Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Praca konkursowa

– Obudziłem się rano i włączyłem telewizor – mówi Andrzej Kraśnicki – Mieliśmy z moim synem, Andrzejkiem, jak zawsze w niedziele, oglądać „Teleranek”. Tymczasem na ekranie telewizora ukazała się postać w mundurze. Początkowo, ze zdumienia nawet nie zrozumiałem słów. Nagle dotarło do mnie z przerażającą jasnością, że widzę generała Jaruzelskiego, który ogłasza wprowadzenie stanu wojennego. Istny szok! Dopiero po chwili zrozumiałem, że wojsko przeprowadziło zamach stanu.

Od samego początku związał się z ruchem „Solidarności”. Działał w biurowcu Polskich Linii Oceanicznych, które wtedy jeszcze miały swoją siedzibę na Al. Wojska Polskiego. W ten grudniowy poranek nie czekał – z czarnego papieru wyciął wielkie litery, układające się w słowo „hańba”. Był to dzień wolny od pracy, nikogo w gmachu na pewno by nie zastał, ulice patrolowały policyjne radiowozy. Pojechał jednak do siedziby PLO. Zdjął z tablicy ogłoszeń związkowców wszystkie materiały informacyjne i nakleił wycięte litery. Słowo „hańba” rozciągnięte zostało od jednej strony ramki do drugiej.

– Na drugi dzień pojawiło się dwóch funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Jeden z nich przedstawił się jako Marian Kłos. Tak zaczęła się moja więzienna niedola..

Samochodem przewieziono go do Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej przy ul. Wielkopolskiej. Tam, po wstępnym przesłuchaniu, trafił do celi mieszczącej się w podziemiach. Siedział z trzema młodymi kryminalistami. Niebawem cele zaczęły się zapełniać. Trafiali tu kolejni zatrzymani opozycjoniści „Solidarności”. To właśnie w podziemiach KG MO poznał się z Andrzejem Milczanowskim. Jak pokazała niedługa przyszłość, w celach polskich więzień spotkało się po raz pierwszy wielu znanych teraz ludzi, z których część zajmowała stanowiska rządowe w III Rzeczypospolitej.

– Teraz mówię już o tym spokojnie, ale wtedy żyliśmy w ogromnym napięciu. Nikt przecież nie wiedział, co się z nami może stać. Gdy wieziono nas do Goleniowa, nie mieliśmy pojęcia, czy wiozące nas więźniarki, tak zwane kabaryny, kierują się w stronę tamtejszego więzienia czy też na lotnisko. Skąd, być może, bylibyśmy wywiezieni z kraju – w nieznane.

Przytłaczające było nie tylko samo aresztowanie i wszechogarniająca ludzi niepewność. Najgorszy był brak wiadomości o rodzinie. Wielu z nich, tak jak jego, zabrano prosto z pracy. Nie pojawili się w domu, nie było pewności, że ich rodziny cokolwiek wiedzą na ich temat. Trudno było żyć z myślą, że najbliżsi tak się zamartwiają. A przecież to było na kilka dni przed Wigilią, najważniejszym świętem rodzinnym w naszym kraju.

– Byliśmy cały czas zamknięci w celach. Wyjątkowo w wigilijny wieczór strażnicy pozwolili nam na otwarcie drzwi. Stanęliśmy na progu i wszyscy zaśpiewali wspólnie kilka kolęd. Do tej pory, choć minęło od tego czasu prawie ćwierć wieku, mam łzy w oczach…

Pamięć płata figle. Gdy rozmawiałam z nim, wspominając tamte dramatyczne, pełne napięcia lata, mówi o tym wesoło. Jest uśmiechnięty, wspomina zabawne wydarzenia. To jest tak jak w szkole – pamięta się najlepsze kawały i dowcipy.
A gdzie całe dni napięcia, nudy, oczekiwania..? Wyobraźmy sobie czwórkę nieznanych sobie wcześniej ludzi, skazanych na przebywanie ze sobą przez cały dzień w ciasnej celi. Nadchodzi kolejny dzień, i następny, i znów kolejny… pozbawiony jakichkolwiek wydarzeń. Nawet posiłki nie były urozmaiceniem.

