Jak na dzikim zachodzie

Rozmowa z Tadeuszem Wojciechowskim, jednym z pierwszych polskich milicjantów w Szczecinie i Świnoujściu.

– Kiedy rozpoczął pan służbę w szczecińskiej milicji?
– 10 maja 1945 roku. Zaledwie dwa dni wcześniej przyjechałem wraz z moim przyjacielem do Szczecina.
– Co Pana tutaj przyciągnęło?
– W czasie wojny byłem partyzantem Armii Krajowej na kielecczyźnie. I z tego powodu, po wyzwoleniu tych ziem musiałem uciekać. Miałem kuzynkę w Urzędzie Miejskim w Piotrkowie Trybunalskim. Załatwiła mi mojemu przyjacielowi dokumenty. Dzięki nim mogliśmy bezpiecznie jechać na zachód. Chcieliśmy znaleźć tam jakąś pracę. Do Szczecina dotarliśmy po czterech dniach podróży.
– Szczecin w maju 1945 roku to było chyba ostatnie miejsce gdzie można było pracę dostać.
– Miasto było wymarłe. Pamiętam pustkę, ciszę i jakieś strzały niewiadomo skąd i nie wiadomo do kogo. Krążyliśmy po mieście, zachodziliśmy do pustych mieszkań. Pamiętam jak wielkie wrażenie zrobiły na nas te bogato urządzone wnętrza, drogie futra w szafach. Niemcy dopiero co je opuścili. Na stołach były resztki jedzenia, chodziły zegary. W jednym z mieszkań znaleźliśmy dla siebie nowe spodnie i koszule. Wreszcie mogliśmy zrzucić z siebie porwane, zniszczone ubranie pamiętające jeszcze partyzantkę.
– Jak zostaliście milicjantami?
– Błądziliśmy po mieście. Nagle zobaczyliśmy kogoś w polskim mundurze. Prowadził krowę. Dobiegliśmy do niego. Wystraszył się. Okazało się, że jest milicjantem. Myślał, że chcemy go napaść. Powiedzieliśmy kim jesteśmy i że szukamy pracy. Zaprowadził nas na Wały Chrobrego. Tam w gmachu dzisiejsze Akademii Morskiej mieściła się Komenda Wojewódzka Milicji. Usłyszeliśmy, że pracy w mieście nie ma, ale że potrzebują chłopaków do milicji. Zgodziliśmy się.
– Kim pan został w milicji?
– Jeszcze przed wojną ukończyłem cztery klasy gimnazjum. Miałem tak zwaną małą maturę. Okazało się, że wykształconych milicjantów brakuje. Wielu nie umiało nawet czytać. I dlatego trafiłem do Wydziału Kryminalnego Służby Śledczej, którego naczelnikiem był porucznik Fortuński, przedwojenny oficer rezerwy z Radomia. Razem z moim przyjacielem wychodziliśmy na patrole, ale bez mundurów. Mieliśmy jedynie krótką broń.
– Jakie były wasze zadania?
– Przeszukiwaliśmy miasto. Trzeba było odnaleźć jakieś zapasy żywności, magazyny z jakimiś cennymi dobrami, ale także próbować rozbić bandy, których w mieście było pełno. Byli to niemieccy dywersanci, ale także radzieccy dezerterzy, albo ci, którzy w czasie wojny przeszli na stronę niemiecką.
– To było ryzykowne?
– Wielu milicjantów straciło życie. Ja miałem to szczęście, że nie zostałem nawet ranny. Pewnie pomogło to, że pracowałem w cywilnym ubraniu. Umundurowani milicjanci często padali ofiarą napadów. W mieście, gdzie bandyci chowali się w ruinach, patrol idący ulicą był łatwym celem. Poza tym nasi milicjanci często nie mieli doświadczenia. Na jednym z patroli, na który zabraliśmy umundurowanego chłopaka, omal nie zginęliśmy. Chłopak, który został na warcie, dał się zaskoczyć Niemcomi. Ten zaszedł go od tyłu i rozbroił. Wychodziliśmy z moim kolegą akurat z jednego z mieszkań kiedy to się działo. Na szczęście udało się zwieść Niemca. Udałem, że jestem volskdeutchem. Podszedłem do niego i niespodziewanie rzuciłem się na niego. Udało się go pokonać i odstawić do aresztu. Tyle, że potem jeden z milicjantów go wypuścił.
– Zdrajca?
– Niestety. Takich wtedy nie brakowało. To byli volskdeutche, którzy uciekli z głębi Polski do Szczecina. Łatwo im było się zamaskować. To, że ktoś nie miał dokumentów nie było w tamtych czasach dziwne. Dlatego atmosfera była pełna podejrzliwości. Nikt nikomu nie ufał. Zdarzało się, że milicjant został zastrzelony przez kogoś kto był jego partnerem w patrolu. Ci zdrajcy wierzyli, że wybuchnie nowa wojna. Że amerykanie uderzą na Rosjan i Niemcy znów ruszą na wschód.
– Dostawaliście jakieś wynagrodzenie?
– Pracowaliśmy jedynie za jedzenie wydawane w stołówce. Było zresztą bardzo skromne. W Szczecinie w ogóle nie było wówczas pieniędzy. Jedzenie czy na przykład broń kupowało się od Rosjan za spirytus. To była obowiązująca „waluta”.
– Gdzie mieszkaliście?
– Mundurowi byli skoszarowani w gmachu przy Wałach Chrobrego. My z wydziału śledczego dostaliśmy zgodę na zajęcie mieszkań w śródmieściu. Wraz z kolegami zajęliśmy kilka wielkich, pięciopokojowych mieszkań przy ulicy Jagiellońskiej. Były bogato wyposażone. My partyzanci, żyjący kilka lat w lesie, poczuliśmy się jak milionerzy. Nie było tam jednak bezpiecznie. Woleliśmy nocować przy Wałach Chrobrego.
