Opublikowane przez hehenio w Historia.

Jestem fanem Józefa Szwejka. Trafiłem na ten temat przypadkiem, wertując literaturę dotyczącą Najjaśniejszego Pana. Pogrzebałem, poczytałem, przebrałem. Oto wyniki:

Na cesarskie manewry

Wśród najświeższych wiadomości szczecińska Pommersche Volksrundschau, gazeta stanu średniego, z 9 września 1895 roku umieściła tak rozpoczynającą się notatkę:
Przed południem 9 września 1895 roku na Stację Zwierzyniec w Poczdamie wjechał austriacki pociąg dworski
Stacja Zwierzyniec (Wildparkstation) była kolejowym dworcem cesarskim, na nią przybywały w zasadzie tylko pociągi specjalne. Oddalona jest o niespełna kilometr od Nowego Pałacu najokazalszej z pruskich rezydencji królewskich, zbudowanego na zlecenie Fryderyka II po wybrnięciu cało z Wojny Siedmioletniej. Kosztował niewiarygodnie dużo, jak na możliwości Prus 11 milionów talarów (prawie sześć razy tyle, co kuta w skałach twierdza w Srebrnej Górze). Fryderyk bywał w nim sporadycznie, kolosalna budowa służyła tylko demonstracji potęgi państwa i triumfu nad Marią Teresą praprababką podejmowanego właśnie cesarza Austrii, Franciszka Józefa I. Była to też ulubiona rezydencja ostatniego cesarza Niemiec i jego rodziny. W pałacu zainstalowano centralne ogrzewanie, sanitariaty, łazienki, elektryczne oświetlenie i telefony.
Dostojnego gościa przyjęła małżonka cesarza, Augusta Wiktoria. W sali muszlowej, zwanej tak od osobliwej dekoracji, wykonanej z muszli i korali, ale również, pochodzących ze Śląska, półszlachetnych kamieni i skamieniałych prehistorycznych stworzeń, odbyło się śniadanie dla Gościa i wybranych osób z orszaku (28 nakryć).
Po śniadaniu Ich Cesarskie Wysokości odbyły, czterokonnym zaprzęgiem, przejażdżkę po parku Sanscouci, po czym zajechały na stację Zwierzyniec, gdzie oczekiwała świta. Cesarz Franciszek Józef pożegnał się serdecznie z cesarzową przez ucałowanie dłoni i kwadrans przed pierwszą rozpoczął dalszą podróż pociągiem specjalnym do Szczecina
Po drodze do cesarskiego pociągu Franciszka Józefa dosiadł się jeszcze król Saksonii, Albert. Obaj monarchowie darzyli się sympatią jeszcze z czasów, gdy Saksonia, jako niepodległe państwo, była wiernym sojusznikiem Austrii.
Franciszek Józef udawał się tam, skąd Augusta Wiktoria właśnie wróciła: jeszcze niedawno otwierała w Szczecinie Dni Cesarskie, brała udział w uroczystym przyjęciu w Konzerthaus, paradzie wojskowej na Polu Krzekowskim czy polowej mszy na dziedzińcu koszar grenadierów. Pozostawiła w Szczecinie swego cesarskiego małżonka. Wróciła, bo dalszy ciąg zabawy był raczej nie dla dam. Rozpoczynały się Cesarskie Manewry.
Dowództwo pruskie postanowiło sprawdzić funkcjonowanie swej machiny wojennej na wypadek jednego z najczarniejszych scenariuszy: na Rugii i pod Kołobrzegiem równocześnie nieprzyjaciel wysadza na ląd potężne desanty, w sile korpusu armii każdy. Oba desanty niezależnie rozpoczynają forsowny marsz w stronę Angermünde, tu łączą się i razem uderzają na Berlin. Ponieważ po drodze stawić im czoło mogą tylko nieliczne garnizony (jest to najrzadziej nasycony garnizonami rejon cesarstwa), główny ciężar obrony spadłby na jednostki gwardii i 3 Korpusu z Berlina. Najlepszą obroną jest atak – te wyruszają więc pośpiesznie wzdłuż Odry, by w miarę możliwości nie dopuścić do połączenia sił nieprzyjacielskich i podjąć walkę możliwie daleko od stolicy. W rolę agresora, zwanego Armią Północ, wcielały się: 2 Korpus (odpowiednik Okręgu Wojskowego, dowództwo w Szczecinie, obszar historycznego Pomorza oraz Piła, Bydgoszcz, Inowrocław, Gniezno) i 9 Korpus (dowództwo w Altonie, Meklemburgia, Szlezwik-Holstein, po ujście Wezery). Rolę obrońców odgrywały 3 Korpus i Korpus Gwardii oba z siedzibą w Berlinie, tworząc Armię Południe. Zmobilizowano rezerwistów, nakazano dostarczyć mobilizowane konie. Odwołano ruch towarowy na południowy zachód od Szczecina.
Na manewry zaproszono panujących w pozostałych państwach Trójprzymierza oraz państwach Rzeszy i obserwatorów zagranicznych.
Cesarskie rozporządzenie przydzielało zaproszonym gościom i wojskowym wyższych szczebli kwatery w Szczecinie, w reprezentacyjnych budynkach miasta, w hotelach i domach znaczniejszych obywateli. Wilhelm II zamieszkał w Zamku Książąt Pomorskich, wtedy zwanym Zamkiem Królewskim.
Gdy pociąg cesarski zdążał do Szczecina, masy wojsk właśnie nawiązywały pierwszy kontakt bojowy. Północnym udało się połączyć, zajęli stanowiska na linii: Siadło Górne Schwennenz Rosow Löknitz, wykopano stanowiska bojowe. Południowi stali naprzeciw. Ogłoszono zawieszenie działań do jutra.
W szczecińskiej prasie manewry były jednym z głównych tematów. Szczegółowo relacjonowano sytuację na froncie, wymieniano zajmowane i tracone miejscowości. Mieszkańcy wsi między Odrą a doliną Randow mieli na co popatrzeć.

Powitanie

Szczecińska Pommersche Volksrundschau tak opisała przybycie Gościa do Szczecina Uzupełnienia pochodzące z innych źródeł podano w nawiasach:
Przybycie cesarza Franciszka Józefa i króla saskiego.
