Opublikowane przez Finki w Historia.

Najważniejszy w historii Szczecina, i całego dzisiejszego polskiego Pomorza Zachodniego, był bez wątpienia rok 1945, koniec II wojny światowej. Wszyscy dotychczasowi mieszkańcy tej ziemi, Niemcy, choćby od wieków tkwili w niej korzeniami, zostali stąd wyrzuceni. I nie jest w tym przypadku ważne, czy uciekali przed frontem, czy wygnano ich (wysiedlono) potem – wyrzucono ich. Choć był to skutek najpotworniejszej z wojen, którą Niemcy wywołały i którą Niemcy w większości aprobowali, ciąg dalszy rozpętanego piekła nienawiści, to jednak całkowita wymiana ludzi, zerwanie więzi historycznych oraz tradycji tworzonej od pokoleń, były faktami w dziejach cywilizacji.


Chodziło również o to, żeby dać jakąś rekompensatę terytorialną Polsce, której w podobny sposób zabrano Kresy Wschodnie, mimo, że wojny nie zaczynała, a była jedną z jej ofiar. I stało się tak, że do Szczecina, zresztą jak i na całe Ziemie Zachodnie i Północne, zaczęli przybywać Polacy, którzy choć przeżyli wojnę, to jednak musieli zostawić swoje domy i cały dorobek życia na Kresach. Osiedlono ich nad wielką rzeką w mieście, którego nie znali – ani jego historii, ani specyfiki, ani tym bardziej możliwości. W 1945 r. obce i zniszczone alianckimi bombami miasto przywitało niepewnych swojego losu polskich osadników pustką i wrogością. Czy wierzyli oni, że zrujnowane i powypalane kamienice, pełne śladów po poprzednich mieszkańcach staną się ich własnymi, nowymi domami?
O wspólnocie Pomorza mówiła propaganda, która nawet domagała się przyznania Polsce ziem aż po Rugię. Odwołując się do powszechnej wrogości antyniemieckiej, aktualizowała słowiańską mitologię, czyniąc z niej regionalną formę mitologii narodowej. Ludziom wyrzuconym z ich ziem dawała coś, co w semantycznej pustce nowej ziemi mogli uznać za swoje.
W 1945 r. Szczecin, wbrew swej historii, stał się miastem granicznym. Spoglądając na mapę Lubinusa z 1618 r. przedstawiającą Principatus Pomeraniae (Księstwo Pomorskie) widzimy, że przypomina ono motyla ze skrzydłami rozciągniętymi na północny wschód i północny zachód. Jego tułowiem jest Dolina Odry, głową – Zalew Szczeciński, oczyma – wyspy Uznam i Wolin. Szczecin rozsiadł się pośrodku tułowia, łącząc tym samym oba skrzydła motyla. Skąd więc mogli wiedzieć przesiedleńcy o motylu z mapy Lubinusa a tym bardziej o tym, że nowa granica, która oddzieliła ich od Niemiec (co znaczyło: chroniła przed wrogiem) rozerwała jego ciało.
Granicę wytyczono najpierw na mapie, przykładając linijkę trochę na zachód od lini Gryfino – Świnoujście, równolegle do tułowia pomorskiego motyla. Rozcięto mu skrzydła – zachodnie zostało w Niemczech, wschodnie ze Szczecinem dano Polsce. Wytyczona w terenie granica zburzyła istniejący dotąd ład, zrywając stare połączenia Szczecina z Berlinem, Pasewalkiem, Anklam czy Torgelow. Świnoujście straciło kontakt z Ahlbeckiem i Heringsdorfem, z zachodnimi drogami do Szczecina, z mostami przez Pianę w Wolgaście i Anklam. Ten zabieg spowodował, że lewobrzeżna jego część, położona pomiędzy granicą a potężną Świną, bez stałego połączenia z lądem, stała się jakąś surrealistyczną wyspą na wyspie, jakby polskim Gibraltarem.
Przyznane Polsce tereny, które stały się przygraniczne, musiały zmienić orientację w przestrzeni, nastawić się na wschód. W tamtych warunkach raczej nie było innych możliwości, skoro okazało się na przykład, że te ulice Szczecina, które biegły na zachód śladem najstarszych dróg, zaczęły prowadzić donikąd. Bo dokąd miały prowadzić Pasewalker Chaussee albo Berliner Strasse, gdy od zachodu wytyczono granicę?
