekazuje okaziciela niniejszego Kazimierza Kaźmierczyka , pracownika PKP do dyspozycji Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w Szczecinie. Władze wojskowe, kolejowe i cywilne proszone są o okazanie pomocy wyżej wymienionemu przy przejeździe do nowego miejsca pracy. Ważne do dnia 30 IV 1945.” Prawa część zaświadczenia zawierała przekład na język rosyjski.
W podróż wyruszyłem gdzieś w połowie kwietnia 1945r. wraz z kilkudziesięcioma starszymi kolegami, wśród których znajdował się Jan Czabanowski, Adam Maryniak, Tomasz Gąsowski, Michał Martyniak, Julian Nowakowski, Zygmunt Pawulski, Kazimierz Stojanowicz , Franciszek Zarzycki i wielu innych. Jechaliśmy w wagonach towarowych, częściowo przystosowanych do przewozu osób. W każdym z nich był piecyk żelazny, naczynia z wodą i prycza z desek do spania. Wojna trwała nadal z niesłabnącą siłą. Szosami i szlakami kolejowymi ciągnęły transporty wojskowe. Musieliśmy się zatrzymywać na wielu stacjach, aby dać im pierwszeństwo. Postoje takie wykorzystywaliśmy na uzupełnienie żywności i opału. Dłużej nieco przystanęliśmy w Poznaniu, gdzie panował już względny spokój i porządek. Od miejscowych kolejarzy dowiedzieliśmy się jak zdobywano Cytadelę i jakie tam padły ofiary. Kiedy opuszczaliśmy to piękne miasto, pokazano mi rozległe wzgórze pokryte ruinami. Im dalej teraz jechaliśmy na zachód, tym więcej widzieliśmy spustoszeń. Świadczyły one o niezwykłej zaciętości walk. Zgrozą przejmowały nas spalone miasta i wsie. Całe połacie lasów świeciły „łysinami” połamanych drzew. Wzdłuż torów kolejowych leżały powywracane wagony i parowozy. Niektóre odcinki linii kolejowej były przeorane specjalnymi pługami, a słupy telegraficzne poprzecinane na pół.

Około 20 kwietnia dotarliśmy do Piły. Spotkaliśmy tam wielu rodaków z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. Część z nich wracała z Niemiec, a część przybywała już z kraju. Na bocznych torach stacyjnych stały pociągi wojskowe. Piła nosiła ślady świeżego bombardowania przez samoloty niemieckie. W pobliżu stacji tliły się jeszcze zgliszcza, a liczne przedmioty użytku domowego leżały na bruku.
Po wypoczynku i bliższym zorientowaniu się w sytuacji odjechaliśmy w dalszą drogę do Szczecinka. Mieściła się tam wówczas dyrekcja kolejowa okręgu szczecińskiego. Do celu dotarliśmy 23 kwietnia 1945r. Witała nas na dworcu dość spora grupa kolejarzy która przybyła z Rzeszowa i Krakowa. Miasto było wyludnione. Większe budynki zajmowały wojska radzieckie. Tylko gdzieniegdzie powiewały polskie flagi. Ze stacji pomaszerowaliśmy do dyrekcji celem zarejestrowania się w biurze personalnym. Przyjął nas Wiesław Herman. Po sprawdzeniu dokumentów i zgłoszeniu moich kwalifikacji otrzymałem przydział do działu ogólno-organizacyjnego jako referent finansowo budżetowy. Ze względu jednak na duży napływ ludzi, polecono mi także pomagać w rejestraturze. Stanowisko naczelnego dyrektora okręgu kolei państwowych zajmował Tomasz Pietraszek, a jego zastępcami byli mgr inż. Włodzimierz Dziekoński i T. Janowski . Naczelnikiem biura personalnego był mgr Zygmunt Kotowicz.
W centrali dyrekcji kolejowej działały już podstawowe komórki organizacyjne, a na dokumentach i pismach widniała pieczątka „Dyrekcja Okręgowa Kolei Państwowych w Szczecinie”. Z mieszkaniem i wyżywieniem trzeba było radzić sobie samemu. Byłem w tym szczęśliwym położeniu, że przyjechałem z bratem. Udaliśmy się na jedną z pobliskich ulic, bodajże Forststrasse i wybraliśmy domek który nam się najbardziej podobał. W jednym z górnych okien wywiesiliśmy flagę a na drzwiach umieściliśmy karteczkę z napisem „Mieszkanie zajęte przez Polaka samowolne wejście będzie surowo karane”. Zameldowanie u władz miejskich zgłosiliśmy później. Trochę gorzej było z żywnością. Szukaliśmy jej po ogrodach, w opuszczonych piwnicach i spiżarniach. W niektórych domach pozostali jeszcze Niemcy. Na drzwiach ich mieszkań można było przeczytać napisy wykonane białą kredą „Japascholl rabotti” .
W opustoszałych izbach panował brud i bałagan. Różnego rodzaju aparaty radiowe, pianina, maszyny do szycia i inne przedmioty leżały porozbijane i poprzewracane. W kredensach moc potłuczonych naczyń i kryształów. Jakby trzęsienie ziemi lub huragan. Zdarzało się, że zajmowane przez nas mieszkania trzeba było opuszczać na rozkaz władz wojskowych. Wieczorami mało kto pokazywał się na ulicy. Kobiety miał zalecenie chodzenia w towarzystwie co najmniej dwóch mężczyzn. Nieco raźniej poczuliśmy się dopiero wtedy kiedy przyjechał z Krakowa dobrze uzbrojony oddział straży kolejowej, a obok dworca uruchomiono pierwszą stołówkę. Na pierwszym powojennym pochodzie pierwszomajowym w Szczecinku maszerowała nas już dość liczna kolumna. Ulice miasta przystrojone były flagami i transparentami, a balkonów i okien pozdrawiały nas gromkie okrzyki żołnierzy radzieckich – „Da zdrawstwujet Osóbka Morawski – hura!”. Uroczyście obchodzony był też Trzeci Maja. W centrum miasta ustawiono ołtarz przed którym odprawiono nabożeństwo i wygłoszono płomienne kazanie.

