Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Praca konkursowa

Początek lat osiemdziesiątych to strajki w sierpniu, mające zmienić Polskę. Robotnicy żądali wzrostu płacy, lepszego zaopatrzenie w sklepach, mieszkań oraz wolnych związków zawodowych i wolnej prasy. Na te ostatnie punkty nie chciał się zgodzić rząd. Okres od sierpnia 1980 do grudnia 1981 to okres ciągłych strajków, manifestacji i zamętu. Rejestracja wolnych i niezależnych związków zawodowych, na co zgodził się już rząd w porozumieniach sierpniowych, stała się wielkim problemem. Związkowcy nie chcieli się zgodzić na zapis o przewodniej roli PZPR czyli partii, która rządziła Polską.

Związkowcy walczyli o wolne soboty – mój tata w soboty chodził do szkoły. Co chwilę wybuchały nowe strajki i według taty nikt nad tym nie panował. Solidarność stała się wielką siłą, do związku należało około dziesięciu milionów ludzi. Gospodarka, w której każdy zakład był powiązany z innym, spowodowała ogromne braki w zaopatrzeniu w art. spożywcze i przemysłowe.

Mój tata dobrze pamięta ten okres. W listopadzie i grudniu 1981r. czuło się, że musi się coś wydarzyć. Tata opowiadał mi, że straszono możliwością interwencji wojsk radzieckich. W sklepach były pustki i tylko dzięki zapobiegliwości można było zdobyć najróżniejsze artykuły.

Dzień 13 grudnia w pamięci mojego taty odznaczył się szczególnie. Tego dnia wracał wraz z moim dziadkiem z Warszawy. Na dworcu w Dąbiu wsiedli do autobusu i usłyszeli rozmowę dwóch wędkarzy o wprowadzeniu „jakiegoś stanu”. Gdy znaleźli się w domu natychmiast włączyli telewizor i zamiast „Teleranka” usłyszeli wystąpienie generała Jaruzelskiego, który ogłaszał wprowadzenie stanu wojennego, godziny milicyjnej i internowania działaczy związkowych oraz tych polityków, którzy byli jakoby odpowiedzialni za zły stan polskiej gospodarki. Z tego, co opowiadał mi tata, wkrótce na ulicach pojawiły się pojazdy i patrole wojskowe. W Podiuchach, których mieszkali postawiono posterunek, na którym kontrolowano wszystkie pojazdy. Obowiązywała godzina milicyjna, tzn. po godzinie 22,00 nie można było wychodzić z domu. Nieliczni ludzie posiadali przepustki na powrót lub dojazd do pracy. Taką właśnie przepustkę posiadał mój dziadek i babcia, którzy pracowali w zakładzie chemicznym Wiskord.

Mój tata opowiadał jeszcze, że na tydzień odwołano zajęcia w szkołach. Babcia starała się wypuszczać mojego tatę z domu możliwie jak najmniej. Program w telewizji rzadko był nadawany, a jeśli już, to w nieskończoność pokazywano filmy wojenne, oczywiście polskie i radzieckie. Chciano w ten sposób przestraszyć ludzi – pokazując okropności wojny, do której miało jakoby dojść. Spikerzy w wojskowych mundurach przekazywali wiadomości, że cały naród popiera wprowadzenie stanu wojennego. Informowano, że sytuacja w Polsce normalizuje się, górnicy wydobywają coraz to nowe tony węgla. Pokazywano również, jak wojsko pomaga ludności cywilnej, a czołgiści gąsienicami swych maszyn kruszą lód na ulicach (więcej przy tym było strat niż pożytku – śmieje się mój tata). Można było również zobaczyć sceny, jak zmarzniętych żołnierzy (zima była wyjątkowo mroźna) rozgrzewa herbata robiona przez mieszkańców osiedli.

Po tygodniowej przerwie, gdy wznowiono już lekcje, nawet nauczyciel, z którym tata i jego koledzy często rozmawiali o niedostatkach naszego państwa, zaczął nieznośnie milczeć i nie chciał się wciągnąć w żadną dyskusję.

Główne zadanie stanu wojennego, czyli zastraszenie Polaków, udało się niemal całkowicie. O nielicznych strajkach było cicho i tata dowiedział się o nich później.

Zwykli ludzie zajmowali się zdobywaniem zaopatrzenia. Kartki na żywność, które były wprowadzone wcześniej, niewiele pomagały – i tak trzeba było odstać w wielkich kolejkach. Wszystko zdobywało się po znajomości i „spod lady”.

