Opublikowane przez hehenio w Historia.

Styl życia miasta niemieckiego był zawsze bardzo drobnomieszczański bez względu na to, czy chodziło o Berlin, czy o miasteczko dziesięciotysięczne. Ten styl, ta barwa pozostała do dziś dnia, wzbogaciła się tylko o nowy motyw. O motyw równania w dół. Mieszczaństwo, pomimo swoich wąskich ideałów, zawsze przecież miało inklinacje do wyższego typu życia, do znajomości sztuki, do dobrej muzyki, kupowało książki i obwieszało swoje mieszkania możliwie dobrymi obrazami. I zapatrzone było w wyższe warstwy społeczne, na których trochę się wzorowało. Dziś proporcje zostały odwrócone. Ideały kulturalne i cywilizacyjne stawia i utrzymuje czynnik zupełnie nowy, który nagle doszedł do głosu i stał się rozstrzygający: człowiek drobny, bez żadnej legitymacji społecznej, samozwaniec i nuworysz, jeden z wielu, jeden ze zbiorowości, która opiera się przede wszystkim na bezimiennej masie.

Więc dwie warstwy: dotychczasowe drobnomieszczaństwo i element uszlachconego proletariatu. A nad tym polatuje, jak siła dobrotliwa i opiekuńcza, ale i wnosząca porządek – władza partyjna, nowa arystokracja.
Uszlachcony proletariat wkracza w życie miasta bogato wyposażony przez czujne i zapobiegliwe władze w wiele drobnych i praktycznych rekwizytów. I mieszczaństwo dbało o komfort życia, o wygodę i udogodnienia, ale wszystko to, czego w tym zakresie dokonało, jest niczym w porównaniu z tym, co kierownicy dzisiejszych Niemiec czynią dla zdobycia najszerszych i najdrobniejszych warstw ludzkich: technika zaprzęgnięta została do pracy nad materialnym ułatwieniem życia codziennego w sposób imponujący.
Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy po przyjeździe do niemieckiego miasta, są różnorodne przedsiębiorstwa samochodowe: owe barwne i obszerne Tankstellen, owe warsztaty napraw, garaże i hale targowe na samochody. A drugą – automaty.
Od samego początku podróży Krystyna udaje, że jej sprawy techniki nic nie obchodzą, ale wiem, że gdzie tylko może, zbiera wiadomości o przeznaczeniu automatów. I ich zawartości. Gdzie tylko może, wydobywa od matki pieniądze.
– Daj mi pięćdziesiąt fenigów.
– Po co ci?
Nachyla się i zwierza po cichu wielką tajemnicę:
– Pomyśl, oni w automatach sprzedają wieczne pióra.
Sprzedają wszystko. Rozpowszechnienie automatów w Niemczech wyszło niewątpliwie z chęci usprawnienia handlu. Właściciele sklepów tytoniowych, zamykając o godzinie siódmej żaluzje, stawiają we wnęce drzwi automat, który przez całą noc sprzedaje przechodniom papierosy, cygara i zapałki. Poczta również oszczędza sił swoich pracowników. Po cóż klient ma zawracać głowę urzędnikowi. i trwonić jego czas sprawą dwóch znaczków, skoro taką sprawę można załatwić w automacie. W ślad za tymi początkami, powstałymi tylko z myśli o wyręce pracy człowieka, poszedł dalszy rozwój, który już i inne motywy posiadał. Motywy reklamowe. Wzdłuż ulic niemieckich pysznią się liczne, jaskrawo pomalowane automaty, które -składają się z miniaturowych okien wystawowych i mechanizmu sprężynowego. Za grubym szkłem leżą porozkładane różne przedmioty: owoce, jarzyny, cukierki, czekolady, torebki, zapalniczki, czapki, notesy, buciki nawet. Klient, który kto wie czy kupiłby notes w sklepie, zafrapowany jego pięknym wyglądem w automacie, odżałuje półmarkówkę i nadusi korbę mechanizmu.
Kupowanie w automacie posiada niewątpliwie moment jakiegoś ryzyka, jakiejś atrakcji i gry. Posiadać musi szczególnie u Niemców, którzy czują wyraźną inklinację do wynalazczości i upodobanie do tricków technicznych. Bo jakże inaczej zrozumieć powodzenie w miastach automatów restauracyjnych, w których jedzenie jest jeszcze gorsze, aniżeli w restauracjach normalnych, jeśli to w ogóle możliwe. Nasze panie jedzą stare i suche przekąski z automatu, popijając czerwonym, bezalkoholowym winem, które w smaku i kolorze podobne jest do soku buraczanego zaprawionego sacharyną. Krystyna gotowa jest raz jeszcze wypić to paskudztwo, byle móc wrzucić do automatu dziesięciofenigówkę, umywszy wpierw szklankę na maszynce, która za pociśnięciem wyrzuca drobne strugi wodne.