Tylko nieznacznie mniej publiczności, niż w dniu przybycia naszego cesarza (6 września), zgromadziły od godziny trzeciej szpalery przy ulicach wiodących od dworca do budynku Generalnego Ziemstwa, mieszkania cesarza Austrii. Trybuna przy budynku Ziemstwa zapełniła się ludźmi; wszyscy oczekiwali w radosnym podnieceniu na przybycie Panującego tak blisko zaprzyjaźnionej z nami Austrii. Na balkonie bramy triumfalnej znów, jak w dniu przybycia naszego cesarza, zajęła miejsce orkiestra dęta Pułku Artylerii Polowej. Całe miasto sprawiało takie samo wrażenie, jak w piątek, 6 września. Przed mieszkaniem cesarza Franciszka Józefa stanęła warta honorowa wystawiona przez 2 pułk Grenadierów Króla Fryderyka Wilhelma IV (1. pomorski), podczas gdy na dworcu wystawiał wartę honorową pułk grenadierów Gwardii im. Cesarza Franciszka. Na dworcu miało miejsce wielkie powitanie wojskowe i cywilne i w pierwszej linii między oczekującymi stanęli Jego Wysokość Cesarz, w austriackim mundurze huzarów, książę Albrecht książę na Putbus, i duża liczba wyższych oficerów, dalej pan nadprezydent w stanie spoczynku von Puttkamer, prezydent rejencji von Sommerfeld, nadburmistrz Haken, przewodniczący Rady Miasta dr Scharlau i pan prezydent policji.
O 4 pociąg dworski cesarza Franciszka Józefa wjechał do hali dworcowej (dwie lokomotywy 8 wagonów salonowych austriackich, jeden saski i jeden pruski oraz wagon bagażowy).
Orkiestra Pułku grenadierów Gwardii Cesarza Franciszka zagrała austriacki hymn państwowy. Cesarz Franciszek Józef i król saski siedzieli w jednym wagonie. Wkrótce pierwszy z nich wysiadł. Obaj cesarze pośpieszyli do siebie i ucałowali się. Równie serdecznie przebiegło powitanie z królem Saksonii, także wymieniono pocałunki i kilkakrotne uściski dłoni. Po przeglądzie kompanii honorowej i przemarszu tejże przed Ich Wysokościami, dostojni panowie opuścili peron (przeszli przez pokój cesarski dworca). W pierwszym powozie cesarskim zajęli miejsca obaj cesarze. Cesarz Franciszek Józef miał na sobie pruski paradny mundur generalski. W następnym powozie cesarskim zajęli miejsca król Saksonii, także w pruskim paradnym mundurze generalskim, oraz książę Albrecht. Powóz, w którym znajdowali się obaj cesarze, był eskortowany przez oddział pułku huzarów Cesarza Franciszka Józefa Austriackiego, Króla Węgier (Jasnobłękitne bluzy i dolmany. W zaprzęgu cztery węgierskie siwki). Drobnym kłusem przejechano przez świątecznie ustrojone ulice, bramę triumfalną przed ratuszem do mieszkań Dostojnych Gości – Franciszek Józef w Generalnym Ziemstwie (dziś bank PKO BP), król Saksonii w Generalnej Komendzie (Klub XIII Muz)). Ich wysokości były podczas przejazdu gorąco pozdrawiane przez coraz liczniejszą publiczność.
Wilhelm wprowadził Franciszka Józefa do wnętrza, tam powitali go gospodarze obiektu: Generallandschaftsdirector von Kamee i Generallanschaftssyndicus dr Hildebrandt, przedstawieni przez nadprezydenta von Puttkamera. Cesarz skierował do nich łaskawe słowa i został zaprowadzony do swoich apartamentów. Na maszt nad kopułą Generallandschaftu wciągnięto proporzec cesarski, przed budynkiem zaciągnięto wartę honorową. Godne wyposażenie apartamentów cesarskich oraz fachowy i sprawdzony personel przysłał Urząd Wielkiego Marszałka Dworu z Berlina. Zarządzono też, by w budynku pełniło dyżur dwóch strażaków.
Do opisu powyższego należy dołączyć parę słów wyjaśnienia:
W tamtym czasie panował jeszcze zwyczaj, że pułki, poza normalnymi dowódcami, miały jeszcze tytularnych szefów (w Prusach), lub właścicieli (w Austro-Węgrzech). Takim tytularnym właścicielem bywała zwykle głowa zaprzyjaźnionego państwa, członek domu panującego (także kobieta, np. królowa), jakaś postać historyczna itp. Była to elegancka i ceniona forma uhonorowania ważnych dla państwa osób. Właścicielowi przysługiwało prawo do noszenia munduru swojej jednostki. Odpowiednio wysoko postawiony właściciel był także wyróżnieniem dla pułku. Tak należy rozumieć sformułowania: swój pułk czy mundur swojego pułku, często w opisach ówczesnych używane.
Jeśli chodzi o mundury, to Monarchowie zmieniali je jak rękawiczki. Każda relacja prasowa podawała zawsze dokładną informację, kto w jakim mundurze wystąpił. Wybór munduru bywał też traktowany jako aluzja.
Osobisty, wieloletni kamerdyner cesarza Franciszka Józefa, Eugeniusz Ketterl pisze we wspomnieniach:
Jest rzeczą od dawna wiadomą, że oficerowie, którzy dbają o swój mundur z największą starannością, w cywilu nie zwracają uwagi na podstawowe rzeczy, gdy chodzi o ubranie. Także stary cesarz, który wiedział bezbłędnie, która czapka albo kask przynależy do którego spośród jego niezliczonych mundurów, nie wahał się włożyć niebieskiego krawata do zielonej marynarki.
(…) Cesarska kolekcja obcych mundurów odznaczała się niebywałym przepychem. Jest rzeczą ogólnie wiadomą, że cesarz, przyjmując wizytę zagranicznego dostojnika, witał go zawsze w mundurze jego kraju. Panował obyczaj, że władcy cudzoziemscy ofiarowywali Jego Cesarskiej Mości najwspanialsze mundury swoich wojsk, ponadto Franciszek Józef był wysokim oficerem wszystkich zaprzyjaźnionych armii i choćby z tego tytułu miał najróżniejsze mundury i dystynkcje.
(…) W sprawach dworskiej etykiety Franciszek Józef nie czynił najmniejszych odstępstw, także w odniesieniu do siebie. Przestrzegał jej surowo. Gdy przebywał w Ischlu, pewnego razu zameldowano mu o przybyciu delegacji brytyjskiej, która miała uzgodnić szczegóły spotkania z królem Edwardem w Marienbadzie. Musiałem natychmiast pojechać do Wiednia i przywieźć cesarzowi mundur brytyjski, ponieważ uznał za niedopuszczalne, by nie powitać Anglików w ich uniformie.
Franciszek Józef był bardzo zżyty z mundurem mając 13 lat został pułkownikiem.