Święta Bożego Narodzenia (z tego, co opowiadali mi rodzice) wyglądały podobnie jak dziś – jeśli chodzi o tradycję. Natomiast panował niepokój i lęk o „jutro”. Nie wierzono telewizji, słuchano audycji radiowych „Wolnej Europy”.

1-go maja 1982r. cała szkoła mojego taty miała uczestniczyć w uroczystościach na Jasnych Błoniach (obecność obowiązkowa). Tata i jego koledzy wpięli w klapy kurtek oporniki elektryczne (taki niewinny przejaw oporu przeciwko władzy). Nauczyciele biegali przestraszeni i kazali ściągać im to wszystko. Uroczystość ta miała się rozpocząć o godzinie 12.00. Delegacie ze szkół i zakładów pracy przez dwie godziny mozolnie ustawiały się na placu. Krótko po rozpoczęciu i sprawdzeniu obecności, w ciągu 10 minut, z wielotysięcznego tłumu nie zostało nikogo – wszyscy traktowali ten wiec jako przymusowy.

Od 3 maja odbywały się demonstracje w mieście. Zaczynały się pod katedrą, a następnie przechodziły przez miasto. Milicja używała armatek wodnych i gazu. W całym centrum miasta czuć było woń gazu łzawiącego.

W jednej z nich uczestniczył mój tata. Na Bramie Portowej milicja robiła zdjęcia manifestantom. Na ulicy Wojska Polskiego były już armatki wodne i wszyscy musieli uciekać. Dzisiaj mój tata ocenia to jako nierozsądny wybryk, nie liczący się z możliwymi konsekwencjami (można było być wydalonym z szkoły lub trafić do aresztu).

Kolejnego dnia wokół katedry zaczęli się gromadzić ludzie, zostali otoczeni przez milicję, a tata obserwował, jak milicjanci ubrani po cywilnemu wyciągali z tłumu pojedynczych ludzi i wsadzali ich do samochodów.

Oczywiście, o tych wydarzeniach nie było wzmianki w telewizji ani w prasie. Całe miasto rozmawiało tylko tych wydarzeniach – a w telewizji mówiono, jak cały naród manifestuje swoje poparcie dla rządu i godnie obchodzi święto 1-go maja. O starciach z milicją wcale nie informowano, a jeżeli już, to jako „małe i wywołane przez chuliganów”. Słynne było hasło „telewizja kłamie”.

Braki w zaopatrzeniu były bardzo duże. System kartek próbował wprowadzić jakiś porządek, ale niewiele z tego wychodziło. Powstał cały system zamiany jednego artykułu na drugi, np. alkoholu na czekoladę lub kawę, czy też jednego gatunku mięsa na drugi.

Mimo tego mój tata nie pamięta, żeby czegoś szczególnie brakowało w jego domu. Być może była to tylko zapobiegliwość moich dziadków, którzy w tym okresie hodowali w przydomowym ogrodzie kury i świnię.

Słynne w tym czasie, jak mówi mój tata, było określenie „dwudziesty stopień zasilania” – co jakiś czas z racji oszczędności wyłączano prąd. Wyglądało to tak, że gasło na początku, na kilka minut, światło – był to znak, iż za piętnaście minut nie będzie prądu przez jedną do dwóch godzin.

Kiedy moi rodzice oglądają jakąś komedię, np. „Rozmowy kontrolowane” lub „Alternatywy 4” – często się śmieją, bo sytuacje, jakie były w tych filmach, często przeżyli sami.

Na co dzień trzeba było się uczyć i pracować. Dziś, z perspektywy czasu, mój tata ocenia stan wojenny różnie. Co prawda banany i pomarańcze jadło się tylko na święta, po odstaniu w ogromnych kolejkach, ale nie było zjawiska bezrobocia ze wszystkimi związanymi z tym problemami i dramatami. A wiele problemów, o które walczyła sierpniowa solidarność – są dziś nadal aktualne i nie rozwiązały ich obecne rządy.

W mojej rodzinie nie było zawziętych komunistów ani związkowców, którzy byli internowani i szykanowani. Wydarzenia, o których pisałem w mojej pracy, były udziałem normalnej, zwykłej, przeciętnej rodziny.

Grafiki z Zakładu Karnego w Wierzchowie, 1982 r.

Wspomnienia spisał: Mateusz Makulecki z kl. 6 Szkoły Podstawowej nr 74 w Szczecinie.

Opiekun: Anna Witkowska.

Wspominał: Marek Makulecki.