Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Praca konkursowa

Dorota Kowalska była w swoim domu na Piotra Skargi, razem z rodzicami i bratem, kiedy dowiedziała się o stanie wojennym. Chcieli włączyć telewizor, lecz nie było obrazu… telefony nie działały. W telewizji było można zobaczyć jedynie przemówienie generała Wojciecha Jaruzelskiego, który informował ludzi o wprowadzeniu stanu wojennego. Dzień 13 grudnia 1981 roku spędzili w domu, ponieważ nie można było się z nikim umawiać na spotkania. Atmosfera była napięta i nieprzyjemna. Cały dzień spędzili w domu.

Wigilię Świąt Bożego Narodzenia zawsze organizowali mama i tata – po raz pierwszy nie pojechaliśmy do ciotki i babki w Stargardzie Szczecińskim, a i one nie przyjechały na Święta do nas, ponieważ wprowadzono ograniczenia w poruszaniu się na terenie całej Polski.
Życie w stanie wojennym było bardzo trudne, uciążliwe i niebezpieczne. Ludzie się bali, ponieważ była godzina milicyjna – od 22:00 do 6:00 nie wolno było poruszać się po ulicach. W mieście były patrole milicji. Każdą osobę, którą milicja zatrzymała po 22:00 (bez specjalnej przepustki) zatrzymywano na milicji, a nawet zamykano w więzieniu.
Widok miasta był prawdziwie wojenny, ponieważ na ulicach stały czołgi, było dużo wojsk i milicji. Ludzie normalnie chodzili do pracy. Zakłady pracy funkcjonowały normalnie, bo do pracy trzeba było chodzić.

Rodzice Doroty mieli specjalne przepustki, ponieważ wcześnie chodzili do pracy. Dorota poszła do szkoły, sklepy były normalnie otwarte, ale były puste półki. W bramie stali wojskowi z milicją. Było strasznie zimno, a jej mama zaniosła im herbaty.
Dokładnie nie pamięta, co w tym czasie robiła, ale w 1983 roku 22 lipca została zawieszony stan wojenny WRON, a ludzie na ulicach się cieszyli.

* * *
Roman Politewicz był w Warszawie u znajomych, gdy dowiedział się o wzniesieniu stanu wojennego. Dzień 13 grudnia 1981 roku spędził u znajomych w Warszawie. Siedzieli wszyscy w domu, bo nie można było nigdzie wyjść. Słuchali co godzinę radia, bo były komunikaty dotyczące stanu wojennego. Kiedy chciał wrócić do domu z Warszawy – przyjechała po niego mama, pociągiem. Musiała mieć dla niego specjalną przepustkę, żeby mógł o danej godzinie jechać pociągiem, a nie siedzieć w domu.
Święta Bożego Narodzenia spędził w domu z rodzicami i bratem. Gości nie mieli, ponieważ nie było można się kontaktować.
Dni codziennie spędzało się tak jak teraz, tylko wtedy były kontrole. Milicja i wojsko sprawdzały każdą osobę. Sprawdzali dokumenty, a jeśli ktoś zapomniał z domu – szedł do aresztu na 24 godziny.
Dzieci mogły swobodnie wychodzić na dwór. Wszystko funkcjonowało normalnie. W sklepach nie było dużo produktów, zdarzało się też, że półki w sklepach były puste. Kontrole wojskowe były również w pociągach – jadąc przed 6:00 lub po 22:00 trzeba było mieć przepustkę.
Roman pracował jako marynarz – jeśli statek chciał wypłynąć z Gdańska, on musiał mieć przepustkę, by spokojnie dojechać pociągiem. Był na statku, gdy dostali statkową gazetkę, w której było napisane o zawieszeniu stanu wojennego. Był to dzień 22 lipca 1983 roku – Święto Państwowe ,,Odrodzenia Polski.”
Po zawieszeniu stanu wojennego ludzie nie obawiali się już tego, że będą siedzieć w areszcie za nie pokazanie lub nie posiadanie dokumentów przy sobie. Było można swobodnie chodzić po mieście.