W tymże Szczecinku dane mi było przeżyć dziewiąty maja 1945r. – historyczny dzień zakończenia II wojny światowej. Piękna pogoda dodawała szczególnego uroku tej długo oczekiwanej chwili. Śpiewom, wiwatom i strzelaninie nie było końca. Radowali się wszyscy którym los pozwolił przetrwać ponury los okupacji. Zaraz po tym polscy kolejarze zaczęli przejmować obiekty kolejowe. Obsadzono najpierw parowozownie i wagonownie, a później większe stacje. Z każdym dniem wyprawiono jakiś nowy pociąg lub lokomotywę. Na toczącym się taborze zaczęły pokazywać się polskie orły i polskie napisy PKP. Pasażerowie nie zrażali się brakiem szyb w wagonach. Cieszono się że w ogóle można było podróżować. W czerwcu 1945r. pracownicy kolejowi okręgu otrzymali zaświadczenia, drukowane na ciemnoczerwonym kartonie zastępującej treści: „Ob. Jan Czabanowski jest pracownikiem PKP i pełni służbę na ważnym posterunku kolejowym, związanym z przewozem transportów wojskowych dla armii ZSRR. W myśl Dekretu Rządowego o militaryzacji kolei , pracowników kolejowych nie wolno używać do innych robót” . Ważność zaświadczeń przedłużano co trzy miesiące.
Wyjątkowa złożoność sytuacji nie przeszkodziła pomyśleć o „sprawach duchowych”. Z inicjatywy wspomnianego już wyżej Jana Czabanowskiego – pracownika służby zasobów, byłego aktora Teatru Polskiego w Stanisławowie – powstał zalążek pierwszego szczecińskiego teatrzyku amatorskiego. Już pod koniec maja 1945r. rozpoczęły się pierwsze próby z pierwszymi przygodnymi „aktorami” . Przed przeniesieniem siedziby kolejowej, w dniu 10 lipca 1945r. odbyło się inauguracyjne zebranie tak zwanego „referatu społecznego przy DOKP”. Jak głosi protokół tego zebrania, referat ów składał się z kilku sekcji, które „miały dać młodzieży godziwa i miłą rozrywkę”. W skład zarządu referatu weszli dr Stanisław Skoczek – prezes, S. Parzeniowski – I wiceprezes, K. Raczyński – II wiceprezes, K. Kaźmierczyk – sekretarz, E. Dulewski – skarbnik i W. Drozdowski – gospodarz.