Austriacki hymn państwowy grany na dworcu, Boże wspieraj, Boże ochroń (Gott erhalte, Gott behüte) brzmiał wtedy zupełnie odmiennie od hymnu niemieckiego. Hymnem cesarskim Niemiec była pieśń Bądź pozdrowion w wieńcu zwycięzcy (Heil dir im Siegerkranz), o melodii ukradzionej z hymnu angielskiego. Dopiero później hymnem stała się pieśń Niemcy, Niemcy nade wszystko (której haydnowską melodię skradziono z hymnu austriackiego).
Po krótkim odpoczynku czekały dalsze obowiązki.
Liczni dygnitarze i dostojne osoby spotkały się na obiedzie, wydanym o 6 wieczorem w Zamku Królewskim. Przy stole zasiedli: cesarz Franciszek Józef po prawej zaś król saski po lewej Jego Cesarskiej Wysokości. Obok cesarza Austrii na prawo zasiedli: książę Wiktor włoski, książę Arnulf bawarski, ambasador von Szoeghenyi, generał-pułkownik von Löe, feldzeugmeister von Beck; na lewo od króla Saksonii: książę Leopold bawarski, książę Albrecht pruski, książę Maksymilian badeński, angielski marszałek polny, lord Roberts i minister wojny Bronsart von Schellendorf; naprzeciw cesarza: nadprezydent von Puttkamer, na lewo od niego przewodniczący landtagu prowincji von Koeller, na prawo książę na Puttbus i minister von Koeller. Orkiestrę wystawiał 9 kołobrzeski pułk grenadierów (Pommersche Volksrundschau).
Zatem: dwóch cesarzy, trzech królów (saski, pruski i węgierski), czterech następców tronu.
Obiad przeciągnął się do późnego wieczora, kiedy to nastąpiło najbardziej reprezentacyjne i niecodzienne wydarzenie całej wizyty: rejs po Odrze.

Iluminacja i Oderfahrt

Gazety szczecińskie (Neue Stettiner Zeitung i Pommersche Volksrundschau) poświęcały tym punktom wizyty bardzo wiele miejsca przez parę dni. Dziś może budzić pewne zdziwienie, że uroczystą wizytę mieszkańcy czcili przez oświetlenie domów i ulic. Ale w dziewiętnastym wieku sztuczne światło było jeszcze luksusem. Niekiedy, na specjalne okazje, władze zarządzały iluminację i każdy właściciel posesji był zobowiązany do wystawienia świateł w oknach i witrynach sklepowych. W Szczecinie takiego zarządzenia nie było, iluminacja była spontaniczna. Mimo, że w mieście funkcjonowało już od pół wieku oświetlenie gazowe i właśnie zaczęto instalować latarnie elektryczne, żarówkowe i łukowe, na Placu Parad i Placu Królewskim, to jednak zalewające centrum strumienie światła robiły kolosalne wrażenie. Zacytujmy Neue Stettiner Zeitung:
Podczas gdy brzeg Odry i domy, leżące na trasie przejazdu cesarskich powozów promieniowały jasnym blaskiem, także pewna liczba domów w głębi miasta ukazała się w świątecznym oświetleniu. Światło świec, światło elektryczne i gazowe i kolorowe lampiony walczyły o pierwszeństwo. Pojawiły się gwiazdy, korony i orły, zestawione z gazowych płomyczków. W wielu domach wszystkie okna były rozjaśnione świecami, jak na przykład domy przy Placu Królewskim, budynek Landtagu Prowincji, Komenda Generalna i Intendentura, hotel Victoria i hotel Trzy Korony, na którym błyszczały trzy wspaniałe gazowe korony nad wejściem. Szczególny blask otrzymał sklep Feldberga ze zrobioną na froncie z kolorowych elektrycznych kulek wspaniałą tarczą z koroną, w której środku świeciło na biało wielkie W, naprzeciw sklep Dienemann i Ska, w którego oknach wystawowych usianych elektrycznymi żarówkami znajdowały się wyobrażenia trofeów wojennych, zbroi, szabli, strzelb, czaka landwery z 1813 r., wspaniały Krzyż Żelazny i jako symbol trójprzymierza, popiersia niemieckiego i austriackiego cesarza i królewicza włoskiego. Sklep Lessera i Ski miał w oknach draperię w barwach austriackich (czarno-żółtą) oświetloną licznymi żarówkami. Tak samo u Druckera, trzy okna ozdobione niemieckimi, austriackimi i saskimi barwami i jasno oświetlone. W oknach domu Lustdichten każdy rząd okien był obwieszony łańcuchem z kolorowych szkieł.
Przed odwachem z latarni odkręcono palniki, tak, że powstały grube gazowe pochodnie. Wszyscy, którzy nie poszli podziwiać oświetlenia nabrzeża, pielgrzymowali przez miasto by napatrzeć się iluminacji.
Bo główną atrakcją tego wieczoru był rejs Monarchów po Odrze bocznokołowym parostatkiem Freya. Droga od Zamku do przystani parowców, sam bulwar nadodrzański i brzegi rzeki były uroczyście oświetlone i przystrojone:
Takiego widowiska, jak baśń światła i barw wczorajszego wieczoru, Szczecin jeszcze nie przeżywał. Nie ma pióra ni palety, która byłaby w stanie choćby w połowicznym przedstawieniu, naszkicować wszystkie cuda tego rejsu. Na Nabrzeżu Parowców wszystkie domy były rzęsiście iluminowane światłami, sznury lamp elektrycznych wszystkich kolorów ciągnęły się nad oknami i wzdłuż linii architektury, balkony przybrane były barwnymi łukami z balonów, płonęły pochodnie gazowe na skraju bulwaru. Cudownie zaprojektowana brama triumfalna, otwarta hala łukowa pokryta czerwoną materią, pyszniła się jako najświetniejsza ozdoba. Jej dach wieńczyła pozłocona korona cesarska, zdobna żarówkami niczym klejnotami. Cztery rzędy po cztery kolumny zdobiły w dolnej części pozłacane kraty, a kolumny oplatał śrubowym skrętem wieniec ze świerkowych gałązek. Między masztami wisiały liczne sznury matowych i bezbarwnych żarówek. Wszędzie flagi w barwach niemieckich, pomorskich i szczecińskich, jak i proporce z pomorskim gryfem i heraldycznymi orłami. Przy lewym brzegu potężne parowce, na których czarnych kadłubach i między masztami sznury żarówek we wszystkich kolorach (Neue Stettiner Zeitung).
Żarówki, żarówki, żarówki.