* * *
Stan wojenny był dużym zaskoczeniem dla Teresy Kowalskiej i całego polskiego narodu. Domyśliła się, że jest coś niepokojącego, gdy rano 13.12.1981r. zobaczyła stojące na ulicy wojskowe transportery opancerzone. Po włączeniu radia czy telewizji usłyszała komunikat: ,,Od północy z 12.12.81 na 13.12.81 wprowadzony został stan wojenny”.
Wszyscy zrozumieliśmy, że był to początek wojny z Solidarnością i wojny o wolną Polskę, polskiego narodu. Nikt nie przypuszczał jednak, że ta walka będzie trwała do 1983 roku. Ta wojna skojarzyła jej się z przeżytą w dzieciństwie wojną w 1939roku. Pomyślała o zdobyciu zapasów: chleba, cukru, soli. Już nie jako dziewczynka, ale jako dorosła osoba myślała o swoich dzieciach, myślała o ich bycie. Zastanawiała się, czy wolno było wyjść z domu, czy dzieci mogą pójść do szkoły? Tym bardziej, że słychać było w mieście strzały od rana, ryk syren karetek pogotowia.
Nie mogła zdobyć żadnych informacji z powodu wyłączonego telefonu. Wyszła z domu po najpotrzebniejsze zakupy. Przed sklepami stały kilometrowe kolejki. Na twarzach ludzi było widać strach, przerażenie i łzy. Nie pamiętała, czy zdołałam kupić coś do jedzenia dla dzieci.
Jak w każdym roku nadszedł czas Święta Bożego Narodzenia, ale te Święta były szczególne.
W kolejkach przed sklepami, w których się stało godzinami, ludzie byli dla siebie nadzwyczaj życzliwi, serdeczni i wyrozumiali. W dyskusjach wyrażali nadzieje na lepszą przyszłość. Nikt nie wierzył w to, że wprowadzenie stanu wojennego w Polsce przez gen. Jaruzelskiego i jego bandę zmieni coś w psychice narodu polskiego. Sam okres Świąt był dla Polaków szczególny. Może były to Święta skromne z uwagi na brak zaopatrzenia, ale pełne nadziei na przyszłość.
Tak jak w życiu można się do wszystkiego przyzwyczaić, również do zagrożenia i niebezpieczeństwa. Codziennie było trzeba dotrzeć do pracy, zrobić zakupy i pozałatwiać sprawy. Chodziło się, a raczej biegało między świstającymi kulami, rozpylającym gazem łzawiącym i rozrzucanymi petardami. Tak wyglądały walki uliczne między ZOMO a protestującą młodzieżą i robotnikami. Z perspektywy lat wie, że do tego można było się przyzwyczaić, można było przyzwyczaić się także do godzin milicyjnych.

Często wyjeżdżała służbowo ze Szczecina. Zanim dotarła na dworzec PKP – była zatrzymywana i kontrolowana była przez patrole ZOMO i wojska. Patrolom tym (często aroganckim i zastraszającym) należało okazać przepustkę zezwalającą na wyjście z domu podczas godziny milicyjnej.
Nie tylko w nocy były patrolowane ulice miasta. W każdy dzień szwendały się po ulicach patrolujące grupy milicji, wojska i ZOMO, a co kilka kroków można było spotkać takie grupy – mimo zimna, mrozu i śniegu. Trudno było mieć do tych młodych ludzi, a zwłaszcza żołnierzy Wojska Polskiego, pretensje – im to po prostu nakazano. Dlatego też, właśnie na skutek takich rozkazów, musiał strzelać brat do brata czy syn do ojca. I za te rozkazy należały się nareszcie wydać sprawiedliwy wyrok na zdrajców narodu.

Szkoły, szpitale, teatry i zakłady pracy miały z góry narzucone zadania. Szkoły w pierwszych dniach stanu wojennego nie funkcjonowały, jednak nauczyciele mieli obowiązek przebywania w szkołach i zajmowania się różnymi pracami. Teatry i opera były pozamykane. Telewizja była opanowana przez wojsko komunistyczne, a przed zakładami pracy stały na postrach czołgi, milicja i żołnierze trzymający w rękach karabiny.

W sklepach, na pólkach, stał przysłowiowy ocet.
Specjalne zadania były postawione szpitalom. Organizatorzy stanu wojennego przewidzieli, że będą ranni i zabici. Tak też było. W mieście słyszało się pogłoski, że lekarze w szpitalach w pierwszej kolejności zajmowali się rannymi milicjantami i wojskowymi. Ranni robotnicy i ludność cywilna opatrywani byli w późniejszej kolejce. Wynikało to prawdopodobnie z wytycznych. Natomiast rannych, którzy nie otrzymali pomocy i zmarli, chowano w tajemnicy przed rodziną, często w nocy.

Oczywiście – zwycięzcami były armia i partia komunistyczna. Po latach odczuwało się wyraźne złagodzenie reżimu – wszyscy zdawali sobie z tego sprawę, że wojna z narodem nie może trwać wiecznie. Wprowadzony w 1981 roku stan wojenny po miesiącach walki łagodniał.
Zawieszenie stanu wojennego przyjęli z ulgą, jednak bez satysfakcji. Fanatycy komunistyczni nadal zostali przy władzy, nic się w kraju nie zmieniło, dlatego społeczeństwo podjęło dalszą walkę o niepodległość, aż do momentu zmiany ustroju w kraju.

Wspomnienia spisała: Martyna Politewicz z kl. 6 Szkoły Podstawowej nr 74 w Szczecinie.
Opiekun: Anna Witkowska.
Wspominali: Dorota Kowalska, Teresa Kowalskiej i Roman Politewicz.