Opublikowane przez Torney w Architektura i Urbanistyka.

Od połowy XIX wieku Szczecin rozwijał się podobnie jak inne średnich rozmiarów porty nad Bałtykiem – jak Elbląg czy Memel (Kłajpeda). Dla berlińskich Hohenzollernów, do których państwa należał de facto już od 1713 roku, był przede wszystkim rodzajem rygla zamykającego Odrę – potężną twierdzą, połączoną z komorą celną. Do czasów wielkiego rozkwitu ekonomicznego w drugiej połowie XIX wieku, Szczecin rozwijał się na niewielkim obszarze średniowiecznego miasta (wyznaczonym, mniej więcej, dzisiejszymi ulicami: Podgórną i Niepodległości, Placem Żołnierza Polskiego i Trasą Zamkową) przylegającym do Odry, uzupełnionym Łasztownią i Kępą Parnicką. Ogromna „eksplozja” miasta po zniesieniu twierdzy w bardzo krótkim czasie – do początku I wojny światowej – zwielokrotniła jego obszar, podobnie jak to miało miejsce w innych miastach ciągnących profity ze zjednoczenia Niemiec – Berlinie, Kolonii czy Poznaniu. W czasie życia jednej zaledwie generacji powstały zamaszyste kompozycje urbanistyczne, wspaniałością zdecydowanie przewyższające to, co dotąd w Szczecinie stworzono.

Średniowieczne Stare Miasto było malowniczą, choć raczej bezładną – przynajmniej w stosunku do zakładanych „na surowym korzeniu” miast – plątaniną ulic i małych placów, powstałych w wyniku zrastania się przedlokacyjnych organizmów miejskich. Za czasów szwedzkich dokonano jedynie niewielkiej „kosmetycznej” korekty: przebito nową bramę miejską u wylotu ul. Mniszej (będącej przedłużeniem ul. Wielkiej, obecnie Wyszyńskiego). Za czasów pruskich – w pierwszej połowie XVIII wieku – powstały wzdłuż północnego i zachodniego skraju miasta, na miejscu średniowiecznych murów i fos, dwa Place Parad (obecnie Pl. Żołnierza Polskiego i Al. Niepodległości): długie, bardziej przypominające aleje, tworzyły tło – jak sama nazwa wskazuje – dla wielkich parad wojskowych, stanowiących oprawę wszelkich uroczystości pruskiego miasta garnizonowego.
Przy stale wzrastającej liczbie mieszkańców gęstniała też ciągle i pospolityzowała się zabudowa Starego Miasta. Miejsce tradycyjnych kamienic, jak się wydaje, podobnych do domów gdańskich i lubeckich, zajmowały proste, „postschinklowskie” kamienice czynszowe, o coraz większej liczbie kondygnacji. Po zniesieniu twierdzy wywędrowali ze Starego Miasta patrycjusze, przedkładający nad tradycyjne kamienice nowe wille przy obecnej Al. Wojska Polskiego. W ich ślady poszła wkrótce większa część zamożnej ludności. Szczecin rozwijał się gwałtownie na zachód i północ. Stare Miasto pozostawało jego komunikacyjnym i, co za tym idzie, w dużej części także handlowym centrum. Jedyne drogowe połączenie Szczecina, po średniowiecznym, notabene, charakterze, brało swój początek u wylotu Wielkiej (obecnie Wyszyńskiego) na terenie Starego Miasta (przypomnijmy: pokonanie Odry nie jest, aż do dzisiaj, problemem przeprawy przez średnich rozmiarów rzekę; na drodze potencjalnego podróżnika leży kilkumetrowej szerokości bagnista dolina). Chęć modernizacji tego założenia skłoniła władze do wyburzenia niewielkiego bloku zabudowy u przyczółka mostu – aby stworzyć placyk umożliwiający manewry pojazdów. Dopiero w latach trzydziestych, budując autostradę, stworzono alternatywę dla tej trasy.
Militarne znaczenie Szczecina wynikające z jego położenia, potencjał przestawionych na produkcję zbrojeniową stoczni i wreszcie rozmiary portu stały się przyczyną zagłady Starego Miasta w czasie II wojny światowej. Gęsto zabudowane, nie miało żadnych szans w obliczu nalotów lotniczych – podobnie jak Gdańsk, Lubeka czy Coventry.