W 1945 r. granica polsko-niemiecka była końcem świata. Szczecin musiał stać się warownią, a jego nowi mieszkańcy, nie znający miejscowej historii, musieli jej semantyczną pustkę wypełnić znanymi sobie symbolami. Byli przekonani, że tworzą nowy świat, więc ulicom nadawali nowe nazwy, które miały ich w tym świecie orientować. A co miało orientować, łączyć jako wspólne, skoro nie znali szczecińskich realiów i dziejów? Mitologia narodowa, która w tamtym czasie i w tym miejscu była wyłącznie antyniemiecka.
Reprezentacyjne i widokowe nadodrzańskie Tarasy Hakena (Haken Terrasse) polscy osadnicy nazwali Wałami Chrobrego. Nazwisko Haken, które Niemcy kojarzyli z konkretnym człowiekiem, szczecinianinem, znaczyło dla nich tyle co właśnie Niemiec, a więc wróg. Natomiast nazwa: Wały Chrobrego, pomijając fakt, że Chrobry pogromca Niemców, nigdy w Szczecinie nie był, to jednak jego postać symbolicznie przemieniła obiekt niemiecki w polski. To tylko przykład, idąc dalej na zachód miasta, ku granicy, można dostrzec dużo więcej przykładów ulic, których nazwy przywołują przewagi Polaków nad Niemcami. Najpierw będzie więc ulica Zygmunta Starego, pogromcy Krzyżaków, potem Matejki, autora batalistycznych obrazów polskiej chwały. Następnie czekają nas plac Hołdu Pruskiego i plac Żołnierza Polskiego, ulica Jagiellońska, która obok placu Grunwaldzkiego i równolegle do ulicy Krzywoustego, biegnie ku alei Piastów. Wreszcie ulica Mieszka I, czyli dawna Berliner Strasse, która zostawiając z boku aleję Powstańców Wielkopolskich, zmierza prosto ku granicy, na Berlin, umocniona imieniem pogromcy margrabiego Hodo.
Nie warto wymieniać nazw ulic, które znajdują się w sąsiedztwie wspomnianych, bo w dużej mierze są z tego obszaru znaczeniowego, tak samo zmitologizowane i zaczarowane. Wyraźnie więc widać, że miasto w kierunku zachodnim zostało kulturowo ufortyfikowane przeciwko Niemcom, uzbrojone w imiona obrońców polskości. Z powojennych ulic Szczecina stworzono panteon narodowej chwały, symboliczną i antyniemiecką twierdzę, której na wysuniętych przyczółkach strzegli syn i ojciec, Bolesław Chrobry i Mieszko I, twórcy Polski.
Warto jeszcze wspomnieć o dwóch innych nazwach, które również wskazują na ideologizację przestrzeni miasta. Najdłuższa ulica Szczecina, która biegła w kierunku wsi Falkenwalde, nazywała się do 1945 r. po prostu Falkenwalder Strasse – co jasno wskazywało na kierunek trasy. Po wojnie nazwę wsi zmieniono na Tanowo, a nazwę ulicy na Wojska Polskiego, kierując tym samym uwagę mieszkańców nie na jakąś mało istotną i odległą wieś, lecz na bliżej położone koszary.
Druga nazwa do 1945 r. brzmiała Kreckower Strasse i prowadziła do podmiejskiego osiedla Kreckow. Choć po wojnie jego nazwa zmieniła się niewiele, bo na Krzekowo, ulicy nie nazwano Krzekowska, żeby określała jakiś konkretny kierunek, lecz Mickiewicza, z narodowej mitologii.
Nowe nazwy ulic oderwały symbolikę miasta od jego realnej przestrzeni, odwróciły od własnej geografii i historii, które nowym mieszkańcom nic nie mówiły. Nadto miasto zostało odwrócone od starych powiązań przestrzennych z zachodem. Przykład takiego symbolicznego odwrócenia, zupełnie na opak, o sto osiemdziesiąt stopni, z zachodu na wschód, mamy w centrum Szczecina.
Po rozebraniu w II połowie XIX wieku murów obronnych, zostawiono w mieście dwie barokowe bramy miejskie. Do 1945 r. jedna z nich nazywała się Berliner Tor, bo od niej zaczynał się stary trakt do Berlina, na zachód. Kiedy po wojnie nadawano w Szczecinie polskie nazwy, została przechrzczona na Bramę Portową, jakby wjazdową do portu, co w topografii miasta znaczy na wschód, w stronę dokładnie przeciwną niż Berlin.
Od bramy tej poszerzono znacznie ulicę Wielką (dawna Breitestrasse, dziś: Wyszyńskiego), burząc dawne układy urbanistyczne, lecz otwierając widok na wschód i drugą stronę Odry. Chęć otwarcia widoku w tę stronę, na potężną panoramę Międzyodrza, port, nadzieję i przyszłość, była jedną z przyczyn rozebrania Teatru Miejskiego, który taki widok z centrum zasłaniał.