Pamiętajmy, że była to jeszcze ekscytująca, luksusowa nowość. Pierwszą koncesję na dostawy prądu do oświetlenia elektrycznego (nie znano jeszcze innych komercyjnych zastosowań) wydano w Szczecinie zaledwie 10 lat wcześniej. Tłum był niewiarygodny, oblepiał brzeg Odry aż do Skolwina. Zbliżający się korowód statków witano okrzykami, tak, że rejsowi towarzyszyła niemilknąca, entuzjastyczna owacja. Oświetlenie bramy triumfalnej włączono ponownie następnego dnia, dla tych, co nie docisnęli się. Na Dolnym Wiku zepchnięto do wody chłopczyka, za nim skoczyły na ratunek dwie panie (całą trójkę wyciągnięto szczęśliwie).
Krótko po wpół do dziewiątej pojawili się Jego Cesarska Wysokość, któremu towarzyszyli cesarz Austrii i król Saksonii i inne dostojne osoby. Krótko potem dano sygnał do odjazdu. Przed statkiem cesarskim szedł sygnałowiec parowy Die Oder, dalej następowały parowce Kronprinz Friedrich Wilhelm i Der Kaiser. Na nich zajmowali miejsce się oficerowie, radcy miejscy, deputowani i inni. Oba brzegi Odry były rzęsiście iluminowane. Mamy tu na myśli przystanie klubów wioślarskich Triton i Germania, domy przy bulwarze, Urząd Pilotów, dalej stocznię Oderwerke, Vulcana, domy na Drzetowie, Żelechowie i Golęcinie, które były aż po świetliki dachowe wspaniale oświetlone. Także i dalej położone Wzgórze Kupały miało świąteczną iluminację. Wyróżniająco pięknie były też rozświetlone port żaglowy, szkoła w Golęcinie, Zielone Wzgórze z restauracją, Golęcino, Gocław i fabryka brykietów. Ponadto statki zakotwiczone na lewym brzegu Odry, jak na przykład parowiec Oberbürgermeister Haken, Island i inne wspaniale iluminowano lampionami aż po topy masztów. Naprzeciw Glinek zapalono drewnianego kolosa w kształcie statku, co nadało widowisku szczególnego wyrazu. Tu nastąpił punkt zwrotny rejsu. Wtedy rozpoczęto fajerwerki, szczególnie na lewym brzegu Odry. Wzgórza nad Golęcinem i Gocławiem jaśniały zachwycająco. Brak nam słów, by oddać wspaniałość tych fajerwerków! Dalej idąc w stronę Szczecina, świąteczną szatę przybrał Vulcan. Potężne reflektory rozjaśniły całą stocznię; chiński torpedowiec lśnił osobliwie dzięki symetrycznemu oświetleniu. Podobnie leżąca dalej Oderwerke i inne obiekty i prywatne domy. Jesteśmy zdania, że miasto Szczecin tym rejsem ofiarowało Jego Cesarskiej Wysokości coś, czego nie mogło mu dać żadne miasto, które zaszczycał On dotąd swoją wizytą. Nie wątpimy, że naszemu cesarzowi jak i Jego dostojnym gościom rejs ten sprawił wielką przyjemność. Około 10:30 nastąpił powrót cesarskiego statku (Pommersche Volksrundschau).
Do organizacji imprezy była powołana specjalna Festcommission kierowana przez radcę Wingarda. Oprawę plastyczną (brama triumfalna) projektował miejski radca budowlany Krauze.
Podczas rejsu dostojni goście posilali się przy stołach ustawionych na górnym pokładzie Frei.
Oświetlono 71 statków zacumowanych po obu stronach rzeki. Zacumowane dwa statki duńskie ozdobiono wg projektu przybyłego w tym celu z Kopenhagi dekoratora. Oświetlenie wspominanego chińskiego torpedowca tworzyło obraz austriackiej flagi, z wykorzystaniem czarnych burt i żółtozłotych lamp, tworzących też obraz korony i inicjałów F J i W. Oświetlono elektrycznie wieżę kościoła św. Jakuba. Nad placem budowy budynków rejencji ognie tworzyły łuk triumfalny. Załoga łodzi wikingów przy klubie Wioślarskim pozdrawiała statek cesarski podniesionymi, lśniącymi mieczami. Na Gocławiu nad wodą ustawiono w regularnych odstępach beczki z płonąca smołą. Aż dotąd sięgało światło reflektorów Vulcana. Na wzgórzu Julo i polach nad Golęcinem odpalono fajerwerki tworzące obraz wiatraka i wybuchającego wulkanu. Widać też było wieżę kościoła w Dąbiu z dwoma potężnymi światłami i ogromne ognisko rozpalone w Zdrojach, przy Świątyni nieopodal Dębu Książęcego.
Noc była pogodna, świecił księżyc, fale Odry odbijały orgię świateł.
Do tematu iluminacji i rejsu po Odrze gazety wracały jeszcze przez parę dni, przypominając rodzaj atrakcji świetlno dekoracyjnych coraz to nowych sklepów w mieście i fabryk leżących nad rzeką. Nawet po latach pachnie sponsoringiem

Manewry, dinery i animozje

We wtorek, 10 września, przed 7 rano Cesarze i pozostali goście udali się powozami na dworzec kolejowy by pociągiem specjalnym pojechać na pole manewrów. Pociąg miał jechać do Kołbaskowa, ale nie wykluczano też Tantowa, w zależności od rozwoju sytuacji wojennej. Tego dnia walczono o okolice dzisiejszego przejścia granicznego w Kołbaskowie. Wilhelm objął dowodzenie Południowych. Tego dnia Południowi byli górą. Zajęli wzgórza nad Kołbaskowem, odrzucili 2 korpus na północ. Około południa bój rozgorzał w pełni, lecz przerwały go odtrąbione sygnały Całość stać. Sytuacja uległa zamrożeniu do jutra. Goście odjechali konno do Kołbaskowa gdzie wsiedli do pociągu i ok. 14:00 wrócili do Szczecina. Posiłek Franciszek Józef spożył w budynku Ziemstwa sam. Nie był zbyt zachwycony jego wykwintnością. Nieoceniony jako źródło informacji od kuchni o wiedeńskim dworze, Eugeniusz Ketterl, zapisał:
Mój najwyższy pan dostał na obiad zupę, mocno podejrzaną bryję – totalnie wygotowaną wołowinę z piwem. Dlatego następnego dnia uznałem za właściwe oznajmić miejscowemu ochmistrzowi i szefowi kuchni, że mój cesarz nie jest przyzwyczajony do takich przysmaków. Efekt był równy zeru – jeszcze raz pojawiła się wstrętna zupa i stare krowie mięso. Zmuszony byłem wydać polecenie, aby przynoszono posiłki z hotelu, po dwadzieścia marek.
