Opublikowane przez Krasiu w Historia.

Kiedy polskie władze wjechały do opuszczonego przez Niemców Szczecina wybuchły serie wielkich pożarów. Hitlerowscy dywersanci niszczyli to co jeszcze w mieście ocalało. Kilka tygodni później miasto zaczęli demolować szabrownicy przybyli z głębi Polski. Władze miasta były bezradne.

Niszczenie tego czego nie zniszczyły alianckie naloty dywanowe rozpoczęło się w marcu 1945 roku. Szczecin ogłoszony został wówczas twierdzą, która miała zatrzymać pochód radzieckich i polskich żołnierzy w kierunku Berlina. Przygotowania do obrony zaczęły się od wysadzenia w powietrze mostów nad Regalicą. W powietrze wysadzono też część kamienic stojących przy najważniejszych skrzyżowaniach w centrum miasta. Chodziło o to by zasypać gruzem kluczowe węzły komunikacyjne i utrudnić atakującym przemieszczanie się po mieście. 15 kwietnia zapadła tez decyzja o rozmieszczeniu w kryjówkach kilku plutonów dywersantów, którzy po opanowaniu miasta przez wojska radzieckie miały rozpocząć swoją niszczycielską działalność. Jak wiadomo Rosjanie nie zdobywali lewobrzeżnego Szczecina od strony portu, ale obeszli miasto od zachodu. Od tej strony nikt nie był przygotowany do obrony. 25 kwietnia hitlerowcy uciekli z miasta wysadzając w powietrze mosty na Odrze oraz wiadukty na szlaku kolejowym prowadzącym wokół śródmieścia.
Fale ognia
30 kwietnia Piotr Zaremba, który został pierwszym prezydentem Szczecina wjechał po raz drugi w ostatnich dniach do miasta. Tym razem dotarł do Szczecina z 23 osobową ekipą współpracowników by przejąć miasto i je „uruchomić”. Niemieccy dywersanci już działali.
– Z dala widziane dymy pożarów w samym mieście zamieniły się w zgliszcza i swąd spalenizny; bezsilni mijaliśmy domy o płonących dachach – zanotował Zaremba.
W ekipie Zaremby było zaledwie 14 niedoświadczonych milicjantów.
Dopiero późnym wieczorem przyjechał do Szczecina pierwszy wóz strażacki. Przybył nim wraz z kilkoma strażakami pułkownik pożarnictwa, Stanisław Pągowski. Te skromne siły nie były jednak w stanie poradzić sobie z co rusz wybuchającymi pożarami. Nazajutrz 1 maja wybuchło ich na raz kilkanaście, a do wieczora naliczono 21 takich zdarzeń. Zaremba na gorąco notował wówczas swoje przeżycia: „Te szczecińskie pożary. Kto je widział, ten nie zapomni tej fali ognia, która rozpętała się nagle, jednocześnie w kilkunastu częściach miasta. Nie był to przypadek. Dziś w nocy ujęto 20 szeregowców SS z II batalionu, ukrywających się w ruinach Starego Miasta, przebranych w cywilne ubrania i podpalających budynki mieszkalne (…). Nasza straż pożarna, złożona z czterech instruktorów i 30 ochotników, posiadająca w pierwszym dniu akcji zaledwie jedną uruchomioną motopompę – nie mogła opanować wszystkich pożarów”.
Grupę podpalaczy udało się przy pomocy radzieckiego wojska rozbić 9 maja. Dzień później w ręce Rosjan wpadli niemieccy płetwonurkowie, którzy mieli za zadanie zniszczyć ocalałe portowe dźwigi i radzieckie, prowizoryczne mosty na Odrze. Jak się okazało nie mieli pojęcia, że dwa dni wcześniej wojna się skończyła.