Myślenie takie trwało jeszcze w latach siedemdziesiątych, gdy po wschodniej stronie Szczecina, a nie w kierunku granicy z Niemcami, rozbudowywano największe osiedla mieszkaniowe. Zgodnie z dyrektywami politycznymi, wynikającymi zresztą z analiz historyków, którzy twierdzili, że przyczyną odwiecznych klęsk Polski było lokowanie narodowych interesów na lini wschód-zachód (Rosja-Niemcy), zaczęto preferować kierunek północ-południe, będący zresztą obiektywnym skutkiem włączenia do Polski rzeki Odry niemal od źródeł aż po Świnoujście.
Od 1945 r. minęło trochę lat, nazwy ulic zleksykalizowały się i na co dzień nikt nie odczuwa ich symbolicznych, często antyniemieckich znaczeń. Młode pokolenie szczecinian nie zwraca już uwagi na przykład na nazwę aleja Wyzwolenia czy aleja Niepodległości, nie ma przecież po co, bo dziś to już tylko nazwy ulic. Nikt też nie przywiązuje większej uwagi do nazwy ulicy Obrońców Stalingradu czy osiedla Przyjaźni, są to już tylko bezdźwięczne określenia miejsc, które pozostały w Szczecinie po upadku poprzedniego systemu. Oczywiście są pewne wyjątki, na przykład ulicę Mariana Buczka przechrzczono na Józefa Piłsudskiego, a pl. Lenina na Sprzymierzonych.
Nie odczuwa się symbolicznych, często antyniemieckich znaczeń, spokój na zachodniej granicy ich nie uwalnia, a proces integracji europejskiej pozwoli może raz na zawsze o nich zapomnieć. Póki co, od czasu do czasu stają się przyczynami sporów gdy ktoś roznieci dyskusję o nazwach. Tak było niedawno, gdy patronami dwóch placów zostali dwaj niemieccy burmistrzowie miasta sprzed 1945 r., H. Haken i F. Ackermann. Tak było również gdy odkryto na budynku Muzeum Narodowego tablicę z niemiecką nazwą Haken Terrasse. I jak się okazało nie chodziło w sporze o osobę burmistrza Hakena, ale o sam fakt, że tablica jest w języku niemieckim, na to wychodzi, że wciąż znienawidzonym. Wypada mieć tylko nadzieję, że w Szczecinie uniknie się podobnych sporów związanych z nazewnictwem „poradzieckim”, tak jak to miało miejsce w wielu innych miastach w Polsce.
Dziś Szczecin intensywnie rozbudowuje się w kierunku zachodnim, odzyskuje ten kierunek, zmienia też po raz wtóry symbolikę swojej przestrzeni. Choć do granicy z Niemcami niezmiennie prowadzi ulica Mieszka I, ale to właśnie paradoksalnie, na jej przedłużeniu, przy wjeździe od strony Berlina, jest nowe rondo imienia burmistrza Hermana Hakena…
Rok 1945 był dla Szczecina i Pomorza Zachodniego jak początek nowej ery. Odeszli poprzedni mieszkańcy, a po nich przyszli nowi. Tak bardzo chcieli poprzednich unieważnić, że skuwali niemieckie napisy, niszczyli cmentarze i palili książki. Nazwy Haken Terrasse czy Pasewalker Chaussee mówiły im tyle, że były niemieckie, jak Adolf-Hitler-Platz. Nie znali dziejów Księstwa Pomorskiego i mapy Lubinusa, nazywali miasto po swojemu, żeby czuć się w nim bezpiecznie. Dopiero od trzynastu lat, kiedy z polsko-niemieckiej granicy zniknęły zasieki, Szczecin nie jest już od niej odwracany – od swoich starych powiązań. Nie jest budowany na opak, wbrew swojej historii, bo granica przestała być kordonem, więc przestał być mityczną warownią, choć w nazwach ulic pamięć o tym trwa.
Dopiero też od niedawna Szczecin na dobre odzyskuje wiedzę o sobie i swoich dawnych bohaterach, dopełniając ją wiedzą o tym, co stało się po wojnie. Od niedawna jest rondo Hakena i skwer Ackermanna, ale wcześniej była między innymi ulica 5-go Lipca, plac Ofiar Grudnia, czy plac Solidarności. Można stwierdzić, że szczecińskie nazwy przestały „znaczyć coś więcej niż znaczą”. Dziś, pomijając fakt, że upamiętniają jakieś historyczne wydarzenia lub osoby, przede wszystkim informują o miejscu, oznaczają kierunek. Z drugiej jednak strony wpisały się na stałe w naszą polską świadomość narodową.