Polscy osadnicy zajmowali początkowo ocalałe dzielnice, omijając Stare Miasto, zamknięte i całkowicie ewakuowane zresztą już w końcu 1944 roku. Wśród ruin wytyczono jedynie kilka prowizorycznych ciągów komunikacyjnych.
Odbudowa Mostu Długiego – fragmentu owego połączenia drogowego w poprzek Odry – spowodowała pierwsze poważne zmiany urbanistyki Starego Miasta. Fakt, że Most Długi stał się jedynym wjazdem do miasta ze wschodu (a więc jedynym połączeniem Szczecina z resztą kraju) skłonił projektantów do przekształcenia ulicy wielkiej w główną arterię komunikacyjną; spowodowało to z kolei kompletne przekształcenie, a właściwie zniwelowanie kwartałów leżących między ulicami: Bednarską, Sołtysią, Mściwoja i Niklota. Południowa część średniowiecznego założenia została tym sposobem odcięta od swego naturalnego centrum.
Próba stworzenia drugiej wielkiej arterii odcięła miasto od rzeki; podobne nieszczęście zdarzyło się prawie wszystkim większym miastom w Europie. Zrealizowano zresztą jedynie część tego przedsięwzięcia, od Grabowa na północy, po starą pocztę na południu. Ofiarą tej modernizacji padły oczywiście ruiny nadodrzańskich kwartałów Starego Miasta, od ulic Wielkiej i Małej Odrzańskiej na wschód, wraz z ich najcenniejszą częścią – starą strukturą urbanistyczną.
Szczecin naznaczony był w PRL-u charakterem „stacji końcowej”. Granica z NRD z jednej, Bałtyk z drugiej strony wyznaczały ową „kresową” rolę miasta. Takie myślenie leżało zapewne u źródeł koncepcji Trasy Zamkowej, quasi-autostrady, przecinającej Odrę i trafiającej w sam środek miasta. Znów kosztem dawnego Starego Miasta, które dzięki tym wszystkim posunięciom zostało okrojone i pocięte na kawałki, przestało funkcjonować jako całość.
Po 1950 roku urbaniści zaczęli koncentrować się na problemie zabudowy Starego Miasta (oczyszczonego – także dzięki akcji „cały naród odbudowuje swoja stolicę” – z gruzów). To czego dokonano w Warszawie, Poznaniu czy, częściowo, w Gdańsku – mam na myśli idealizującą rekonstrukcję starych miast – i co w Polsce jawi się jako norma, było w Europie raczej wyjątkiem. Zazwyczaj zniszczenia wojenne uważano za okazję do naprawienia błędów przeszłości, usprawnienia komunikacji, poprawienia nieludzkich (podobno) dotąd warunków bytowych. W wypadku Szczecina brak było owych emocjonalnych powodów do rekonstrukcji Starego Miasta. Postanowiono wszakże zachować wszystkie istniejące budynki (co rzeczywiście miało miejsce) i starą siatkę ulic. To ostatnie postanowienie pozostało w znacznej mierze w sferze deklaracji, nie tylko zresztą wobec opisanych powyżej przekształceń Starego Miasta; korzystając z okazji zlikwidowano kilka najwyraźniej nie pasujących do koncepcji ulic, jak np. Szewską, sprowadzoną do przerywanego sekwencjami schodków chodnika między blokami.
Powstały w początkach lat pięćdziesiątych plan zabudowy (nazywanej konsekwentnie odbudową) był jednak kompromisem między tradycją i awangardą, a także (i z pewnością nie na ostatku) między tendencjami architektury modernistycznej a socjalistyczną „normą mieszkaniową”. Schemat osiedla mieszkaniowego został dopasowany – nie tyle do sytuacji urbanistycznej czy sąsiadującej z nim architektury, ile do funkcjonującego ówcześnie wyobrażenia starego miasta. Większość zniszczonych w czasie wojny małych miast Pomorza odbudowywano zgodnie z doktryną Le Corbusiera, „rozrywając” stara strukturę miasta, tworząc – jak w Chociwlu czy Malborku – luźne grupy budynków bez wyraźnych dominant, osi czy ukierunkowań przestrzeni. W Szczecinie natomiast starano się trzymać starej linii zabudowy wzdłuż ulic choć niejednokrotnie trafiały się odstępstwa od tej reguły (np. między ulicami Farną, Grodzką, Mariacką i Koński Kierat). Dążenie do napełnienia miasta „światłem i powietrzem” ujawnia się w szeregach punktowych bloków, ustawionych wzdłuż południowego odcinka ulicy Farnej czy odsuwaniu budynków od dawnej pierzei, jak to się dzieje w zachodniej części ulicy Kuśnierskiej. Projektanci wyraźnie nie chcieli tworzyć tradycyjnych, zamkniętych wnętrz urbanistycznych, ulic i kwartałów, jedynie sugerowali ich niegdysiejsze istnienie.