Dwa lata później cesarz Wilhelm przybył na nasze wielkie manewry w okolicach Tata-Tovaros. Na tych manewrach Wilhelm zażądał szampana, a baron Beck, szef austriackiego sztabu generalnego, wyraził pogląd, że mimo wszystko może należałoby szampan sprowadzić. Ale Franciszek Józef odparł:
– Ani mowy! Na manewrach szampan jest nie na miejscu. Niech pije piwo!
Przyznam się, że ten wyrok bardzo mnie uradował. Był to mały rewanż za szczecińską bryjkę i wygotowane mięso ze starych krów.
Po południu, ok. 18:30 Franciszek Józef przyjął dziesięcioosobową deputację swoich poddanych zamieszkałych w Szczecinie, pod przywództwem ambasadora Szoegyeny-Maricha i wieloletniego konsula Meistra. Otrzymał adres wiernopoddańczy, gustownie wykonany przez pana malarza Isera (był na nim wymalowany portret Najjaśniejszego Pana, alegoryczny geniusz pokoju, panorama miasta, widok portu ze statkiem Freya i jeszcze parę alegorii). Dłuższą rozmową zaszczycił dwóch inżynierów, pracujących w stoczni Vulcan pytając o budowę wielkich statków, lokomotyw etc. Konsulowi Meisterowi wyraził Cesarz swoją radość z powodu obecności w Szczecinie, pochwalił rozmach i piękno miasta i zauważył, że ten progresywny rozwój idzie ręka w rękę z rozkwitem rzemiosła, handlu i komunikacji. Podczas audiencji monarcha był niezwykle łaskawy i ludzki wobec deputacji.
Wieczorem diner w Zamku na 80 nakryć. Co podawano na takich dinerach Zachowało się menu z wcześniejszego o parę dni przyjęcia cesarskiego w szczecińskim Domu Koncertowym:
– rosół drobiowy z kluseczkami
– pstrąg łososiowy na błękitno ze świeżym masłem
– filet wołowy napolitaine
– suflet z homara po parysku
– chaudfroid z gęsich wątróbek a la perigeux
– młode kuropatwy z sałatą rzymską
– zielone szparagi z truflami
– lody
– herbatniki
– owoce
– deser
Wówczas jadło i zastawę stołową dostarczał dworski dostawca (Hoflieferant) Borchardt z Berlina. Najprawdopodobniej zajmował się on aprowizacją dworu podczas całego pobytu w Szczecinie. Można przypuszczać że bogactwo jadłospisu było podobne. Szparagi, ulubione danie Wilhelma, były francuskie, a lody – sicher ist sicher – sprowadzono z Berlina. Pieczywo było szczecińskie, dostarczał je przez czas dni cesarskich Gustaw Colas.
Jest raczej pewne, że na owym dinerze Franciszek Józef nie bawił się dobrze.
Miał w zwyczaju wcześnie udawać się na spoczynek. Ponadto, nie ukrywają tego współcześni obserwatorzy, osobiście nie lubił Wilhelma. Oczywiście, oficjalnie był jego oddanym bratem i sojusznikiem. Podkreślał to w głoszonych toastach. Tego wymagał interes państwa, a Austria nie miała gorliwszego urzędnika, niż cesarz. Ale, czego nie widziała cenzurowana przecież prasa, widział dwór i służba. Pozostały pamiętniki i listy. Wierny Eugeniusz ujmował to tak:
Nawiasem mówiąc, Wilhelm II nie był zbyt popularny wśród nas, Austriaków, ponieważ w 1889 roku, gdy został zaproszony na manewry austriackie, nie zachowywał się jak gość, lecz jak inspektor armii i krytykował nasze wojsko, zwłaszcza piechotę, która podlegała następcy tronu, Rudolfowi. Franciszek Józef był bardzo rozgniewany arogancją Wilhelma, a cesarzowa w ogóle nie chciała go widzieć. Po powrocie do Berlina cesarz niemiecki listownie tłumaczył się ze swego zachowania; podkreślił jednak, że uważał za swój obowiązek wygarnąć swemu sojusznikowi całą prawdę o armii austriackiej, bowiem w wypadku wojny ma zamiar prosić, by walczyła u boku Niemców, i dlatego zmuszony jest nalegać, aby Franciszek Józef zdjął kronprinca Rudolfa z jego stanowiska służbowego, a inspektorem piechoty uczynił zdolniejszego oficera.
Wilhelm II zawsze wszystko wiedział lepiej. Dobrze się czuł w roli zbawcy świata. Przezwaliśmy go „Kingfu” – według pewnej nakręcanej lalki z monachijskiego panopticum (…).
Cesarz Wilhelm nie mógł używać lewej, krótszej ręki, również lewa noga źle mu służyła, a prócz tego cierpiał na uporczywe bóle uszu. Walczył z tymi ułomnościami gigantyczną wprost siłą woli. We wszystkich manewrach uczestniczył, jeżdżąc konno. Konie musiały być spokojne i delikatne, ponieważ jeździł niemal bez lejców, które miał zawieszone na szlufce od pasa i tylko od czasu do czasu sięgał po nie prawą ręką. Przy stole cesarz Wilhelm posługiwał się widelcem, przystosowanym do jednoczesnego krojenia pokarmów. Na lewej ręce, która spoczywała jak nieżywa, nosił złote bransoletki. Palce miał zupełnie czarne, aby to ukryć, wkładał wiele pierścieni.
Nie bez znaczenia dla wyjaśnienia tej antypatii wydaje się też, że Wilhelm był o rok młodszy od nieżyjącego syna Franciszka Józefa, Rudolfa. Że spłodził gromadkę ślubnych dzieci i nie martwił się o następstwo tronu. Że Augusta Wiktoria siedziała spokojnie w Poczdamie i nie rozjeżdżała się po Europie. Że miał dość solidne uniwersyteckie wykształcenie. Że rządził w nowoczesnym, jednolitym państwie, którego gęsta sieć kolejowa mogła błyskawicznie przerzucać masy sprawnie mobilizowanego wojska. Że cenił wszystkie te nowoczesne wynalazki: telefony, telegrafy, waterklozety, żarówki, kaloryfery. Franciszek Józef wolał po staremu i trzeba było nie lada podchodów, by wymienić mu np. stolik do mycia na nowy.
Aż nadto tego było, żeby go nie lubić!
