Opublikowane przez Busol w Wieże.

– Mensch, nie mogę już…
– No nie zwalaj winy na mnie za to, że tramwaj powoli jedzie…
– Ty mnie tu zaciągnąłeś…
– Nie często jest okazja oglądać startujące hydroplany. Widziałeś wcześniej coś takiego?
– No skąd, przecież wcześniej w ogóle samolotów nie wdziałem.
– A nie pamiętasz jak bracia Wright byli?

Torsten był zmęczony. Tak właśnie się zachowywał zwykle jak godzinami wracaliśmy z naszych wypraw. Tym razem z Altdam. Niby tramwajem całą drogę, ale jednak jest to męczące. Szczególnie, że wyjechaliśmy z samego rana, po przykrej awanturze z szefem. Znaczy się z proboszczem. Starym. Niby mamy swoje prawa, ale przecież nie będziemy bardzo protestować gdy chory dr. Fardrich twierdzi, że to on ma racje. I tak przykro patrzyć jak się męczy…

Taki nasz los, młodszych, niedoświadczonych pastorów, pomagających pełnić swoje zadania doświadczonemu kapłanowi. Ma te swoje lata, a jeszcze dwa miesiące temu zmarła jego żona. Od tego czasu w parafii zaczęło się dziać gorzej.

– Torsten, ocknij się. Już wysiadamy. KOŃCOWY!!
– Dobrze, już nie zrzędź.

Od przystanku mamy 5 minut drogi do domu parafialnego. Zwykle myśleliśmy o zadaniach, które nas czekają. Energiczny doktor dobrze organizował nam życie. Teraz jest inaczej.

– Zauważyłeś, że ostatnio nudy straszne i strach się zbliżyć do doktora? (zapytał Torsten).
– Mówisz o tym, że straszny marazm od niego bije?
– O to chodzi. Aż dziw na niego patrzeć. Kiedyś tak go energia rozpierała…
– No cóż, może mu przejdzie…
– Lepiej by było; parafia na tym cierpi. No i w ogóle słabo. Sami chyba nie dajemy rady.
– No właśnie, jak z tym zegarem…

Jeszcze przed śmiercią żony pastor zamówił zegar na wieżę kościoła. 3 tygodnie po pogrzebie zegar przyjechał. Ale co z tego, tylko go przekładamy z miejsca na miejsce. Cały czas słyszymy, że jutro go zaczniemy instalować. A to przecież nie takie proste…

——————

Pierwszy proboszcz po wojnie mieszkał we wieży kościoła, który zwiedzaliśmy. Nie wyglądało to na mieszkanie, ale też nie było źle. Teraz odbywają się tam pewnie spotkania dzieci z parafii, co widać po akcesoriach. Ale nie to było naszym celem. Oczywiście chcieliśmy wejść wyżej. Ksiądz zapalił wielką lampę i nie przyłączając się do wyprawy pozwolił nam eksplorować dalej samym.
A wyżej? Dobrze utrzymane wnętrze. Ciemno. Lampa księdza pomaga jedynie na pierwszej kondygnacji, wyżej już nasze latarki. Wieża jest od tego miejsca drewniana. Zabezpieczone przed zniszczeniem bale i deski nawet nie pobrudzone (jak to zwykle na wieżach – przez ptaki). Wspinamy się coraz wyżej. Łatwe podejście, aż do poziomu zegara. No właśnie, na wieży jest zegar. Nie jest czynny, ani nawet widoczny z zewnątrz. 3 cyferblaty leżą złożone obok nieczynnego mechanizmu. Cyfry już są niewidoczne, a wskazówki pogięte. Widać, że to solidna precyzyjna robota. Szkoda, że nie działa.
Nie zadowoliliśmy się ogólnie dostępnymi poziomami (No może trochę przesadzam tym dostępem ogólnym). Nad zegarem jeszcze było sporo przestrzeni. Po belkach, deskach zaczęliśmy się wspinać wyżej. Czasem było łatwiej, czasem trudniej, ale w końcu dotarliśmy na samą górę. Była tam nagroda dla nas: okienko, a w zasadzie uchylna decha. Po jej zdjęciu (a w zasadzie obu – po przeciwnych stronach) mogliśmy oglądać okolicę z najwyższego poziomu wieży kościelnej kościoła na Krzekowie.
Piękny widok!

Ciekawe czy jeden z nagrobków obok kościoła to kamień na grobie żony pastora?

Skoniak

Zdjęcia w naszej galerii wykonano 2.10.2004