Zniszczyć co germańskie
Rozbicie grup hitlerowskich dywersantów nie oznaczało jednak spokoju. Wręcz przeciwnie. Chaos był coraz większy, a to za sprawą dwóch rzeczy. Wciąż nie było jasne gdzie ma przebiegać granica między nowymi, polskimi ziemiami a strefą okupowaną Niemiec. Nikt też prowizorycznej granicy nie pilnował. Na dodatek na skutek dyplomatycznych bojów polskie władze dwukrotnie zmuszone zostały do opuszczenia Szczecina, zanim ostatecznie 5 lipca zapadła decyzja o tym, że miasto będzie Polskie. To wszystko powodowało, że Szczecin przez kilka miesięcy był miastem, gdzie nie miał kto na dobre zaprowadzić porządku. To zachęcało do bezczelnych napadów na osadników, bezceremonialnego ograbiania miasta przez szabrowników, zwykłego demolowania domów przez radzieckich maruderów włóczących się po pijanemu po mieście.
Brakowało też sił i środków do zabezpieczenia ocalałych budynków. W efekcie nawet te lekko uszkodzone szybko popadały w ruinę.
– Ocalałe budynki stały otworem. Jednak każde mieszkanie było w większym lub mniejszym stopniu zdewastowane – wspominał Mikołaj Praczuk, jeden ze szczecińskich pionierów.
Zniszczeń dokonywali zarówno dywersanci jak i szabrownicy. Świetnie opisał to po latach Józef Kijowski, który był w tamtych dniach w Szczecinie:
– Bezwzględna większość pożarów dokonywana była celowo przez dywersantów. Inne z przypadku, a właściwie z powodu nieostrożności szabrowników, którzy nie byli związani z miastem pod żadnym względem, którzy miasto uważali za byłą własność niemiecką, rozumując, że wszystko co germańskie, może być zniszczone. Taki szabrownik węsząc po ciemnych piwnicach, nie używał bezpiecznej latarki elektrycznej, bo o takiej marzyć nie było można, lecz zapalał garść papierów i taką pochodnią oświecał sobie przejście. Gdy płomień go parzył, rzucał i zapalał następną, nie dbając o to, że nie zadeptane i nie zagaszone niedopałki mogą spowodować pożar. Ale były przyczyny jeszcze zgoła inne. Były to pożary, które po wygaszeniu w początkowym stadium, były podpalane ponownie, aż do skutku, tzn. do spłonięcia. Była to nierzadko ręka właściciela – Niemca. W podobny sposób były podpalane gmachy publiczne.
Taki los spotkał między innymi Czerwony Ratusz stojący przy placu Tobruckm. Spłonął w czerwcu 1945 roku. Było to ewidentne podpalenie. Ogień rozprzestrzenił się bowiem błyskawicznie. Wypalony gmach odbudowano dopiero w latach 60.
Dywersanci wyrządzili w Szczecinie bardzo dużo podobnych szkód. Z relacji świadków wynika, że to właśnie z ich powodu zniszczona została znaczna część zabudowy Łasztowni, która jakimś cudem przetrwała bombardowania. Wspominał to po latach szczeciński pionier – Marian Orzeł:
– Wiele podejrzanych typów kręciło się wtedy po Łasztowni, gdzie latem 1945 roku stało jeszcze stosunkowo dużo w ogóle nie zniszczonych domów mieszkalnych, w części zamieszkałych przez samotnych mężczyzn. Prawie każdej nocy wybuchał tu, podłożony przez nieznanych sprawców, pożar aż wszystkie te budynki spłonęły.
Egipska plaga
Latem 1945 roku zdecydowanie najgroźniejsi dla miasta stali się jednak szabrownicy. Piotr Zaremba poznał jednego z nich: „Pamiętam jednego takiego cwaniaka, który dorobił całą filozofię do swego procederu: Obok spraw narodowych na pierwszy plan wysuwa się dla mnie sprawa szabru, bo trzeba coś rodzinie zawieźć i zaraz wracać do Szczecina, aby bronić naszych doń praw”.
Z każdym tygodniem proceder nasilał się. Wydział Ogólny Zarządu Miejskiego w Szczecinie w swoim raporcie wymieniał to zjawisko jako jedno z najgroźniejszych dla normalnego rozwoju miasta. Tym groźniejsze, że choć oficjalnie zabronione było wywożenie dóbr ze Szczecina to przypadkowo skleceni urzędnicy niższego szczebla w zamian za łapówki przymykali na to co się dzieje oko
– Szaber: jedna z egipskich plag – alarmował Wydział Ogólny. – Straty polegają nie tylko na przepadku wywiezionego mienia, lecz przede wszystkim na zdewastowaniu mieszkań i budynków. Ktoś wykręca np. kurek wodociągowy – a tryskająca woda niszczy budynek. Meble, dywany, fortepiany, maszyny i aparaty wywożone są ze Szczecina wszelkimi środkami komunikacyjnymi, ze względu na w/w warunki i łapownictwo, walka z szabrem była mało skuteczna.