W dniu 12 lipca 1945r. otrzymałem polecenie wyjazdu samochodem do Szczecina. Jadąc wzdłuż wybrzeża obserwowałem dalsze olbrzymie zniszczenia. Od czasu do czasu widziałem małe grupki Niemców wędrujących na zachód. Kobiety starcy i dzieci szli powoli ciągnąc na wózkach cały swój dobytek. Przypominali po trosze legendarnych „Żydów- tułaczy”.
Szczecin powitał nas ulewnym deszczem i burzą. Po przejechaniu drewnianych mostów udaliśmy się bezpośrednio pod gmach dyrekcji, a następnie do Sali konferencyjnej – pierwszej naszej sypialni. W gmachu przed przybyciem ekipy polskiej zagospodarowali się już niemieccy kolejarze. Nie chcieli oni opuścić budynku bez wyraźnego nakazu władz radzieckich. Trzeba wiec było użyć przemocy. Delegacja nasza z Piotrem Chełmońskim na czele działała z komendantem wojennym miasta i nie mogło tu być mowy o jakiejś samowoli.
Stopniowo przejęliśmy wszystkie obiekty kolejowe. Nie upłynęło wiele czasu, jak przez dwa drewniane, chwiejące się mosty na Odrze i Regalicy ruszyły pierwsze pociągi, a stacja Gumieńce stała się „Szczecińskim oknem na świat”. Połączenie ze śródmieściem Szczecina utrzymywaliśmy „na piechotę”. Nie byłoby może ono tak uciążliwe, gdyby nie bandy rabunkowe grasujące w okolicy. Wieczorami w pobliżu dworca i na „pieszej magistrali” dochodziło do ostrej strzelaniny. Nie zawsze strażnicy kolejowi dawali sobie radę. Bywało i tak, że cała załoga musiała opuszczać stację i kryć się w pobliskich zabudowaniach. Pozostawali tylko najodważniejsi. Do takich między innymi należał Józef Makarewicz – kierownik ekspedycji. Podczas jednego napadu (z dziesiątego na jedenastego września 1945r.) zabarykadował się on na strychu stacyjnym i przesiedział tam całą noc, aż przybyły oddziały wojskowe. Za swój czyn otrzymał nagrodę specjalną i pochwałę Ministra Komunikacji ogłoszoną w Dzienniku Zarządzeń DOKP Szczecin Nr 1 z 15.01.1946r.
Miasto Szczecin było naprawdę ogromnie zniszczone. Ulice zawalone gruzami. Na placach centralnych liczne groby żołnierzy radzieckich. W niektórych domach pozostało jeszcze trochę Niemców. Każdego jednak dnia widziało się, jak ładowali swoje mienie na wózki i wyjeżdżali w kierunku zachodnim. Mimo tych i innych wysiłków, brak żywności dawał się mocno we znaki. Za bochenek chleba można było „kupić” na „bazarze” przy alei Piastów – niezłą część garderoby. Kwitła spekulacja, z którą władze porządkowe musiały toczyć nieustanną walkę. Uciekano się nieraz do ostrych metod represyjnych.
Bazar z tzw. „szabrem” przeniesiono później na plac Żukowa. Na podmiejskich nie oświetlonych dobrze ulicach było ciągle niebezpiecznie. Wojna wyzwala zwierza z człowieka. Mimo to jednak ludzi przybywało coraz to więcej i więcej.
Nie pamiętam już dokładnie, kiedy to było, w każdym bądź razie, gdzieś w drugiej połowie lipca 1945r. powołano w DOKP specjalną „komisję lokalową”. Nie wiadomo z czyjego polecenia uczestniczył w niej niejaki Pławiński w mundurze kapitana WP, który wspólnie z Bukowcem decydowali co, gdzie i komu przydzielić. Minie z bratem dostało się półtora pokoiku, z kuchnią w oficynie, na trzecim piętrze przy ulicy Śląskiej 21. Niezbyt czyste to było mieszkanie, ale przynajmniej bezpieczne.
Stamtąd – przez plac Grunwaldzki, obok kościołów – śpieszyłem się codziennie rano do pracy. Na Alei 3 Maja mijałem kolumny jeńców niemieckich, maszerujących do roboty w porcie pod eskortą Armii Czerwonej. Z konieczności musiałem nieraz wysłuchiwać ich śpiewu, będącego jakby echem oddalającej się bezpowrotnie przeszłości. Widywałem też często Anglików, którzy przyjeżdżali do Szczecina, jako ochrona repatriantów. Rozgrywano z nimi nawet mecze piłkarskie w Lasku Arkońskim. Im dalej był już od nas koniec wojny, tym większych rumieńców nabierało miasto. Jak grzyby po deszczu mnożyły się urzędy, sklepy i restaurację. Zaczęły jeździć pierwsze tramwaje. Ukazała się też gazeta szczecińska, notująca na gorąco co ciekawsze zdarzenia i fakty. A było w tym czasie o czym pisać. Panowała bowiem bardzo burzliwa atmosfera polityczna.
Poglądy rodaków różniły się krańcowo. Ciężkie lata okupacyjne i nieubłagana walka z najeźdźcą ukształtowały w duszach ludzkich różne wizje Polski. Toczyły się między nami zażarte spory i dyskusje. Trudno było odróżnić karierowicza od patrioty. Byli i tacy, którzy dowodzili, że konspiracja trwa nadal. Istniało wyjątkowe „zapotrzebowanie” na wiece i masówki. Brałem w nich czynny udział i to zarówno na Jasnych Błoniach, gdzie Rola Żymierski dyrygował buławą marszałkowską podczas śpiewania „Roty”, jaki i w sali teatralnej przy ulicy Królowej Korony Polskiej, gdzie jedni drugim wygrażali pięściami i wypędzali do Londynu i do Moskwy.
Ogólny jednak nastrój wśród nowoprzybyłego społeczeństwa był optymistyczny. Nie poddawano się ani większej panice, ani złym przepowiedniom. Ciężko tylko było ciągle z wyżywieniem. Dość długo obowiązywał system kartkowy i dość długo wspomagały nas unrowskie paczki. Ażeby zaradzić złu, kolej powołała nową komórkę organizacyjną tzw. służbę aprowizacji. Zakres jej działalności był bardzo szeroki. Przejmowała pod swój zarząd całe gospodarstwa rolne wraz z inwentarzem żywym. Majątki takie istniały w pobliżu Pyrzyc i Gumieniec. Najbardziej energicznym naczelnikiem owej służby był Stanisław Skarwecki. Dużym powodzeniem cieszyły się w tym czasie stołówki kolejowe, a zwłaszcza ta przy DOKA. Jadali w niej nie tylko „maluczcy”, ale i sam generał Szychowski – były wicedyrektor okręgu.
Dyrekcja kolejowa w pierwszym okresie była zorganizowana według schematu międzywojennego. Stanowska kierownicze obsadzano starszymi i doświadczonymi kolejarzami. Młodszych, którzy przybyli na kolej po raz pierwszy , szkolono na specjalnych kursach. Najdotkliwiej dokuczała tzw. „militaryzacja PKP”. Za jakiekolwiek uchybienie służbowe dostawało się parę dni „paki”. Karę swą odsiadywali delikwenci w piwnicy gmachu dyrekcyjnego lub w pobliskim baraku na placu Zawiszy. Większe przewinienia lub przestępstwa rozpatrywał Sąd Wojskowy, ferując surowe wyroki. Pracownika który nie rozliczył się ze sprzedaży 2 wagonów ziemniaków skazano na 6 lat więzienia i na 5 lat pozbawienia praw obywatelskich.
Zarobki nasze w starej walucie były niskie. Pracować natomiast trzeba było ciężko. Nie jeden raz maszerowaliśmy po godzinach pracy lub w dzień świąteczny z łopatami i kilofami do odgruzowywania ulic, placów i obiektów sportowych. Pierwsze „wykopki” pod stadion „Pogoni” to nasze kolejarskie dzieło. W okresie lata i jesieni wyjeżdżaliśmy na wieś, by pomagać chłopom w zbiórce zbóż i ziemniaków.
Czynnie popieraliśmy hasło „Cały naród buduje swoją stolicę” i jako pierwszy zaczęliśmy wysyłać cegłę rozbiórkową do Warszawy.