W codzienne życie niemieckie wkroczyła bardzo głęboko technika. Widać ją na każdym kroku. Nie tylko w wielkich narzucających się oczom urządzeniach, nie tylko w ruchu ulicznym, który zmienił swoje oblicze i :wyraz w setkach przejeżdżających aut, nie tylko przez kolorowe sygnały świetlne, ale przede wszystkim w rzeczach drobnych, a także w psychice miejskiego mieszkańca.
Ów techniczny postęp odcisnął się bardzo wyraźnie na towarach sprzedawanych w sklepach. Nie ma bodaj dziedziny handlowej, w której by rok każdy nie przynosił kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu nowych „wynalazków”. – Po prostu pomysłów, które sprzedawany przedmiot czynią łatwiejszym w użyciu, bardziej dogodnym. daleko poręczniejszym. Przypuszczam, . że właśnie w tej dbałości o szczegóły, o celowość wytworu przemysłowego, w tej ustawicznej drobnej wynalazczości tkwi na rynkach zagranicznych atrakcyjna siła towaru niemieckiego,. który w wielu wypadkach jest mniej wytrwały i gorszy w gatunku od innych fabrykatów.
Inwazja techniki musi posiadać swoje konsekwencje w układaniu się stosunków ludzkich, w wyrazie zewnętrznym życia. Jakoż ma. Wyraża się przede wszystkim w organizacji. Technika zaraża swoim przykładem i swoimi motywami działalność człowieka, która staje się bardziej celowa, ekonomiczna, bardziej przedsiębiorcza i pełna inicjatywy. Wystarczy przyjrzeć się sposobom reklamowym, jakie stosuje przemysł i handel niemiecki, wystarczy wglądnąć w organizację metod handlowych, aby zrozumieć, na czym istota zmian polega. Nie znam z własnych spostrzeżeń życia amerykańskiego, ale sądzę, że Niemcy znajdują się na najlepszej drodze do zamerykanizowania swego życia codziennego, wprowadzenia weń udogodnień technicznych w takim stopniu, który przekracza już zwykłą swą granicę i anektuje sporą część dziedzin duchowych człowieka.
Przypadek podsuwa niejednokrotnie najlepsze przykłady pisarskie. W jakiejś książeczce, kupionej na Rugii, wyczytaliśmy, że w czasach, kiedy Rana była jeszcze niezależna i pogańska, ściągali ku jej grodom liczni handlarze. W książce znajdował się dokładniejszy opis takich wędrownych przedsiębiorstw. Kupiec niósł w worach rozmaite towary, a gdy przyszedł do wsi czy. grodu, rozkładał przywiezione cuda i organizował coś na kształt wystawy.’ Tak było dawniej. W lasach poprzedzających przedmieścia Szczecina spotkaliśmy tego rodzaju przedsiębiorstwo, ale w najbardziej nowoczesnym wydaniu. Na drodze stał olbrzymi samochód ciężarowy, podobny z kształtu do wozu meblarskiego. Tylko że w tym wypadku za naciśnięciem odpowiedniej przekładni obydwie boczne ściany usuwały się, a oczom zgromadzonych odsłaniała się pięknie uporządkowana wystawa, rozdzielona na różne działy handlowe: sprzęt kuchenny, konfekcja, radia, gramofony i proszki do tuczenia świń. Zasada ta sama, ale ileż zmian i jaki postęp!
Po wyspie Rugii i drogach Pomorza Przyodrzańskiego snuli się dawnymi czasy ułomni, kalecy, różnego rodzaju łazęgi i obieżyświaty, którzy, odsłaniając swoje prawdziwe i udane rany, wyciągali ręce po jałmużnę z apelem do litościwych serc ludzkich. Na dzisiejszej Rugii, w dzisiejszych miastach Pomorza Zachodniego jest również ten gatunek ludzi, proszalników i kulawców, ale został on ujęty w karby, można by powiedzieć, w zorganizowany system wojskowy. Wszyscy, którzy chodzą po prośbie, wszyscy zarabiający na życie muzyką, śpiewem, improwizowanymi przedstawieniami – mają wyznaczony na wykonywanie swego zawodu tylko jeden dzień w tygodniu. W taki dzień podwórza wszystkich kamienic miasta rozbrzmiewają śpiewem i muzyką. Na rodzaj wykonywanej tym trybem muzyki panuje również moda. W pewnym małym miasteczku pomorskim modne są trąby; każdy muzyk podwórzowy zarabia na życie graniem na trąbie. Jeśli wjedziesz w to miasto dniem wyznaczonym na granie – wydaje ci się, że każdy dom, każde podwórze, każdy mur nastrojony jest na żałosny ton zawodzenia trąby.