– W połowie maja polskie władze musiały opuścić Szczecin. Milicjanci również. Jak to przyjęliście?
– Pamiętam wielką złość chłopaków. Każdy zdążył się już jakoś urządzić, coś zgromadzić. I nagle ten rozkaz, że mamy wyjechać i to niczego nie zabierając, bo na wozach nie ma nawet miejsca dla wszystkich milicjantów. Komendant zdecydował, że część z nas ma wyjechać na rowerach, które znaleźliśmy w jednym z magazynów. Ja nie umiałem, więc wpakowałem się na jeden z czterech radzieckich zisów. Pamiętam, że na głowie miałem dwa kapelusze. Nigdy nie miałem porządnego kapelusza, więc chociaż to chciałem ze Szczecina wywieźć. Jak ówczesny komendant wojewódzki, kapitan Suchanek, zobaczył co mam na głowie zbeształ mnie, a kapelusze wyrzucił do Odry.
– W czerwcu wróciliście do Szczecina.
– Ale tylko na kilka dni. Wtedy przekonaliśmy się o co tak naprawdę chodzi z tym wyrzucaniem Polskich władz z miasta. Te gadki, że to niby protesty aliantów to bzdura. Wystarczyło zobaczyć co się działo na nabrzeżu przy Wałach Chrobrego. Rosjanie na barki ładowali wszystko co w Szczecinie miało jakąś wartość. Pamiętam dziesiątki maszyn do szycia, sterty futer, mebli. Wyrzucili nas bo po prostu przeszkadzaliśmy im w grabieniu miasta.
– Latem nie wrócił pan już do Szczecina, ale jako zastępca komendanta trafił do Świnoujścia.
– Podczas pobytu w Koszalinie wytypowano mnie na kierownika referatu śledczego świnoujskiej komendy. Wyjechaliśmy tam kilkunastoosobową ekipą w sierpniu. Jechał z nami pełnomocnik rządu na Świnoujście pan Matula. W mieście było wówczas kilkadziesiąt tysięcy Niemców: przede wszystkim uciekinierów ze wschodu. Wkrótce po przyjeździe Rosjanie wyrzucili nas z miasta. Komendant wojenny powiedział, że nie ma rozkazu przekazania miasta Polakom. Do Świnoujścia, już na dobre, wróciliśmy dopiero w październiku.
– Ale w dalszym ciągu w mieście było kilkadziesiąt tysięcy Niemców. Co mogła zrobić tam nieliczna grupka polskich milicjantów?
– Staraliśmy się wyłapać dywersantów, gestapowców, kazano nam też pilnować granicy. Z jednej strony wydawało nam się, że to łatwe. W mieście panował głód. Nie brakowało Niemców, którzy przychodzili i za kawałek chleba chcieli mówić o tym gdzie ukrywa się jakiś hitlerowiec. Z drugiej jednak strony dochodziło do ciągłych konfliktów z wojskami radzieckimi, które wyraźnie trzymały stronę Niemców. Wchodziliśmy na przykład do jakiegoś mieszkania, gdzie podejrzewaliśmy, że Niemcy trzymają broń. Niemcy pędzili do Rosjan, że Polacy ich napadli. I Rosjanie przyjeżdżali i mierzyli do nas z broni. Nie raz doszło do strzelaniny. I tylko raz oberwało im się od przełożonych za napaść na naszych milicjantów.
Poza tym walczyliśmy z głodem. Sami nie mieliśmy co jeść. Nie raz bez munduru szło się znaleźć jakieś pożywienie.
– W 1946 roku głośno było o skandalu w świnoujskiej milicji. Totalny brak dyscypliny, pijaństwo, napady. Pamięta pan te wydarzenia?
– To było za czasów drugiego komendanta. Ciężko mi o tym mówić, bo to co robił było dla mnie szokujące. Uważał, że jak Niemcy przegrali wojnę to wszystko może z nimi zrobić. Pamiętam jak kazał mi przynieść jakieś obrączki. Powiedział, że mogę Niemkom palce uciąć jakby nie chciały zdjąć. Doprowadził do zdziczenia. Wtórowało mu wielu słabo wykształconych, prostych milicjantów. Dla garstki, w której i ja byłem to było nie do zaakceptowania. O wszystkim dowiedziały się władze wojewódzkie. Skończyło się procesem komendanta i wyrokiem ośmiu lat więzienia.
– Miał pan po tym wszystkim dość milicji?
– Tak. Na szczęście w tym czasie władze zaczęły organizować ochronę skarbową, coś na kształt dzisiejszej policji skarbowej. Znalazłem się w niej. Mogłem wreszcie kontynuować naukę. I w skarbówce już pozostałem.
– Mimo tych trudnych przeżyć bardzo pan chciał żeby teraz po 60 latach przypomnieć początki milicji?
– To wciąż mało znane dzieje. A przecież trzeba pamiętać, że gdyby nie milicjanci to polska administracja w Szczecinie nie miała by szans na bezpieczne funkcjonowanie. Trzeba też pamiętać o tych, którzy wówczas zginęli. Nikt nie mówił, że ginie za socjalizm, nie było mowy o polityce. Walczyliśmy na tym naszym polskim dzikim zachodzie o polskość.

Rozmawiał Andrzej Kraśnicki jr, „Głos Szczeciński”.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Historia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.