Projekt ten w większości zrealizowano: odstępstwo od niego widać jedynie na Podzamczu. Domy, którymi zabudowano Stare Miasto, teoretycznie mające nawiązywać do pierwotnego stylu miasta, są w rzeczywistości zmodyfikowaną wersją bloku mieszkalnego. Trój-, cztero- i pięciokondygnacyjne budynki, nakryte dość wysokimi, kalenicowymi a częściowo także szczytowymi dachami, o ujednoliconych fasadach podzielonych schematycznie pseudolizenami, różnicowano jedynie kolorystyką elewacji. Kształt okien i wycięć balkonów (loggi) – tworzących zawsze poziome prostokąty – zdradza jednak typowo modernistyczną tendencję do „poziomego” kształtowania ściany. Fasada tradycyjnej kamienicy – przynajmniej w północnej Europie – komponowana była (czy też raczej narastała) przede wszystkim w oparciu o linię wertykalną, w czym niemały udział miały pionowe prostokąty okien. Tymczasem elewacje domów zbudowanych na Starym Mieście operują przede wszystkim podziałami horyzontalnymi. Jest to bowiem masowa architektura mieszkaniowa XX wieku – ze wszystkimi swoimi wadami. Konstruowana w oparciu o powtarzalne moduły, pozbawione indywidualizujących elementów wystroju architektonicznego, wykorzystuje na terenie całego zbudowanego na Starym Mieście zespołu kilka, czy w najlepszym wypadku, kilkanaście typów budynku. Mamy tu więc do czynienia z hybrydyczną formą – modernistyczno-socjalistycznym osiedlem, dopasowanym do wyabstrahowanego wyobrażenia starego miasta.
Kształt, jaki nadano szczecińskiemu Staremu Miastu, budując na jego terenie opisane wyżej osiedle, jest przykładem powszechnie panującej po II wojnie światowej w Europie estetyki. Jednym z głównych założeń architektury modernistycznej (przynajmniej w jej drugiej fazie, naznaczonej przede wszystkim spuścizną Le Corbusiera) była głęboko posunięta negacja tradycji architektury europejskiej przy jednoczesnym założeniu, że dzięki przemyślanemu i pozbawionemu tego balastu planowaniu można rozwiązać wszystkie problemy współczesnego miasta. Ta, naiwna z naszej perspektywy, wiara w demiurgiczną władzę architekta jest jednak głęboko zakorzeniona w europejskiej tradycji miasta idealnego; nie potrzeba chyba przypominać, że należała do niej tak platońska Atlantyda jak i Niebieskie Jeruzalem średniowiecza. Od końca XV wieku masowo powstawały na papierze, niekiedy realizowane – jak Palmanuova czy Glücksburg – projekty idealnych miast, harmonijnie łączących obronne, mieszkalne i gospodarcze funkcje z wyrafinowaną zazwyczaj symboliką. Oczywiście idealna urbanistyka pozostawała w ścisłym związku z utopią społeczną (jak ma to miejsce w pismach Moora i Andrei). W okrojonej formie realizacją tej utopii był cały szereg miast, częściej zaś nowych dzielnic, powstających w państwie Hohenzollernów w XVIII wieku: wystarczy wymienić tu Koszalin, Nysę czy berliński Friedrichstadt. Nie bez powodu: idealne projekty urbanistyczne lekceważyły zazwyczaj tradycję, wprowadzając w miejsce zindywidualizowanej, dopasowanej do poszczególnych mieszkańców architektury, ujednoliconą, typową zabudowę, drobiazgowo planując funkcję poszczególnych budynków. Nic bliższego pruskiej monarchii, której mieszkańcy mówili, że nie dzieli się na stany, jak inne państwa, lecz na piechotę, artylerię i kawalerię.
Teoria urbanistyczna awangardy XX wieku i następującego po niej modernizmu w znacznym stopniu bazowała na utopii społecznej – tworząc kolejne wersje projektu miasta idealnego. Obciążone, rzecz jasna, jak cała utopijna architektura, mnóstwem przesądów.