Mimo tylu zajęć zawodowych , mimo srogiej dyscypliny, różnych czynów społecznych i ciągłego współzawodnictwa, nie obce nam były kolejarskie tradycje kulturalne. I tu w Szczecinie zaraz po przyjeździe, niestrudzony Czabanowski z garstką zapaleńców tworzy „Teatr Mały” w budynku przy alei Wojska Polskiego. W jesieni 1945r. rozpoczyna próby kolejarska orkiestra dęta pod batutą Zygmunta Mikosia, a 5 lutego 1946r. zbiera się po raz pierwszy chór ZZK „Hejnał” pod dyrygenturą Zdzisława Surowieckiego. Część zaawansowanych muzyków zasila pierwszą Orkiestrę Symfoniczną Miasta Szczecina. Od pierwszych dni powstają też w Szczecinie ogniwa związkowe ZZK pod przewodnictwem Stanisława Janowskiego oraz sekcje kolejowego klubu sportowego „Pionier”. Nie sposób już dzisiaj dokładnie ustalić ilu było tych „pierwszych” ofiarnych i upartych . Nie sposób też określić, przez jaką „drogę męki” przeszli, zanim się tu znaleźli. To, czego jednak dokonali i jak dokonali, świadczyć będzie zawsze o tym, iż należeli do trochę „dziwnego” pokolenia , na miarę „dziwnych” czasów.
Kazimierz Kaźmierczyk
Szczecin, 1970