– To prawda. Jedzenie było byle jakie. Zupy tak „cienkie”, że wykorzystywaliśmy je do mycia naszych misek. Do niczego więcej się nie nadawały. Na drugie danie była przeważnie kasza jaglana z jakimś okropnym, tłustym sosem. Na śniadania, chleb z czymś tam i gorzka kawa zbożowa lub herbata pozbawiona wszelkiego smaku.

Ratunkiem, by nie popaść w marazm, były prowadzone w celi rozmowy. Trafili tu ludzie o rozbudzonych intelektach, pragnący coś zmienić, mający inną wizję świata, niż ten propagowany w telewizji. Rozmowom i sporom nie było więc końca. Po zwycięstwie „Solidarności” wielu z działaczy przyznawało, że to właśnie w więziennych celach powstały zręby ich późniejszych programów politycznych.

– Było z kim konfrontować swoje poglądy. Trzymaliśmy się, muszę to podkreślić, świetnie. Nie dawaliśmy się !

Ten fason przejawiał się także w lekceważeniu więziennych, surowych rygorów. Nikt nie składał ubrań w kostkę, nie układał ich na taborecie, co jest przecież podstawą więziennego regulaminu. Wkraczających do cel strażników nie witał wyciągnięty szereg zastraszonych więźniów, nikt nie składał gromkim głosem meldunków. Ku swojemu zaskoczeniu natrafiali na rozprawiającą gorąco „ekstremę”, której członkowie witali ich kordialnym:
”- Hej, chłopaki, jak leci?” – kiwając przy tym radośnie dłonią.
W ciasnych murach goleniowskiego więzienia wyglądało to niemal jak intelektualny bunt. Podkreślał to także wygląd samych internowanych – postanowili od pierwszego dnia pobytu nie golić się. Tak więc, po pewnym czasie, ich twarze bujnie porastały brody, snuły się wąsy.

– No, z tymi brodami to było różnie… – mówi, śmiejąc się, Andrzej Kraśnicki. – Generalnie to byłem jak najbardziej, „za”, ale broda rosła mi słabowato i z takim mizernym zarostem wyglądałem głupio. Poprzestałem więc na wąsach, które wyrosły mi nad podziw. Od tej pory są ozdobą mojej twarzy. Na pamiątkę pierwszych dni pobytu za kratami.

Kolejnym etapem uwięzienia było Wierzchowo Pomorskie. Władze starały się bowiem oddzielić internowanych od pozostałych więźniów. Obawiano się, aby nie padli ofiarą agitacji ludzi, których oficjalnie uznawano za zagrażających bezpieczeństwu państwa i narażających nasze sojusze wojskowe.
Tam po raz pierwszy, po długim okresie izolacji, pozwolono im na widzenie. W więzieniu pojawiła się jego żona Bożena, przyjechała siostra Elżbieta, ojciec, matka. Była to akurat odpowiednia chwila, aby przy okazji przekazać dyskretnie listę uwięzionych w Wierzchowie. Niebawem ich nazwiska ukazały się w prasie podziemnej.

– Wbrew temu, co twierdziły władze, nigdy nie nadano nam statusu więźniów politycznych. Obawiano się tego. Zatrzymano nas w stanie wojennym i uwięziono bezprawnie. Dopiero po pewnym czasie wręczono mi decyzję o internowaniu.

Andrzej Kraśnicki zwolniony został z więzienia w Wierzchowie. Nie zaprzestał jednak działalności w organizacji związkowej. Obecnie ma status pokrzywdzonego. Jego teczka, jak wyjaśniono mu w Instytucie Pamięci Narodowej, zawierająca wszystkie dokumenty z tamtego okresu, w tym i wszelkie meldunki informatorów, została spalona…

Kalendarz więzienny, 14.12. 1981 r. – 11.02.1982 r.

Wspomnienia spisała: Zuzanna Cieślak z kl. 6 Szkoły Podstawowej nr 74 w Szczecinie.
Opiekun: Anna Witkowska.
Wspominał: Andrzej Kraśnicki.