Następny dzień rozpoczął się podobnie.
Tym razem na pole manewrów udano się specjalnymi pociągami by obserwować je ze wzgórz nad Pomellen (po przesiadce na wierzchowce). Obraz bitwy rozwinął się szybciej niż poprzedniego dnia. Północni podjęli próbę odrzucenia przeciwnika w stronę Odry. Franciszek Józef pojawiał się, jak napisano w Neue Stettiner Zeitung, to tu, to tam, by przekonywać się naocznie o stanie starcia. Odnotowano, że na pochwałę Najjaśniejszego Pana zasłużył sobie 2 pułk grenadierów gwardii, dzielnie wypierając nieprzyjaciela z lasu Hohenholtz. Sprawnie spisywały się balony obserwacyjno – telegraficzne: wdrażano właśnie telegrafię sygnałową, polegająca na przekazywaniu informacji znakami wyrażanymi odpowiednim układem dwóch chorągiewek trzymanych przez telegrafistę. Po polach bitew śmigali tez posłańcy na rowerach. Utratę zdolności bojowej, ocenianą według precyzyjnych regulaminów, sygnalizowano przez wywieszanie tzw. flagi strat (Verlustflagge). O tych nowoczesnych wynalazkach wojennych informowała prasa. Zauważyła też nietypową jak na pole walki przeszkodę naturalną: masowe wystąpienie manewrowych wycieczkowiczów, czyli cywili, udających się często z rodzinami między ćwiczące oddziały i rozsiadających się tam, jak na pikniku, aby nacieszyć oczy batalistycznymi scenami. Szczególnie cenione było przez nich zobaczenie któregoś z cesarzy czy dowódców. Kończyło się często ucieczką przed rozpędzonym szwadronem. Skarżyli się na to oficerowie, gazety apelowały o rozwagę.
Tego dnia dowodzeni przez Wilhelma Południowi znowu byli górą. Północni zostali odparci i cofnęli się na linię Schwennenz Jezioro Głębokie. Przed jedenastą odtrąbiono sygnał Das Ganze Halt i działania przerwano. Następnego dnia Wilhelm miał dowodzić Północnymi.
Dzień zakończyła wieczerza w Zamku.

Ostatni dzień wizyty

A tak finał manewrów opisał dodatek do Pommersche Volksrundschau dzień po ich zakończeniu:
Z manewrów cesarskich:
Na wczorajsze manewry Jego Cesarska Wysokość udał się o 5:30, zaś cesarz Franciszek Józef i król Saksonii godzinę później, powozami. Książęta, przedstawiciele obcych państw i inni znamienici goście naszego miasta wyjechali na manewry między 6:00 i 7:30, powozami i konno.
Mierzyn, 12 września. Krótki deszcz padający wieczorem nie był wystarczający do zapobieżenia kurzowi, spowodowanemu przez panującą w ostatnim czasie suszę. Już wczorajszego wieczoru oddziały, za wyjątkiem straży przedniej, zaległy na doraźnych kwaterach w miejscu aktualnego pobytu. Przed wschodem zerwał się silny wiatr, który spowodował wypadek balonu na uwięzi – miech wiatrowy zatrzeszczał i literalnie rozerwał się w strzępy. Gondola przekoziołkowała i obawiano się, że znajdujący się w niej oficer został z niej wyrzucony, na szczęście okazało się, że nic mu nie jest. W miejsce uszkodzonego wypuszczono zwykły balon, bez miecha wiatrowego.
Dowództwo Armii Północnej przejął, jak wspominano, Jego Cesarska Wysokość. Linia starcia rozciągnęła się na północny zachód od Ustowa. Na lewym skrzydle znajdowała się dywizja kawalerii A, w ogólności położenie pierwszego starcia było takie, jakie zastało wczorajsze przerwanie działań. Starcie rozpoczęła krótko po 7 artyleria. Przy silnym wsparciu artyleryjskim piąta dywizja ruszyła na zabudowania między Skarbimierzycami i Mierzynem, jednakże została odrzucona przez przybyłą w odpowiednim czasie rezerwę drugiego korpusu armii, po czym trwale włączyła się do starcia szósta dywizja i tym samym podtrzymała chwiejącą się linię batalionów. W ostatnich dniach częściowo tylko używany w pierwszych starciach 9 korpus (Północni) podjął dziś zaskakujące uderzenie przeciw lewemu skrzydłu Armii Południowej i tak energicznie odrzucił drugą dywizję piechoty gwardii, że utracone wczoraj i przedwczoraj obszary w dużej części zostały odzyskane. Aby całkowicie odrzucić cofającego się nieprzyjaciela, Jego Cesarska Wysokość rozkazał wyruszyć do ataku dywizji kawalerii A. Jednakże przed pełnym rozwinięciem uderzenia kawaleryjskiego o 10:45 odtrąbiono sygnał Całość stój (nawet pozorowana szarża dywizji artylerii mogła być niebezpieczna). Armia Północna odniosła decydujące zwycięstwo, bo po korzyściach uzyskanych przez 9 korpus zwinięcie nieprzyjacielskiego frontu było samo przez się zrozumiałe.
Zewsząd zabrzmiały w powietrzu dźwięki sygnału Zbiórka całości. Podczas gdy piechota wycofała się z linii starcia lub zaczęła przygotowywać się do biwakowania, poszczególne pułki kawalerii i ruchome baterie czterech korpusów kłusowały na polana południe od Mierzyna. Jego Cesarska Wysokość podczas starcia dłuższy czas zatrzymał się na wzgórzu za Skarbimierzycami gdzie wystawiony jest pomnik cesarza Wilhelma I, dla upamiętnienia wizytacji manewrów 2 Korpusu Armii w 1887 roku. Stąd Ich Cesarskie Wysokości podążyły żwawym kłusem na miejsce zbiórki kawalerii i ruchomej artylerii, gdzie 14 pułków jazdy i cztery baterie formowały się do paradnego marsza. W szyku szwadronowym przeszły one w galop. Jego Cesarska Wysokość poprowadził pasewalcki pułk kirasjerów, cesarz Austrii swój szlezwicko-holsztyński pułk huzarów. Przemarsz w każdej chwili wyglądał zadawalająco; Jego Cesarska Wysokość wypowiadał się z uznaniem o dobrym stanie koni, po których nie widać trudów ostatnich dni. Na zakończenie przemarszu huzarzy, którzy byli na jego czele, ustawili się przed cesarzami, podczas gdy orkiestra pułkowa grała marsz prezentacyjny. Stąd Ich Cesarskie Wysokości i Ich świty udały się do Mierzyna, gdzie podstawiono powozy dla podróży powrotnej. Liczni przechodnie i ekwipaże sprawiały przez pół godziny w tej tak spokojnej zazwyczaj wiosce, niebywałe ożywienie.