Słowo o autorze

Kazimierz Kaźmierczyk pochodził ze wsi Kazimiery koło Brodów na Ukrainie (urodził się 21 listopada 1921 r. w Gajach Smoleńskich). Maturę zdał w wieku 17 lat i natychmiast trafił na Kurs Podchorążych Rezerwy 48 pp Strzelców Kresowych w Stanisławowie (w składzie 11 Karpackiej Dywizji Piechoty) – w efekcie jako d-ca plutonu ckm uczestniczył m.in. w obronie Lwowa przed Niemcami, a kiedy po 17 września „[...] żołnierz Armii Czerwonej przekroczył granice państwa polskiego i podał dłoń żołnierzowi niemieckiemu [...]” (cytat z ulotki niemieckiej wzywającej do zaprzestania obrony) – miasto zostało poddane czerwonoarmistom 22 września.
W 1940 r. pchor. Kazimierz Kaźmierczyk był nauczycielem w ukraińskiej szkole, a jednocześnie współpracował z polską organizacją podziemną – „Strażą Chłopską”. Tym kanałem w grudniu 1940 r. przekazał uzyskaną przez siebie (od radzieckiego urzędnika) informację, że w Kozielsku giną polscy oficerowie…
W ciężkich latach wojny pan Kazimierz był świadkiem i uczestnikiem skomplikowanych stosunków polsko-ukraińskich na Wołyniu, bo dopiero w 1943r. przeprowadził się w rejon Hrubieszowa, a potem coraz dalej na zachód…
Swoje ciekawe życie opisał w zbiorze gawęd pod wspólnym tytułem „Wspomnienia z dawnych lat” – „Pierwsze dni na Pomorzu Zachodnim” są jednym z rozdziałów. Swoje wspomnienia Pan Kazimierz Kaźmierczyk przekazał m.in. Muzeum Literackiemu Książnicy Szczecińskiej (1994 r.); był laureatem konkursów pamiętnikarskich. Zmarł w 2005r., w Szczecinie.

Praca na konkurs „Pamiętać Szczecin”, w kategorii „Wtórniki”.
Opracował: Maciej Ściężor z klasy 1c Gimnazjum Miejskiego nr 7 w Szczecinie.
Opiekun: Monika Walkowiak.



One Response to “Pierwsze dni na Pomorzu Zachodnim”

Skomentuj

  • (nie będzie opublikowane)