Szczecin grabili jednak przede wszystkim Rosjanie. I nie było to złodziejstwo dokonywane przez pojedynczych żołnierzy ale zorganizowany przez dowództwo proceder. Świadczą o tym wspomnienia przebywających w Szczecinie latem i jesienią 1945 roku Niemców, którzy jako jeńcy lub po prostu pracujący za chleb robotnicy dokonywali na zlecenie wojsk radzieckich szabru.
– Utworzone zostały grupy, które miały za zadanie zbieranie cennych przedmiotów z mieszkań i zawożenie ich do portu. Na terenie portu dobra te zostały złożone, tak że powstały z nich całe góry – wspominał po latach Ulrich Reinke.
Inny Niemiec, Otto Romling wspominał.
– Każdego ranka wysyłano też mężczyzn do pomocy przy pracach demontażowych w zakładach żelaznych i do ładowania pozyskanego w ten sposób złomu na wagony, które miały iść na wschód.
Niemcy-szczecinianie nie mogli się z tym pogodzić. Kurt Hubert, lekarz który pozostał w Szczecinie i opiekował się swoimi ziomkami pisał do swojego ojca: „Miałem nadzieję na współudział w odbudowie Szczecina, ale miejsce miało tylko rujnowanie. Rosjanie systematycznie wszystko rabowali. Nie tylko maszyny w fabrykach, ale także meble, wanny, umywalki, grzejniki itd. z mieszkań i wywozili to wszystko do Rosji”.
Z własną milicją
Do tego bezczelnego złodziejstwa dołączali także ci, którzy próbowali grabić Szczecin legalnie. Świetnie opisał to w swoich wspomnieniach Piotr Zaremba:
– Trzeba było zakładów bronić przed najazdem indywidualnych szperaczy i zorganizowanych szabrowników. Ale trzeba było też często bronić ich przed ekipami, zaopatrzonymi w urzędowe resortowe glejty i pieczęcie, przybywającymi po to, aby w oficjalny sposób demontować co tylko można, dla zasilania jakiegoś odbudowującego się zakładu w głębi kraju. W takich przypadkach wraz z wojewodą Borkowiczem zdecydowanie się temu przeciwstawialiśmy. Wówczas to wyciągaliśmy nasze pełnomocnictwo i każdy w swym zakresie działania sprzeciwiał się uszczupleniu tych zasobów, jakie przemysł szczeciński potencjalnie jeszcze posiadał. (…). Sprzeciwy nasze przeważnie odnosiły skutek – jeśli tylko byliśmy na czas informowani o przybyciu do Szczecina ekipy potencjalnych zdobywców. Bywały też wypadki, że ekipy te, nauczone doświadczeniem, przybywały w otoczeniu własnej siły zbrojnej: uzbrojonej straży fabrycznej znad Pilicy czy Dunajca, a nawet w asyście własnej milicji wojewódzkiej. Wówczas załatwianie tych problemów przypominało staropolskie zajazdy – choć nie pamiętam, aby ktoś został przy tym cieleśnie poszkodowany. Natomiast szkody na honorze były częste – gdyż niehonorowanie zarządzeń rozmaitych resortowych „pełnomocników” powodowało ich przyjazd do nas i różne, w stanowczej formie prowadzone rozmowy”.
Znaczne straty
Trudno dziś dokładnie ocenić straty jakie zostały wyrządzone przez dywersantów i szabrowników w pierwszych powojennych miesiącach. Z całą pewnością można jednak powiedzieć, że to co się działo w znacznym stopniu paraliżowało normalizację życia w mieście. Tym większy należy się szacunek dla tych, którzy mimo olbrzymich trudności zdecydowali się osiedlić i pozostać w Szczecinie.
Andrzej Kraśnicki jr