Opublikowane przez Busol w Wieże.

Marienkirche, Altdamm
Następnym razem opiszę kościół w Dąbiu. Bo tam akurat byliśmy wszystkim oczarowani…
Bardzo długo męczyłem Busola. „No załatw w końcu te Dąbie. Tam na pewno jest pięknie, bo kościół nie był aż tak bardzo zniszczony podczas wojny. A i wieża wysoka, będzie co podziwiać.” Oj, marmur to solidny, ten nasz Admin. W końcu ubłagałem.


Powszedni dzień. Piękne słoneczne popołudnie. Zaułek wokół kościoła. Starsza pani prowadzi nas do środka. Wspinamy się na balkon, potem na drugi – ten z organami. Organy tym razem zostawiłem w spokoju i nie testowałem ich O-zonem; były w remoncie. Z tego miejsca do góry prowadzą niepozorne kręcone drewniane schodki. Dalej idziemy już sami. Dziwne uczucie, pusty kościół, cisza… Pniemy się dookoła, jeszcze jedno okrążenie i nagle… Przed chwilą byliśmy w kościele, teraz na poddaszu. Półmrok. Stoimy na tych samych schodkach, tylko jedno okrążenie wyżej. Inny świat. Pajęczyny, kurz unoszący się w prześwitach. Stajemy nad głównym sklepieniem. Stad prowadzą schody w górę i w dół. Najpierw w dół. Schodzimy do pomieszczenia wieży nad wejściem. W jasnej sali stoi pod ścianą niewielki dzwon. Pełne zaskoczenie. Tu Busol wiedziony higieną przebiera się w strój „wieżowy” – tym razem zdezorientowany słońcem – w krótkie gatki. Ale potem zmarźnie! Był jednak dzielny i wytrzymał do końca mimo lodowatego wiatru. Wracamy na dach i idziemy dalej do góry. Ja idę pierwszy, bo nie mogę wytrzymać z ciekawości, a Busol niezłomnie fotografuje sobie każdy szczebel. Wchodzę na kondygnację z dzwonami. Są! Trzy stare dzwony. Wielkie! Środkowy co najmniej taki jak Schwedenglocke z Jakobikirche. I oryginalna drewniana dzwonnica. Wszystko nietknięte od czasów wojny. Z tego poziomu można też wyjść przez cztery drzwi na wszystkie strony świata i podziwiać panoramę. Ale jesteśmy dopiero w połowie drogi… Pnę się dalej, wąskie drewniane schodki, bardzo ciemno. Gdy wzrok się do tej ciemności przyzwyczaja, okazuje się, że to kondygnacja z zegarem. W środku stoi zamknięta drewniana budka wielkości kiosku z gazetami. Z niej wystają metalowe pręty obracające wskazówkami. Wchodzimy do środka. I tu daje się we znaki brak latarki. Już jadąc do Dąbia uświadomiliśmy sobie, że o niej zapomnieliśmy. Ale tym razem jej brak zemści się na nas okrutnie. Wewnątrz budki zachowany werk. Zardzewiały i częściowo zepsuty, bo zegar nieczynny od lat. W środku urwane wahadło, linki z odciążnikami, jakieś pokrętła. Oczywiście kręcę kółkami ile wlezie, a Busol się na mnie drze, żebym to zostawił, bo jeszcze popsuję. Nie odmówiłem sobie jednak przyjemności pokręcenia tymi drążkami od zewnętrznych wskazówek. Jeśli ktoś z zewnątrz spojrzałby na wieżę, miałby lekki ubaw…
Busol pstryka zdjęcia wewnątrz i jedyne światło to flesz. Potykam się o jakiejś deski, na których jest coś nabazgrane. Nad kioskiem jeszcze jeden dzwon. Zegarowy. Busol patrzy na niego jak kot na mysz. Ten samotny w dolnym pomieszczeniu chyba też pierwotnie należał do zegara. Idziemy dalej. Drabinka do góry i… koniec? Dalej droga zamknięta? Nie, to tylko ciężka pokrywa, którą należy podważyć i unieść do góry. Wychodzimy na galerię widokową. Przepiękna panorama.
Galeria podtrzymywana jest przed betonową powojenną konstrukcję, która utrzymuje cały ceglany hełm, mocno nadwerężony podczas wojny. Stromą drabinką pniemy się na podstawę hełmu. I tu kolejne zaskoczenie. Hełm jest zasadzie pusty w środku. Tylko betonowa konstrukcja wzmacniająca i podesty na które prowadzą bardzo stronę drabinki. Orla Perć w Tarach to przy tym niewinna promenada. Dochodzimy pod sam krzyż. Widok wspaniały, choć tylko przez jedno okno. Na wszystkie strony – z połowy hełmu. Jesteśmy oczarowani. Busol pstryka zdjęcia, ja w zupełnym milczeniu (!) kontempluję panoramę. Tu jest pięknie.
Schodzimy. Zwiedzamy wszystkie zakamarki. Ponownie dokładnie obchodzimy dzwony, galeryjki i strych. Znów wchodzimy do kiosku z zegarem. Znów kręcę dźwigniami, Busol znów syczy – zosssssssssstaw to wreszcie.
Wracamy.
Wieczorem telefon. Nie zdążyłem podnieść słuchawki i gromy się sypią. Dlaczego on tak musi hałasować? „Odbieraj maila”. Odbieram potulnie. Zdjęcia z zegara. Tajemnicze tablice. A na niej gotykiem jakieś zagadkowe napisy… Busol klnie. Że to niby moja wina, że się bawiłem dzwonami i zegarem, a tam były taaaaakie tablice. I Bus postanawia tam wrócić. I obfotografować to ponownie. A niech sobie je nawet zeskanuje. Grunt, że pokręciłem sobie zegarem. On mi zawsze wszystkiego zabrania. Na organach nie mogę O-zone. Niby dlaczego? Wszyscy zawsze tylko toccatują. Kręcić wskazówkami zegara nie mogę. Bo zepsuję. Podzwonić dzwonami na własną rękę też nie można, bo jeszcze urwę dzwon.

Ale wieża i tak była piękna. Zostały wspomnienia. I cztery pomorskie wieże – marzenia – na wszystkie strony świata. Stargard, Chojna, Kamień i Prenzlau. W Prenzlau już zdążyłem być. A kiedy pozostałe?

Wesołych świąt.
Wasz Johann-Sebastian-Bachinstitut Stettin

Zapraszamy do duuużej galerii