Jednym z nich było przekonanie, że w tradycyjnie zbudowanym mieście jest za mało „światła i powietrza”, czyli – mówiąc nieco bardziej neutralnym językiem – gęstość zabudowy powoduje niedoświetlenie dolnych kondygnacji i przeludnienie założenia. Zaowocowało to budową tego, co znamy pod nazwą osiedli – zespołów luźno rozrzuconych budynków, wysuniętych daleko na przedmieścia. W starszych częściach miasta przesąd ów spowodował masowe wyburzanie wewnętrznej zabudowy kwartałów – „flagowym” przykładem takiej działalności jest szereg bloków zabudowy w Sztokholmie, zrewaloryzowanych w ten sposób w latach trzydziestych i swego czasu niezwykle chwalonych. W Polsce z podobnych względów skrócono, pierwotnie niezwykle głębokie, trakty domów przy Długim Targu w Gdańsku.
Innym z kolei przesądem była głęboka wiara w możliwość określenia przy pomocy planu zabudowy nie tylko zewnętrznej, architektonicznej formy miasta, lecz także najdrobniejszych szczegółów jego życia. W Szczecinie – jak we wszystkich miastach tzw. „naszego obozu” – nałożyło się jeszcze na to przekleństwo gospodarki planowej, z natury rzeczy lubującej się w posuniętym aż do absurdu dookreślaniu życia wszystkich mieszkańców. Odbudowa miasta połączona z odtwarzaniem jego dawnej struktury społecznej – w obliczu socjalistycznych norm mieszkaniowych (w gomułkowskim PRL-u szczególnie, jak wiemy, ascetycznych) i nieustającej nagonki na wielką prywatną inicjatywę – była praktycznie niemożliwa.
Trzecim wreszcie przesądem było przeciwstawienie rekonstrukcji i całkowicie nowej zabudowy. To ostre „albo – albo”, wykluczające możliwość budowania czegoś, co nie jest makietą zniszczonego obiektu, dostosowuje się jednak swoimi założeniami do miejscowej tradycji, zrodziło kosmopolityczną architekturę, istniejącą jakby „obok” całej dotychczasowej spuścizny danego miejsca.
Naturalną była bowiem dla europejskiego miasta średnich rozmiarów – na przykład dla Szczecina – sytuacja, w której ktoś kupował pojedynczą działkę, raczej długą i wąską, ściśle przylegającą do sąsiednich, i w jej ramach kształtował swój dom. Ten schemat, wyznaczający rozmiary mieszkania, sklepu, biura czy warsztatu, zanegowany został poważnie dopiero pod koniec XIX wieku, gdy masowo zaczęto łączyć działki, tworząc wielkie kamienice czynszowe czy domy towarowe. I one jednak musiały wpisywać się w istniejącą już strukturę, nierzadko zaś przepisy konserwatorskie i gusta zleceniodawców zmuszały nową architekturę do dość rygorystycznego podporządkowania się starej. Rezygnując z rekonstrukcyjnej odbudowy Starego Miasta zrezygnowano z dawnej struktury urbanistycznej, tradycyjnej zabudowy, przede wszystkim zaś – z jego dawnych funkcji.
Mniemano zapewne, że przekształcenie go w osiedle mieszkaniowe rozwiąże problemy powstałe w epoce industrializacji i gwałtownego rozwoju Szczecina. Nic podobnego. Pozostała przecież cała struktura wokół Starego Miasta, w oparcie o nie dotąd się rozwijająca. Rzut oka na plan Szczecina pozwala zauważyć, że większość ważniejszych arterii prowadzi ku Staremu Miastu. Niestety, u celu owych arterii nie leży już dawne centrum. Przekształcenie (spauperyzowanego w wyniku przeprowadzania się majętniejszej części ludności do nowych dzielnic) Starego Miasta w handlowe „city”, proces który dotknął wiele miast w Europie, destruował starą, średniowieczną strukturę. Kataklizm, jakim były zniszczenia wojenne, tragiczny dla Starego Miasta, dopełnił jego losu. Powstałe na jego miejscu osiedle abstrahuje wprawdzie od tradycji – tworzy jednak nową formę, którą można oceniać źle lub dobrze, ale która stanowi pewną wartość.

Rafał Makała

Artykuł ukazał się w Szczecińskim Dwumiesięczniku Kulturalnym „Pogranicza” 1995, nr 1, s. 3 – 7.