Nastąpił potem przemarsz obu dywizji kawalerii wraz z ich oddziałami artylerii w formacji szwadronowej w galopie tuż przy dworcu Stobno. (Neue Stettiner Zeitung).
Eugeniusz Ketterl zapamiętał to tak:
Manewry zakończono paradą pięćdziesięciu szwadronów, to znaczy dziesięciu pułków. Kto choć raz widział uroczystą defiladę kawalerii niemieckiej, ten aż do śmierci nie zapomni tego wspaniałego widoku. Każdy niemiecki pułk jazdy liczył pięć szwadronów po stu dwudziestu jeźdźców. Ułani uzbrojeni byli w trzymetrowe, stalowe lance z proporcami. Proporczyki miały barwy poszczególnych krajów niemieckich: pruskie były czarno-białe, bawarskie biało-niebieskie. Przed każdym pułkiem jechał oddział trębaczy z trębaczem sztabowym na czele, a wszyscy trąbili, nawet podczas galopu. Gdy oddział trębaczy znalazł się przed dostojnikami, odbierającymi defiladę, trębacz sztabowy podnosił w górę srebrną trąbkę, jego oddział milknął i w następnej sekundzie orkiestra zaczynała grać paradenmarsza przejeżdżającego pułku. Gdy pułk mijał dostojników, orkiestra ruszała galopem za nim, a jej miejsce zajmowała orkiestra następnego pułku. Kolorowy las ułańskich lanc sięgał niemal po horyzont. Kirasjerzy mieli srebrne hełmy z orłami, huzarzy kolorowe dolmany. Wszyscy siedzieli na wielkich, lśniących koniach, a każdy szwadron jechał równiutko, niczym odlany z jednego kawałka metalu, na zew dziarskich tonów trąbek. Szeregi jeźdźców wznosiły się niczym morskie fale, po czym nikły, pokryte gęstą chmurą kurzu; ziemia dudniła pod kopytami pięciu tysięcy koni, a powietrze pełne było szczęku oręża i wesołych dźwięków pułkowych kapel.
Defiladę otwierał sławny siódmy pułk kirasjerów halberstadskich Bismarcka, ubrany w białe kabaty ze złotymi wyłogami. Prowadził go osobiście i prezentował swemu najjaśniejszemu gościowi cesarz Wilhelm II. Następnie Franciszek Józef powiódł swój szósty pruski pułk niebieskich huzarów.
Wierny Eugeniusz mylił po latach numery i liczbę pułków, mógł też nie wiedzieć, że niebiesko białe proporce nie oznaczały pułku bawarskiego, tylko pomorski. I nie był to bynajmniej pułk halberstadski!
To był przesławny pasewalcki regiment huzarów Królowej. Jednostka elitarna. Jej kadra składała się głównie z przedstawicieli pomorskiej arystokracji. To w jego mundurze paradował cesarz Wilhelm przez całe manewry. Pułk Królowej w prostej linii kontynuował tradycje pomorskiego pułku dragonów Ansbach – Bayreuth. 4 czerwca 1745 roku podczas bitwy pod Strzegomiem i Dobromierzem (Hochenfriedeberg) pułk ten wykonał najsławniejszą szarżę w historii Prus. Rozniósł na szablach i kopytach 20 batalionów fizylierów i 14 kompanii grenadierów austriackich, wziął 2,5 tysiąca jeńców, zdobył 67 chorągwi. Rzeź! Ta szarża w Prusach to była legenda, na miarę naszej Wiktorii Wiedeńskiej czy Somosierry. Marsz paradny pułku (Auf Ansbach Dragoner, Hochenfriedberger Marsch) skomponował, jak wierzono, sam król Fryderyk II (gra się go w Niemczech do dziś).
Czy Wilhelm nie mógł, ze względu na gości, wybrać innego pułku
Może zapomniał.
Żadna z gazet nie wspomina o paradzie w Szczecinie przed Generallandschaftsgebaude.
Pomazańcy wraz orszakami przejechali powozami do miasta. Ok. 15 w Zamku odbył się obiad pożegnalny.
Szczecin znów z miasta rezydencjalnego przemienia się w stolicę rejencji: wysocy i najjaśniejsi goście odjechali. Społeczność miasta, by raz jeszcze zobaczyć Ich Wysokości i je pożegnać zebrała się licznie na ulicach, tworząc szpaler od Zamku, gdzie odbywał się pożegnalny obiad, do budynku dworca kolejowego. Na dworcu, krótko przed odjazdem cesarskiego austriackiego pociągu dworskiego, zebrało się to samo świetne towarzystwo, które było przy poniedziałkowym powitaniu. (Tu następuje wyliczenie, podobnie jak dalej informacja, kto w mundurze jakiego pułku wystąpił. Wilhelm miał na sobie mundur austriackiego pułku huzarów gwardii przybocznej, jego syn – austriackiego pułku dragonów Windischgrätza.). Wśród okrzyków i wiwatów, krótko przed piątą, pojawili się cesarze. Nastąpiła wszechstronna wymiana pozdrowień. Ich Cesarskie Wysokości cesarz Wilhelm oraz cesarz Franciszek Józef dłuższy czas rozmawiali z nadburmistrzem i nadprezydentem. Potem cesarz Austrii pożegnał prawie wszystkich uściskiem dłoni. Nim cesarz Austrii wsiadł do salonki obaj monarchowie pożegnali się w serdeczny sposób, wymieniając pocałunki i życząc sobie rychłego ponownego spotkania. Wkrótce potem, żegnany okrzykami przez zgromadzone na dworcu tłumy, pociąg ruszył(Pommersche Volksrundschau). Przez Stargard, Poznań, Wrocław do Wiednia.
Ze wspomnień Eugeniusza Ketterla:
Ilekroć Wilhelm przyjeżdżał do nas z wizytą, Franciszek Józef wzdychał i pytał smętnie: „Ach, czy on jeszcze jest” A gdy niemiecki monarcha wreszcie wyjechał, nie było szczęśliwszego człowieka od mego najwyższego pana.

…i po Świętach.

Lądowe manewry były zakończone.