Jak dawniej, jak z tradycji wynika, gospodynie niemieckie chodzą z torebkami na targ i po zakupy do sklepów. Już się ten zwyczaj odwracał, już zanikał, a panie coraz bardziej spozierały ku urokom życia ułatwionego, gdy odpowiednie nakazy zawróciły je z powrotem ku tematom kuchennym i gospodarskim. Na pociechę dano im ładniejsze w kształcie torebki targowe, które wyglądają dziś jak ozdobne nesesery podróżne.
Dano im ponadto bardzo wiele: wrażenie niespotykanego bogactwa, przepychu i nadmiaru w tych rzeczach, które dla dobrej gospodyni powinny być miłe. To znaczy w sprzęcie kuchennym. Doskonale urządzane wystawy sprzętów elektrycznych i gazowych wykazują taką pomysłowość, taką precyzyjność w szczegółach, takie bogactwo w formach, że bez wielkiego trudu może sobie Niemka zorganizować dom, w którym trzy czwarte tzw. „czarnej roboty” wykonuje za nią mechaniczny robot.
W sklepach z przyrządami kuchennymi znowuż inne znakomitości: jakieś niezwykłej natury garnki, maszyny, łyżki, naczynia, w których można gotować pod ciśnieniem i pod zgęszczoną parą.
Żona tłumaczy mi w fachowych skrótach przeznaczenie różnorodnych przedmiotów, nie ma jednak czasu na obszerniejsze komentarze, albowiem niezwykłość rzeczy pochłania całą uwagę. Stoję tedy, laik i profan, na środku wspaniałego sklepu i tylko po zachwyconych okrzykach mogę ocenić miarę postępu, jaki uczyniły Niemcy współczesne na odcinku kuchennym.
W sklepach spożywczych znów bogactwo i nadmiar pięknych opakowań i najbardziej wyszukanych nazw. Sądząc po tych nazwach i tych opakowaniach można by przypuszczać, że kryją się pod nimi najbardziej pomysłowe przysmaki. Można by tak sądzić, gdyby nie posiadał człowiek poza sobą doświadczeń obiadowych kilku poprzednich tygodni. One naprowadzają go na myśl, że to piękne opakowania nadają walor tej zawartości, która się wewnątrz. mieści. Że są to przeważnie wszystko namiastki i środki zastępcze, bardzo mozolnie wyszukane i wyeksperymentowane w laboratoriach Urzędu Wyżywienia: sztuczne białko, sztuczny tłuszcz, spreparowana mąka, suszone jarzyny oraz wiele rozmaitych konserw.
Obserwujemy ruch targowy i sposób dokonywania zakupów. Torebka wypełnia się. Niemieckie gospodynie śpieszą do domu. Mają twarze zadowolone i nie zdradzające zniechęcenia. Chodzi tylko o to, jaki wyraz przybiorą te twarze, gdy się znajdą same w otoczeniu czterech ścian wspaniałej, wyłożonej kaflami kuchni, w której każdy szczegół został opracowany przez inżynierów i techników z myślą o wygodzie, ale przede wszystkim i o sprawie tu najważniejszej: smacznym i pożywnym gotowaniu. Gdy się pomyśli o maśle zakupionym na kartki, o mięsie wydzielonym w określonych racjach, o białku z ryb, o kiełbasie z krabów i o proszku, z którego fabrykuje się po dodaniu wody sos – co wtenczas przychodzą za myśli? A w dodatku dwa szczegóły mogą jeszcze pogłębić depresję: w każdej kuchni niemieckiej wisi na poczesnym miejscu z nakazu władz portret świni jako zwierzęcia najbardziej pożytecznego i najbardziej pożądanego. Ten portret ma przypominać niemieckim kobietom konieczność oszczędzania, podobnie zresztą jak estetyczne w kształcie aluminiowe wiadro, stojące w kącie, do którego należy zbierać wszystkie odpadki. Przyjeżdżają po nie wielkie, czerwone ciężarowe samochody, własność oddziałów gospodarczych partii. W te wielkie samochodowe cysterny zbiera się najskrupulatniej wszystkie odpadki i karmi nimi świnie, które oddział gospodarczy hoduje w specjalnie założonych partyjnych chlewniach. Pomysł ten (zadaniem jego jest wyrównanie wielkiego niedoboru w zakresie tłuszczów) został wprowadzony w roku zeszłym i daje podobno wcale niezłe rezultaty. Ale o zupełnym wyprodukowaniu potrzebnych tłuszczów w obrębie Rzeszy mowy być nie może, mimo nowozałożonych chlewni.

Józef Kisielewski, Ziemia gromadzi prochy, Księgarnia Św. Wojciecha, Poznań 1939. Reprint: Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1990.