Opublikowane przez Busol w Wydarzenia.

60. rocznicę odprawienia pierwszej mszy św. w polskim Szczecinie świętowali w sobotę księża chrystusowcy. Nabożeństwo z tej okazji w sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa odprawił przełożony generalny Towarzystwa Chrystusowego ks. Tadeusz Winnicki. Po mszy w parku Andersa odbył się festyn.

6 maja 1945 r. pierwszą mszę w polskim Szczecinie odprawił chrystusowiec ks. Florian Berlik. Wkrótce potem księża z tego zgromadzenia objęli duszpasterstwo w parafiach Pomorza Zachodniego od Pyrzyc po Kamień Pomorski i Trzebiatów.

Marcin Górka: Dlaczego akurat księża chrystusowcy byli tymi, którzy rozpoczęli pracę duszpasterską w Szczecinie?

Ks. Zbigniew Rakiej, wikariusz generalny Towarzystwa Chrystusowego: Kardynał August Hlond miał wtedy taką cichą zgodę polskich władz, by zapewnić na tym terenie pracę duszpasterską. A ponieważ nie wiadomo było nawet, czy Szczecin będzie polski, kardynał miał kłopoty ze sprowadzeniem tu księży diecezjalnych, których było niewielu. Poza tym oni najzwyczajniej bali się tego „dzikiego zachodu”. A księża z Towarzystwa Chrystusowego, które służyło Polakom na emigracji, znakomicie się do tej pracy nadawali.

Na czym polega praca księdza na emigracji?

– Emigracja to bardzo złożone zjawisko. Ludzie trafiają tam czasem na lepsze warunki materialne, ale żyją w zupełnie obcym sobie świecie, gdzie są często nieakceptowani. Po wyborze Jana Pawła II ta sytuacja trochę się zmieniła, bo Polacy na emigracji przestali być traktowani jak oberwańcy, dlatego że świat zobaczył, że Polska ma wielkich ludzi. Niemniej problemy pozostały. Kiedy spotykam się z Polakami na emigracji, oni mówią często, że gdyby nie ten polski ksiądz nie dałoby się tam żyć.

Przez te 60 lat pracy na pewno zdarzyły się przypadki, że księża z Towarzystwa Chrystusowego byli nakłaniani do współpracy ze służbami specjalnymi PRL.

– Na pewno księża, którzy prowadzili parafię w Szczecinie, byli inwigilowani, bo był to bardzo silny ośrodek duszpasterski. Nie ma dowodów na to, że ktoś tę współpracę podjął, zresztą jeśli tak było, to się przecież nie przyznawał. Na przykład jeden z agentów meldował w swoich raportach, że ma już „urobionego” księdza, który prawdopodobnie podejmie współpracę, ale gdy dowiedział się o tym jego dziekan z Gryfic, wezwał go na rozmowę. Potem ten agent zameldował już swoim przełożonym, że proboszcz tak tego księdza „przerobił”, że współpracy nie będzie. Wielu z księży, którzy pracowali przez te lata w Szczecinie, zabrało swoje tajemnice do grobu. Czy byli jacyś aktywni współpracownicy, bardzo trudno dzisiaj powiedzieć.

Pionierskie czasy w Szczecinie minęły. Co dzisiaj zatem robią tu chrystusowcy?

– Często słyszę to pytanie. Odpowiedź jest dwojaka. Z jednej strony do tego miasta i jego historii my, chrystusowcy, mamy ogromny sentyment, w tej chwili na terenie archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej mamy wciąż 18 parafii, pracuje tu 70 księży. Z drugiej strony za naszą obecnością tutaj przemawia argument praktyczny. Księża świeżo po seminarium nie mają jeszcze takiego doświadczenia, by sprostać samotnej często pracy na emigracji. To tutaj przez dwa, trzy lata mają okrzepnąć i nabrać wprawy i tego doświadczenia. Potem dopiero trafiają na placówki za granicę. Poza tym gdybyśmy się stąd nagle wycofali, arcybiskup miałby kłopot z obsadzeniem księżmi tych 18 parafii.

Marcin Górka, GW, 09-05-2005