Opublikowane przez piotr_now w Technika i Komunikacja.

Chcąc niejako uzupełnić wątek jednego z użytkowników Naszego Portalu, udało mi się odkopać w „Tygodniku Wybrzeża” w 34-tym numerze, który ukazał się 1 IX 1948 roku artykuł autorstwa Pana Leona Bielera. Jest to krótka historia byłej jednostki Cesarza, która, jak to pisał autor, dziś kursuje na trasie Gdynia – Szczecin. Dla uzupełnienia można tylko dodać, iż jednostka ta została zwodowana w stoczni VULCAN w Szczecinie. Wybudowano ją dla Hamburg-Amerika-Linie. Nadano jej 263 numer budowy. Zapraszam do lektury.


Długi, biały kadłub z pluskiem zsuwa się na wodę. Długość – 92 metry, wyporność 1912 BRT, piękna sylwetka, moc 3000 koni mechanicznych. Po raz pierwszy rozpięte na masztach – łopoczą barwne flagi kodu. Statek stoi w pełnej gali, na dziobie – duże złote litery – „KAISER”. Wzdłuż burt lśnią złote ramy iluminatorów. Cesarz Wilhelm z lubością przygląda się swej jednostce. Jest to rok 1905.

A teraz – z dawne wspaniałości pozostał mu tylko złoty napis na białej sylwetce kadłuba, który nie zawiódł – dobrze trzyma się kadłuba, w przeciwieństwie do maszyn, które okazały się być zbyt skomplikowane, a awaria kotłów była niemal ciosem w uradowane serca dla całej załogi.

A teraz jest „zwykłym” pasażerem, któremu wolno odbywać krótkie tylko rejsy. Rok 1923. Zmieniają mu częściowo maszyny. Na swych pokładach nosi wrzaskliwe gromady wycieczkowiczów na trasie Bremen – Helgoland – Bremen.

Przychodzi kolejna wojna. Z ciągle skierowanymi w niebo lufami karabinów maszynowych, z nieustannym „Fliegeralarm” na pokładzie i niebiesko – zielono – szarymi kwadratami plam maskujących na burcie – przemyka między grzbietami fal, białymi liniami piany „znaczącej” torpedę. Wyposażony w najnowsze urządzenia nawigacyjne, aparaty podsłuchowe, radio i telefon, łączące mostek kapitana z maszynownią i każdym stanowiskiem na pokładzie – w ukropie ognia broni pokładowej i bomb „Iłów” i „Jaków” – omija miny, wymyka się radzieckim łodziom podwodnym, polującym na Bałtyku. Ten okręt pomocniczy Niemieckiej Marynarki Wojennej… ma szczęście…

… jednak szczęście Go opuściło. Amerykanie mówią krótko – statek im nie odpowiada. Anglicy – łakomi na każdą jednostkę morską, chciwi w uzupełnieniu 2 mln BRT brakujących im do stanu przedwojennego – prędko rozpoczynają remont. Rezygnują po kilku dniach mówiąc: „Ten statek nie wyjdzie już nigdy w morze …”

Radzieccy marynarze przejmują statek, wypisując na nim „Nieczajew”. W niedługi czas po tym, na rufie i dziobie widnieją duże, starannie wykonane napisy: BENIOWSKI. Ileż to razy nasi chłopcy wykonywali zadania niewykonalne dla marynarzy innych flot. Ile razy niszczyli okręty nieprzyjacielskie? Czy teraz potrafią odbudować swój statek? Czy unieruchomiony ruina maszyn nie podniesie już kotwicy by popłynąć do Gdyni, czy Gdańska? Ci „jak zawsze uparci” – uparli się i teraz!

Maj, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień, październik. Sześć miesięcy trudu, który zadziwia Anglików. Wręcz atrakcją jest dla nich pomagać tym „niemal szaleńcom”, którzy uparli się wrócić do Polski „na Beniowskim”. Inżynier Stojaczyk, kierownik tej „szalonej akcji” wdzięczny jest angielskim kolegom, którzy nie wierząc w powodzenie, starają się jednak wykonać w swoich stoczniach jak najwięcej.

31 X 1947 roku – „s/s BENIOWSKI” has sailed” – zanotowali Anglicy w Hull. Kpt. Łabęcki uśmiecha się do Duńczyków oferujących swoje holowniki. Cieszy się także inż. Stojaczyk, cieszy się jak nigdy dotąd. Jego półroczny wysiłek, osiemnasto-godzinne wachty nie poszły na marne. Maszyny pracują. Starszy mechanik Franciszek Waś – „prawa ręka” inż. Stojaczyka – wsłuchuje się w ich rytm. Przypomina sobie, że na „Błyskawicy” maszyny grały zupełnie inaczej. Najbardziej niepokoi go złowróżbne „wycie” turbin. Nie może odpędzić myśli narzuconych mu przez starego Anglika: „Nie dopłyniecie…”.

Marzy o stoczniach gdańskich.

11 XI 1947 roku – s/s „Beniowski” wchodzi do portu w Gdańsku. Waś uśmiecha się do Anglika z Hull. Rozpoczyna się siedmiomiesięczny, gruntowny remont jednostki. Praca jeszcze cięższa niż w Hull. Już nie chodzi o jeden rejs. Maszyny „Beniowskiego” muszą wytrzymać stałą służbę pod polską banderą.

…a jednak – udało się! Na pokładach uwija się załoga. Tylko część – to marynarze naprawdę znający swój zawód. Większość to nowicjusze. Ale kpt. Jerzy Podwysocki, który już 25 lat wędruje po morzach, jest z nich zadowolony. Są młodzi, gorliwi, chciwie chłonący wiadomości o morzu i służbie. Sam był kiedyś takim. Jednak już w 1936 roku miał już dyplom oficerski.

22 VII 1948 roku – s/s „Beniowski” stoi w gali przy molo w Sopocie. Na maszcie radośnie łopocze bandera „Gryfa”. Na rufie – port macierzysty: SZCZECIN.