Dworce kolejowe wypełniły się rezerwistami, wracającymi do domu rezerwistami- w mundurach ze zwiniętymi dystynkcjami lub w wygniecionych od długiego zapakowania ubraniach cywilnych, z rapciami przy paskach. Kilkudniowi bohaterowie wracali do biur, warsztatów i zagród. Do stajni wracały też zmobilizowane konie. 22 pociągi specjalne odwoziły z okolic Kołbaskowa i Stobna oddziały gwardii. Ruch towarowy był zawieszony, a od kilku dni pociągi osobowe bywały opóźnione (!). Z peronów i pociągów słychać było wszędzie pieśń rezerwistów:
Und ruft das Vaterland uns wieder
Als Reservist und Landwehrmann
So legen wir die Arbeit nieder
Und folgen, Deutschlands Fahne treu
Prasa miała jeszcze przez parę dni o czym pisać:
Szczecin 13 września 1895 roku
Zostało nam właśnie dostarczone, z prośbą o opublikowanie, następujące pismo nadburmistrza, tajnego radcy Hakena:
Jego Cesarska Wysokość ponownie najłaskawiej wyraził radość z widocznego szczęśliwego rozwoju Szczecina i polecił mi wyrazić najwyższe podziękowanie społeczności szczecińskiej za serdeczne przyjęcie, gustowną dekorację miasta jak i ze wszech miar udaną paradę na Odrze. Także Ich Cesarskie Wysokości, cesarz Austrii i król Saksonii zapewnili ponownie o radości, że w Szczecinie byli podejmowani i pozdrawiani przez ludność równie serdecznie, co w swych ojczyznach. Jego Cesarska Wysokość cesarz Austrii przekazał miastu dar dla ubogich w wysokości 4000 marek
Odznaczenia:
Jak dowiedzieliśmy się, nadburmistrzowi, tajnemu radcy Hakenowi zostały nadane dwa kolejne ordery: przez Jego Cesarską Wysokość cesarza Austrii Austriacki Cesarski Order Żelaznej Korony drugiej klasy, oraz, przez Jego Królewską Mość króla Saksonii Krzyż Komturski Orderu Albrechta drugiej klasy z wieńcem rucianym. (Pommersche Volksrundschau)
Po odjeździe cesarza Franciszka Józefa opustoszał gmach Ziemstwa Generalnego na Placu Parad. Przede wszystkim przywraca się pomieszczenia do ich pierwotnego stanu i ekspediuje do Berlina wyposażenie dostarczone przez Urząd Marszałka Dworu. Wszyscy którzy mieli kontakt z cesarzem chwalą jego uprzejmość. Z niezmienną życzliwością wychodził naprzeciw urzędnikom i służbie. Gdy nie przebywał w Zamku u swego cesarskiego Przyjaciela, pracował do 10-11 wieczorem, przed udaniem się na spoczynek. Wstawał rano bardzo wcześnie, przeważnie o piątej, załatwiał parę naglących spraw, jadł śniadanie i jechał na pole manewrów. Jak słyszymy, cesarz Franciszek Józef wyróżnił różne osoby swego otoczenia odznaczeniami i prezentami, między innymi skarbnika Kasy Ziemstwa pana Münzlaffa i tamtejszego kasztelana pana Krumma. Portier Schultz dostał zegarek kieszonkowy z łańcuszkiem. Z ludzi wysłanych przez Urząd Marszałka Dworu z Berlina odznaczenia otrzymali szef kuchni Arand (bryjka ze starych krów), kasztelan Schramm i panowie Peking i Hoffman. Między personel damski rozdzielono podarki pieniężne w wysokości od 20 do 40 marek. ( Neue Stettiner Zeitung)
(Kilogram masła w hurcie kosztował 2,15 RM, wołowiny: 1,09 RM, wg tej samej gazety).
Niestety, nie można napisać, że dni wizyty w Szczecinie były jednymi z piękniejszych dni długiego panowania Najjaśniejszego Pana. Prawda, Franciszek Józef bardzo lubił manewry. Do późnych lat brał w nich czynny udział, spędzał całe dnie w siodle, jadł proste żołnierskie jadło, zadziwiał bystrością proponowanych rozwiązań. Ale te szczecińskie manewry były dla Franciszka Józefa tylko pokazową namiastką. No i gafa z przypominaniem strzegomskiej klęski sprzed lat!
Szczecińska prasa widziała go jako tło, uświetniające wizytę Wilhelma II. To Wilhelm był najważniejszy. Ale pamiętajmy, że to było w monarchii, nie w demokracji. Gazety musiały bardzo uważać na to, co piszą.
Franciszek Józef oglądał miasto przejeżdżając z dworca na Plac Parad i z Ziemstwa do Zamku. Nie zwiedzał, nie podziwiał. Jeżeli już, to raczej zapamiętał okolice Szczecina i jego panoramę ze wzgórz Wału Bezleśnego.
Może podobał mu się przynajmniej rejs po Odrze i fajerwerki
Gazety i pamiętnikarze są raczej zgodni, co do tego, że sympatia okazywana przez ludność wykraczała poza ramy oficjalnego entuzjazmu. Podkreślano jego bezpośredniość, skromność i łaskawość. Tymi cechami wybitnie różnił się od Wilhelma.
Zapewne cesarz traktował tę wizytę wyłącznie jako wykonywanie obowiązku wobec państwa. Umacniała ona sojusz z najpotężniejszym sąsiadem. Wzmacniała bezpieczeństwo Monarchii. Musiał ją przecierpieć i przecierpiał mężnie. Jak wiele innych wizyt.
Opłaciło się.
Historia pokazała, że w trudnych chwilach Wilhelm jako sojusznik nie zawiódł. Udział grenadierów pruskiej gwardii (w tych manewrach Południowi) w bitwie pod Gorlicami przeważył jej szalę i zdecydował o losach wschodniego frontu. Zostawiając ludziom niepoważnym i historykom alternatywnym rozważania na temat: co by było, gdyby, możemy tylko odnotować, że mała cząstka wielkiej historii rozgrywała się i w naszym mieście.
A jeżdżąc rowerem po podszczecińskich wioskach miło pomyśleć, że kiedyś cwałował tędy Najjaśniejszy Pan.

Podstawowa literatura:
Pommersche Volksrundschau 15 września 1895.
Neue Stettiner Zeitung 15 września 1895.
Mieczysław Czuma, Leszek Mazan, Austriackie Gadanie, czyli encyklopedia galicyjska.
Robert Kisiel, Strzegom-Dobromierz 1745.
Euglen Ketterl, Wspomnienia kamerdynera cesarza Franciszka Józefa I , tłum.: Antoni Kroh.
Marian Bogdanowicz, Wspomnienia.
Tadeusz Białecki, Lucyna Turek-Kwiatkowska, Szczecin stary i nowy.